BOR amnezją się nie wykręci

Z ppłk. Tomaszem Grudzińskim, wiceszefem Biura Ochrony Rządu
odpowiedzialnym za działania ochronne w latach 2006-2007, rozmawia Anna
Ambroziak

Prokuratura postawiła wiceszefowi BOR dwa zarzuty: niedopełnienie
obowiązków służbowych oraz poświadczenie nieprawdy w dokumencie "mającym
znaczenie prawne". Czy może to mieć związek z "uzupełnianiem" teczek BOR po 10
kwietnia?

– Dochodziły mnie słuchy, że pewne rzeczy w BOR były niedopełnione i po
katastrofie smoleńskiej coś było dopisywane. Miałoby się to dziać mniej więcej w
okresie do dwóch miesięcy po katastrofie. Sądzę, że nie chodziłoby tu o
streszczenia z operacji. Przypuszczam, że drugi z zarzutów dotyczy albo
wcześniejszych jego zeznań w prokuraturze, albo właśnie zmiany dokumentacji BOR.
Nie jestem absolutnie zaskoczony decyzją prokuratury. Ale uważam, że zarzuty
powinien przede wszystkim usłyszeć sam szef BOR, gen. Marian Janicki. I szefowie
poszczególnych jednostek organizacyjnych. I dziwię się, że tylko zastępca te
zarzuty usłyszał. Najpierw powinien je usłyszeć generał Janicki. To na niego
ustawa o BOR nakłada odpowiedzialność za funkcjonowanie całego Biura.

Ma parasol ochronny polityków – minister spraw wewnętrznych przyznał,
że Janickiego nie zdymisjonuje.

– Bronią tego, któremu sami nadali szlify generalskie. Proszę zauważyć, co by
się stało, gdyby Janickiemu postawiono zarzuty. Okazałoby się, że wszyscy ci,
którzy brali go w obronę, muszą się przyznać do błędu.

Generał Marian Janicki przez bardzo długi czas po katastrofie
przekonywał, że BOR nie dopuściło się żadnych uchybień.

– Janicki po prostu kłamał. Złamał ustawę o BOR. Za ochronę prezydenta i
premiera zawsze osobistą odpowiedzialność ponosi szef Biura. To jego święty
obowiązek. Dlatego gen. Marian Janicki już 10 kwietnia 2010 r. powinien się
podać do dymisji, a prokuratura przyjrzeć się motywom jego działania.

Opinie na temat gen. Bielawnego wśród funkcjonariuszy BOR są różne:
jedni mówią o nim jako o osobie, która ma przerost ambicji zawodowych, inni
chwalą go jako fachowca.

– Na pewno jest fachowcem. Tym bardziej dziwi mnie, że były takie
zaniedbania.

Sugeruje Pan, że o nich nie wiedział?

– Nie. Jeżeli ktoś coś robi świadomie… To niemożliwe, by o tym nie
wiedział. Zajmowałem to samo stanowisko, co gen. Bielawny, i wiem, że zawsze
jest możliwość dopytania o pewne rzeczy czy rozmowy. Jeżeli jestem fachowcem, to
wiem, kiedy coś nie gra. Niemożliwością jest więc, by Bielawny nie wiedział o
niedociągnięciach w Smoleńsku.

Z zarzutami liczą się też funkcjonariusze, którzy byli w Smoleńsku,
choć tłumaczą, że rekonesans lotniska nie jest obowiązkiem BOR.

– To kompletna bzdura. Lotnisko to miejsce czasowego pobytu osoby chronionej
i ma być do tego przygotowane. Ma być odpowiednio zabezpieczone. Jak wynika z
ekspertyzy biegłych prokuratury, skala zaniedbań BOR była duża. Nie
przeprowadzono odprawy koordynującej działania funkcjonariuszy, nie było też
odprawy, która stawiała konkretne zadania poszczególnym funkcjonariuszom. Jeżeli
nie ma postawionych zadań, jeśli funkcjonariusze nie wiedzą, na jakich
częstotliwościach mają się komunikować, co mają dokładnie zrobić, i czego mają
wymagać od Rosjan, jakie są możliwości ich działań – to jest to totalny chaos.
Na uwagę zasługuje relacja ministra Jacka Sasina, który tuż po katastrofie,
mając już informację o całym zdarzeniu, próbował dowiedzieć się czegoś więcej od
jednego z oficerów BOR. Z tej rozmowy wynikało jednak, że minister Sasin
wiedział więcej od tegoż oficera. Również jeśli chodzi o przygotowanie wizyty
pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zgadzam się z opinią biegłych, że w
Smoleńsku nie było koordynacji działań BOR. Nie było kolumny samochodowej, a z
oficerów BOR nikt nie wiedział, dlaczego. Nie wiedzieli oni także, komu mieli to
zameldować. Na płycie lotniska w Smoleńsku nie tylko nie było funkcjonariusza
Biura odpowiedzialnego za ochronę głowy państwa, który wie, w jaki sposób w
razie konieczności ewakuować prezydenta, ale nie było też polskiego
pirotechnika, który powinien nadzorować pirotechników rosyjskich, by dokonali
wszystkich niezbędnych czynności dotyczących sprawdzenia terenu, nie wpuszczali
pewnych osób, samochodów, które nie powinny znaleźć się w tym miejscu, i by
objęto ewentualną dodatkową ochroną obiekty i urządzenia znajdujące się na
miejscu. Niedopełnienie tych wszystkich obowiązków jest złamaniem ustawy o BOR.
Nie było samochodów ochronnych, nie było busów, nie było mercedesa klasy S.

Generał Janicki mógł o tym nie wiedzieć?

– Dopuszczam taką ewentualność. Mógł nic nie wiedzieć, bo przygotowywał się
do wylotu do USA. To możliwe. Dlatego moim zdaniem Janicki albo powinien
sprzątać w biurze, albo podać się do dymisji natychmiast po katastrofie.

Ale dostał awans, generał Bielawny zresztą też.

– Nawet nie chcę tego komentować. To kompletnie absurdalne.

Może te zaniedbania nie były dziełem przypadku, tylko efektem
poluzowania rygorów prezydenckiej ochrony?

– Mam takie podejrzenia, zresztą coraz mocniejsze. Mam wrażenie, że próbowano
w ten sposób po prostu utrudniać, uniemożliwiać prezydentowi Kaczyńskiemu
wykonywanie tych obowiązków, które powinien wykonywać. Te wszystkie zaniechania
BOR wskazane przez biegłych nasuwają podejrzenie, że ktoś nakazał gen.
Janickiemu, by zlekceważył wizytę prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu. Proszę
zwrócić uwagę, że w przypadku delegacji 10 kwietnia – jak stwierdzili biegli –
zaniżono stopień ochrony tej wizyty. To bardzo poważna sprawa. Każda z osób
ochranianych ma ustalony zakres tej ochrony, m.in. są to: liczba
funkcjonariuszy, czas ochrony, miejsca, w jakich osoba ta ma być ochraniana.
Prezydent oczywiście musi być chroniony według najwyższej skali, 24 godziny na
dobę. Jak można tę skalę obniżyć i z jakiego powodu to zrobiono?

Ktoś nakazał gen. Janickiemu zlekceważenie tej wizyty?

– Formalnie takiego nakazu nie może być.

A nieformalnie?

– Nieformalnie być może jakieś rozmowy były. Tego nie wiemy. Ale z tego, co
się orientuję, pan minister Paweł Graś, rzecznik rządu, często spotyka się z
gen. Janickim.

Wielu polityków próbowało podważać ekspertyzę biegłych w sprawie BOR.
Były szef Biura gen. Mirosław Gawor nazwał ją "życzeniową", niemającą żadnego
uzasadnienia w faktach.

– Nie zgadzam się z tym. Ekspertyza jest efektem pracy biegłych, którzy
dysponowali określonymi dokumentami. Wątpię, by ci ludzie kierowali się nie
faktami, które przedstawiają konkretne dokumenty, ale kwestiami życzeniowymi.
Pan generał Gawor nie ocenia tu faktów, bo nie może tego zrobić, ale próbuje
bronić za wszelką cenę własnej tezy. Pan generał Gawor może sobie oczywiście
wyrabiać takie, a nie inne oceny. Chciałbym tu jednak przypomnieć, że został
zwolniony ze stanowiska szefa BOR po tym, jak w Paryżu na ówczesnego prezydenta
Aleksandra Kwaśniewskiego poleciały jajka. Dlaczego wtedy nie został zwolniony
jego zastępca, tylko właśnie on? Mało tego – Kwaśniewski jajkiem nie dostał. A
zwolniono szefa Biura.

Generał Gawor ma żal do jednego z biegłych, ppłk. Jarosława
Kaczyńskiego, podkreślając, że na jego miejscu nie podjąłby się takiej roli.

– Co do oceny ppłk. Kaczyńskiego – mogę powiedzieć, że jest to idealny
fachowiec. Niech pan generał Gawor konkretnie coś mu zarzuci.

Były szef BOR powiedział też, że Biuro wykonuje niezbędne minimum, bo
na tyle je stać, nie ma pieniędzy.

– W zasadzie zgadzam się z tą opinią, są pewne warunki, które nas
ograniczają. Ale są też standardy, które wyznacza nam ustawa i rozporządzenia do
niej, poza które nie można zejść. I już.

Tylko Stany Zjednoczone i Rosja stosują ochronę totalną, bo je po
prostu na to stać – wskazuje gen. Gawor, podkreślając dysproporcje między
ochroną władz tych krajów a ochroną polskich VIP-ów.

– Ochrona totalna nie dotyczy Polski za granicą. Ale na terenie Polski, jak
najbardziej, można zastosować takie sformułowanie. Pan generał Gawor próbuje tu
bardzo oględnie powiedzieć, że BOR niewiele może. To zlikwidujmy Biuro i
zastąpmy je na przykład policją.

Z gwarancją, że będzie działać
dobrze

– To może zagwarantować tylko jego szef, który powinien zadbać o to, by
działało wedle schematu określonego w ustawie.

Były szef Biura uważa, że wszystkie wizyty prezydenta i premiera
odbywają się według takiego samego schematu… Zgadza się Pan z tym?

– Tak nie jest. Do każdej wizyty zawsze podchodzi się indywidualnie. Każdy
VIP jest inny. Dlatego trochę dziwi mnie to, że obie wizyty – i 7, i 10 kwietnia
– wzięto pod lupę razem. Każdą wizytę przygotowuje się oddzielnie. Dla BOR ważne
są: trasa przejazdu, to, czy VIP przyjechał z małżonką, z delegacją, gdzie śpi
itp.

Po tym jak prokuratura ujawniła wnioski z ekspertyzy biegłych,
Janicki próbował obciążać płk. Jarosława Florczaka, mówiąc, że opuścił on
Smoleńsk po to, by być dłużej z rodziną w Warszawie.

– Ależ to było za pełną zgodą zarówno gen. Bielawnego, jak i gen. Janickiego.
Z tego, co wiem, obaj wyrazili na to zgodę. Pułkownik Florczak musiał taką
decyzję konsultować z władzami. Przecież leciał z panem premierem do Warszawy, a
potem z panem prezydentem z powrotem do Smoleńska. Nie mógł tego nie uzgadniać
ze swoimi przełożonymi. Nikt by go nie puścił, gdyby nie było pozwolenia.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj