Półtorej godziny w ICAO

Z prof. Kazimierzem Nowaczykiem, fizykiem z University of Maryland
(Baltimore, USA), współpracownikiem Zespołu Parlamentarnego ds. wyjaśnienia
katastrofy smoleńskiej, rozmawia Piotr Falkowski

Wspólnie z prof. Wiesławem Biniendą przedstawił Pan w Kanadzie wyniki
własnych badań dotyczących katastrofy smoleńskiej.

– Tak, na początku lutego byłem z posłem Antonim Macierewiczem, prof.
Wiesławem Biniendą i panią mecenas Marią Szonert-Biniendą w Kanadzie. Zaprosiły
nas Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie i Polski Instytut Naukowy w
Kanadzie (Oddziały Ottawskie) oraz Gmina nr 25 Związku Narodowego Polskiego w
Kanadzie. Spotkania odbywały się pod patronatem Okręgu Ottawskiego Kongresu
Polonii Kanadyjskiej. Mieliśmy możliwość przedstawić nasze badania. Pojechaliśmy
do Kanady z obliczeniami i symulacjami, które prezentowane były – w miarę
postępu prac – na zebraniach Zespołu Parlamentarnego.

Przypomnijmy ich główne wyniki.

– Wobec drastycznego naruszenia wszelkich standardów badania katastrof
lotniczych przez polską państwową komisję podjąłem pierwszą próbę naukowej
analizy, przyjmując jako punkt wyjścia dane odczytane przez ekspertów firmy
Universal Avionics, producenta urządzeń TAWS (system wczesnego ostrzegania przed
zderzeniem z ziemią) i FMS (komputerowy system sterowania lotem). Pierwsza moja
prezentacja odbyła się 28 lipca 2011 roku, czyli tuż przed oficjalnym
ogłoszeniem raportu Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego.
Zakwestionowana została w niej jedna z podstawowych tez raportu rosyjskiego MAK
– określenie miejsca, w którym samolot miał stracić fragment skrzydła i
rozpocząć beczkę autorotacyjną zakończoną tragicznym uderzeniem w ziemię.
Przyłączenie się do prac zespołu naukowca tej klasy co prof. Wiesław Binienda
rozszerzyło i przyspieszyło nasze badania. Kolejne prezentacje z symulacjami
prof. Biniendy zostały przedstawione Zespołowi Parlamentarnemu i opinii
publicznej 8 września, potem 25 listopada. Ostatnia miała miejsce kilka tygodni
temu, 24 stycznia, i zbiegła się z opublikowaniem ekspertyzy ścieżki dźwiękowej
zapisu z kokpitu dokonanej przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana
Sehna. Nasze badania w istotny sposób podważają raport MAK, jak również oparty
na nim raport komisji Millera.Co tak bardzo razi Panów w raporcie
komisji Millera, że poświęcacie tyle czasu i energii, żeby niejako w zastępstwie
wykonywać to, co powinien uczynić duży zespół specjalistów wyposażony w ogromne
środki i możliwości?

– Raport ten już na zawsze pozostanie świadectwem degeneracji urzędników,
którzy z pełną świadomością podpisali się pod zakłamanym i zmanipulowanym
oficjalnym dokumentem rządowym. Dokument ten, zwany raportem Millera,
przetłumaczony na język angielski, będzie długo hańbił nasze państwo. Dlaczego?
Wymienię tylko niektóre przyczyny. Nie ma w nim badań własnych szczątków
samolotu, w tym urwanego lewego skrzydła, odczytów oryginałów czarnych skrzynek,
wyników oblotu terenu i badania miejsca katastrofy, w tym badań
pirotechnicznych. Następnie – nie uzyskano zapisu wideo obrazu schodzenia
samolotu na monitorach wieży kontroli lotów. Nie ma przesłuchań rosyjskich
świadków. Wreszcie zignorowano raport ppłk. Mirosława Milanowskiego z 15
kwietnia 2010 roku, który stwierdzał, że do tragedii doszło "z winy rosyjskiej".
Nie dostaliśmy pełnych rosyjskich protokołów sekcji zwłok, a niektóre już
okazały się fałszywe. Wyszło też na jaw, że polscy prokuratorzy i lekarze nie
uczestniczyli w sekcjach zwłok, a w ciągu ubiegłych 21 miesięcy, mimo żądań
rodzin, nie zbadano (poza ciałem ministra Zbigniewa Wassermanna) żadnych zwłok.
Najważniejszy wniosek, mówiący o błędzie pilotów, oparto na przypisaniu
odczytywania wysokości nad poziomem morza z wysokościomierza barycznego gen.
Andrzejowi Błasikowi, co – jak się okazało dzięki pracom Instytutu Ekspertyz
Sądowych – czynił drugi pilot. A to oznacza, że załoga świetnie zdawała sobie
sprawę z wysokości, na jakiej się znajdowała. Świadomie ukryto niewygodne,
niepasujące do końcowych wniosków odczyty wysokości i inne dane rejestrowane
przez TAWS i FMS (wynika z nich, że samolot nie mógł mieć kontaktu z obiema
brzozami, tą przy bliższej radiolatarni i "pancerną", bo przeleciał kilkanaście
metrów ponad nimi). Synchronizację zapisów czarnej skrzynki rejestrującej głosy
i skrzynki rejestrującej parametry lotu oparto na nieistniejącym "odgłosie
zderzenia z drzewem" (potem nieistnienie tego odgłosu wykazała analiza Instytutu
Ekspertyz Sądowych). Opublikowane zapisy z rejestratora parametrów lotu są tak
rozmyte i nakładające się na siebie, że uniemożliwiają jakąkolwiek niezależną
analizę, a komisja odmawiała, podobnie jak prokuratura, udostępnienia rodzinom i
badaczom kopii cyfrowego zapisu skrzynki parametrów lotu ATM. Przypomnę
wreszcie, że analizę końcowych sekund lotu samolotu wykonano na podstawie
przywłaszczonego z internetu fragmentu kopii z kopii zdjęcia fotoamatora
Siergieja Amielina, mimo dostępu do oryginału. Również analiza stanu roślinności
na ścieżce podejścia dokonana została nie na podstawie badań własnych, lecz w
oparciu o skopiowane zdjęcia tegoż Amielina. To tylko niektóre uchybienia
komisji Millera zawarte w jej dokumencie. Nie trzeba być naukowcem ani
multidyscyplinarnym specjalistą, aby stwierdzić, że raport KBWLLP pozbawiony
jest koniecznych naukowych analiz, oparty jest na fałszywych przesłankach,
usunięto istotne dane. Takie działanie nie może prowadzić do prawdziwych
wniosków, więc dokument ten powinien zostać odrzucony w całości.

Tym wynikom przeciwstawia Pan badania prof. Biniendy i swoje. Krytycy
twierdzą, że brak Panom odpowiednich kwalifikacji bądź że to wyniki pozyskane na
zamówienie polityczne.

– Praca prof. Biniendy, moja i innych kolegów oraz jej efekty podważające
oficjalne raporty, a co za tym idzie – powodujące, jak się teraz modnie mówi,
dysonans poznawczy u opinii publicznej, wyzwoliły aktywność wielu ludzi złej
woli. Poznać to można po usilnych próbach podważenia moich kompetencji
zawodowych, wysyłania donosów do przełożonych, zdyskredytowania mnie jako
uczciwego człowieka przez przypisywanie mi działania motywowanego politycznie.
Nigdy nie podawałem się za kogoś, kim nie jestem. Nigdy nie ukrywałem, że jestem
fizykiem i że wykonuję tę część pracy, w której mogę najlepiej wykorzystać moją
wiedzę i umiejętności związane m.in. z analizą danych. Nie mam możliwości
śledzić na bieżąco prasy ukazującej się w Polsce, nie mam też na to czasu. Mimo
to docierają do mnie strzępy krytycznych wypowiedzi różnych osób. Zdumiewające,
że poważni, wydawałoby się, naukowcy, przyznając, że raport Millera jest
nieprofesjonalny, niepełny i obarczony błędami, stwierdzają jednocześnie, jakoby
wnioski, które wyciągnęła komisja, były prawidłowe. W każdej dziedzinie nauki po
wykazaniu błędów w metodologii lub celowych przeinaczeń w recenzowanej
publikacji odrzuca się ją w całości wraz z wnioskami. Zamiast uczciwej,
rzeczowej, naukowej dyskusji prowadzonej w celu wyjaśnienia tajemnicy śmierci
elity państwa polskiego obserwuję próby wciągnięcia nas w żałosny spektakl
medialny. Przy okazji próbuje się podważyć obiektywizm i dobrą wolę Zespołu
Parlamentarnego, który jest jedynym instytucjonalnym i otwartym dla wszystkich
naukowców forum rzeczowego badania przyczyn katastrofy. Uważam, że tragedia
smoleńska może zostać wyjaśniona tylko wówczas, gdy odrzuci się sfałszowane
raporty Anodiny i Millera, zrezygnuje z politycznych uprzedzeń i zbada przede
wszystkim fakty oraz zweryfikuje zbudowane na nich hipotezy. Do tego potrzebne
jest jednak powołanie międzynarodowej komisji mającej dostęp do wszystkich
dowodów i dysponującej naukowym zapleczem niezbędnym do solidnej analizy.

Jak niezależni specjaliści mogą zapoznać się z Panów badaniami? Pytam
o to, ponieważ jednym z zarzutów jest to, że Panów wyniki przedstawiane są w
formie prezentacji, a nie zawsze wiadomo dokładnie, jak je uzyskano.

– Materiały i nagrania z naszych prezentacji są od kilku miesięcy dostępne w
internecie. Nie podjęto jednak dyskusji naukowej z naszymi obliczeniami, której
oczekiwaliśmy, a żaden z ekspertów biorących udział w pracach komisji Millera
nie skorzystał z zaproszenia prof. Biniendy na konferencję w Pasadenie (American
Society of Civil Engineers Earth and Space 2012 Conference). Jednak nadzieją na
współpracę napawa fakt obecności kilku naukowców na ostatnim posiedzeniu Zespołu
Parlamentarnego w styczniu tego roku. Niektóre media usiłują wywołać wrażenie,
że z obawy przed weryfikacją naszych badań ukrywamy jakieś dane. I nie jest
ważne, że ekspertom medialnym "myli się" odczyt pozycji z GPS (trzech, a nie
jednego) z wysokością barometryczną i radiową zapisywaną przez TAWS. Ważne, by
czytelnicy zapamiętali, że odczyty są bardzo niedokładne. Kto z
nieprzygotowanych do odbioru takiej dyskusji widzów zorientuje się, że
"eksperci", mówiąc o 26 metrach, na których prawdopodobnie oderwała się końcówka
skrzydła, twierdzą, iż to jest pojedynczy odczyt, gdy naprawdę jest to wynik
matematycznej analizy wielu danych, przeprowadzonej zgodnie z obowiązującymi
regułami? Nieliczni wiedzą, że nie zmierzono dokładnie średnicy brzozy, długości
urwanej końcówki skrzydła. Nieliczni wiedzą, że swoje analizy opieram na danych
pochodzących z obu raportów, a symulacje prof. Biniendy nie są tym samym, co
animacja Millera. I na pewno nie dowiedzą się tego od "ekspertów" z telewizji i
gazet. Dlatego jestem wdzięczny przede wszystkim dziennikarzom "Naszego
Dziennika", którzy od początku wytrwale i prawdziwie piszą o katastrofie
smoleńskiej, również Telewizji Trwam, która zdecydowała się na emisję naszych
prezentacji, a także innym, niestety nielicznym, niezależnym mediom w Polsce za
możliwość dotarcia z informacją o naszych badaniach i symulacjach do szerszego
grona odbiorców.

Proszę opowiedzieć o Panów planach umiędzynarodowienia sprawy
katastrofy. Temu zapewne służyła także wizyta w Kanadzie?

– Między innymi. W Kanadzie obyły się trzy spotkania połączone z dyskusją.
Dwa w Ottawie i jedno w Montrealu.

O, w Montrealu. To tam, gdzie jest siedziba ICAO!

– Skoro już pan o tym wspomniał, to ujawnię, że w Międzynarodowej Organizacji
Lotnictwa Cywilnego też byliśmy. Odbyło się półtoragodzinne spotkanie z
przedstawicielami organizacji, na którym przekazane zostały materiały Zespołu
Parlamentarnego wraz z naszymi prezentacjami. To nie wszystko. Na spotkaniu w
audytorium Saint Paul University w Ottawie – na ponad 300 miejsc – podczas
dyskusji głos zabrał m.in. były pilot wojskowy i członek komisji badania
wypadków lotniczych, redaktor kwartalnika kanadyjskich Sił Powietrznych. W
swojej wypowiedzi stwierdził, że z prezentacji, które zobaczył, wynika wniosek,
iż powołanie międzynarodowej komisji, która będzie miała dostęp do wszystkich
dowodów, powinno być priorytetem rządu polskiego. Nawiązaliśmy też kontakt z
byłym pilotem samolotów dla VIP-ów. Obaj zaoferowali swą pomoc. Teraz
przygotowujemy się do wysłuchania przed Parlamentem Europejskim, które odbędzie
się pod koniec marca.

Z jaką reakcją kanadyjskiej Polonii spotkało się Panów wystąpienie?

– W Montrealu, w sali Towarzystwa Orła Białego, zgromadziło się około 420
osób, które uważnie przysłuchiwały się wystąpieniom, zadając liczne pytania. Na
zakończenie dyskusji, która przeciągnęła się prawie do północy, mimo że dzień
następny był zwykłym dniem pracy, uczestnicy spotkania i panelu uchwalili
jednogłośnie uchwałę wyrażającą poparcie dla projektu stworzenia międzynarodowej
komisji do zbadania tragicznej katastrofy polskiego rządowego samolotu Tu-154M
pod Smoleńskiem. W Ottawie odbyły się dwa spotkania. Wspomniane wcześniej na
uniwersytecie i drugie w sali kościoła pw. św. Jacka Odrowąża, oba pod tytułem
"Pytania oczekujące odpowiedzi". Również to spotkanie zaowocowało uchwałą o
konieczności powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy
samolotu rządowego. Mam nadzieję, że przy poparciu Kongresu Polonii Kanadyjskiej
doprowadzimy do powstania niezależnej komisji, która będzie w stanie
przeprowadzić uczciwe śledztwo wyjaśniające tę tragedię. Nie muszę chyba
dodawać, że na wszystkich spotkaniach najgoręcej witaną i najuważniej wysłuchaną
osobą był poseł Antoni Macierewicz, nagrodzony pod koniec wizyty Złotym Krzyżem
Zasługi Związku Narodowego Polskiego w Kanadzie. Chciałbym wyrazić wielką
wdzięczność organizatorom spotkań kanadyjskich, w szczególności dr. inż.
Bogdanowi Gajewskiemu, prezesowi Stowarzyszenia Inżynierów Polskich w Kanadzie –
Oddział Ottawa, dr. inż. Aleksandrowi Maciejowi Jabłońskiemu, prezesowi
Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie – Oddział Ottawa, panu Stefanowi
Skulskiemu, prezesowi Gminy nr 25 w Ottawie Związku Narodowego Polskiego w
Kanadzie oraz księciu Jerzemu Czartoryskiemu, prezesowi Kongresu Polonii
Kanadyjskiej – Okręgu Stołecznego Ottawa, za zaproszenie nas do udziału w
spotkaniach i znakomite ich przygotowanie. Wszystkich zresztą wymienić tu
niepodobna. Od dłuższego czasu otrzymuję od znajomych, kolegów ze studiów, a
także od nieznanych mi ludzi e-maile ze słowami poparcia i niejednokrotnie
wdzięczności za moją pracę. Na łamach "Naszego Dziennika" chcę wyrazić serdeczne
podziękowanie za te słowa, gdyż dodają mi siły w trudnych chwilach.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj