Niobe spod Wilejki

W naszej śródziemnomorskiej kulturze znany jest starożytny mit o Niobe –
symbolizującej miłość matczyną, żal nieukojony po stracie dzieci, łzy nigdy
nieotarte, wreszcie bezduszne okrucieństwo prześladowców. Zbolały po śmierci
Urszulki Jan z Czarnolasu pisał w "Trenach": "Nie dziwuję Niobe, że na martwe
ciała swoich najmilszych dziatek patrząc, skamieniała"… Bo tak się właśnie
stało z mityczną Niobe: patrząc na śmierć swych ukochanych dzieci z rąk
okrutnych bogów greckich, skamieniała.

Zawsze przypomina mi się ten mit, gdy czytam wspomnienia Polaków
deportowanych w głąb Związku Sowieckiego. Żeby tylko deportowanych! Ograbionych
najpierw do cna z dorobku życia, głodzonych i upokarzanych, patrzących bezsilnie
na śmierć najbliższych – tych najsłabszych – w drodze na poniewierkę w nieznane.
Polska Niobe ma wiele twarzy. To matka z filmu Jagny Wright "Zapomniana odyseja"
idąca kilkadziesiąt kilometrów po śniegu i mrozie, by przydźwigać do miejsca "posielenija"
nagie, wychudzone ciało zagłodzonego synka, z licznymi śladami jego
zamarzniętych łez. Polska Niobe to matka 13-letniej Janiny Jurkiewiczówny, która
wysiada ze stojącego w zaspach pociągu i brnie w śniegu po pas w kierunku
widocznych świateł jakiejś rosyjskiej chałupy, by przynieść cokolwiek do
jedzenia wygłodzonym dzieciom. Pociąg nagle rusza, a ona bezradna i przerażona
wyciąga ręce w kierunku swoich dzieci: Janeczki i dwóch synków – ośmioletniego i
dwuletniego. Już ich nigdy nie zobaczy i sama przepadnie na nieludzkiej ziemi,
do dziś nie wiadomo, w jaki sposób. Czy jak mityczna Niobe skamieniała w tych
zaspach z rozpaczy?

Rozstanie może być jeszcze okrutniejsze, gdy Niobe wie, że jej ukochane
dzieci żyją gdzieś w Sowietach. Są, a jakby ich nie było! Niobe spod Wilejki
szukała ich do końca swych dni.

Kochana i szczęśliwa

Helena była piękną, wykształconą kobietą, nauczycielką z zawodu i powołania.
Urodziła się 28 grudnia 1907 roku w Kałuszu, w województwie stanisławowskim,
jako córka Anieli i Bazylego Kaszewskich. Maturę zdała w Stryju, ale
najważniejsze i najpiękniejsze, co wydarzyło się w jej życiu, związane było z
Wiszniewem w powiecie Wilejka, w województwie wileńskim. Pracując w miejscowej
szkole powszechnej, piękna nauczycielka znalazła miłość swojego życia. W roku
1936 wyszła za mąż za Czesława Błażewicza – właściciela majątku ziemskiego w
Wiszniewie. W lutym następnego roku urodził im się ukochany, pierworodny
Stefanek, a niemal dokładnie rok później Krysia. Za swoje dzieci Helena
skoczyłaby w ogień. Instynkt macierzyński potęgowało nauczycielskie powołanie.
Marzyła o przyszłości swoich dzieci, w myślach pisała najpiękniejsze dla nich
scenariusze. Gdyby wtedy wiedziała, co się wkrótce stanie, skamieniałaby z bólu.
Głęboka wiara i przekonanie, że Opatrzność czuwa nad nią, miały jej później
pomóc w pokonaniu tego, co wydawało się ponad siły subtelnej i wrażliwej
nauczycielki.

Zapowiedź nieszczęścia

We wrześniu 1939 r. jej świat się zawalił. Wróg napadł na Polskę. Do
Wiszniewa przyszli Sowieci. Czesław Błażewicz jako "krwiopijca" i "wyzyskiwacz"
musiał się ukrywać przed sowiecką "ludową sprawiedliwością". Nie miał złudzeń,
co się z nim stanie, gdy zostanie aresztowany. Przykładów bolszewickiego, tępego
okrucieństwa wobec ziemiaństwa polskiego było wtedy aż nadto. Wieczorami
przekradał się do własnego domu, by zobaczyć żonę i dzieci. Potem i tego
zaprzestał, by nie narażać rodziny. Podobno przeżył w ukryciu, w lęku o bliskich
i w tęsknocie do 1943 roku, gdy został zamordowany. Okoliczności jego śmierci są
nieznane.
Władza sowiecka dała Helenie szansę na "resocjalizację". Teraz miała być
prawdziwą sowiecką "uczycielką", miała mówić i uczyć po białorusku, bo przecież
to już nie Polska… Wysłali ją w grudniu 1939 r. na kurs białoruskiego, ale
było to przede wszystkim szkolenie ideologiczne. Helena nie miała szans, by się
zaadaptować do "nowej rzeczywistości", nawet gdyby chciała, dla dobra swoich
dzieci. Miała polską duszę, w której już nic nie dało się zmienić ani
przestawić. Nieszczęście było kwestią czasu. Jedyny pożytek z "kursu" był taki,
że po raz ostatni spotkała się po kryjomu z Czesławem.

Nie stosowała się do żadnych instrukcji i nie podjęła się sowietyzacji
dzieci. Pracowała dalej w wiszniewskiej szkole, starając się przekazywać uczniom
to, co dobre. Jej własnymi dziećmi opiekowała się w ciągu dnia pani Miłoszewska,
przed wojną pracująca w majątku Czesława.

Przyznaj się, to zobaczysz dzieci…

Pojawiły się pierwsze donosy na Helenę. Sąsiad Franciszek Tumasz ostrzegł ją
przed aresztowaniem. Miało nastąpić w czwartek, 8 lutego 1940 r., rano.
Zostawiła dzieci pod opieką pani Miłoszewskiej i skryła się w lesie, spędzając
tam całą noc i następny dzień. W tym czasie Sowieci przyszli do jej domu,
aresztowali chorego na serce ojca Czesława i wywieźli w nieznane. Helena wróciła
późnym wieczorem, miała wątłą nadzieję, że teraz dadzą jej spokój. Modliła się o
to żarliwie.

W nocy obudził ją wrzask enkawudzistów. Stali nad jej łóżkiem. Kazali się
ubierać. Rewidowali mieszkanie w poszukiwaniu broni, której oczywiście nie było.
Powiedzieli, że musi z nimi jechać do urzędu gminy i podpisać jakieś dokumenty,
potem wróci. To było kłamstwo. Rozdygotana i pełna najgorszych przeczuć ubrała
się, w co popadło, i pojechała z nimi saniami. Nie do urzędu jednak, tylko do
szkoły, gdzie zobaczyła przestraszonych, zwiezionych tu Polaków, wśród nich
znajomą żonę policjanta z Wiszniewa. Spędzili w szkole całą noc. Budził się
chłodny zimowy poranek – sobota, 10 lutego 1940 roku. "Dziesiąty luty będziem
pamiętali. Przyszli sowieci, myśmy jeszcze spali"… Helena nie wiedziała
jeszcze, że oto nadszedł jeden z najgorszych dni w historii kresowych Polaków
pod sowiecką okupacją. Dzień rabunku i pierwszej masowej deportacji w głąb
Związku Sowieckiego.

Gdy nastał świt, 27 sań ruszyło z aresztowanymi w kierunku stacji kolejowej,
w eskorcie uzbrojonych sołdatów. Mimo bardzo wczesnej pory odezwały się dzwony
kościelne i wyszło wielu ludzi, by jeszcze wrzucić coś aresztowanym do sań. To
były upiorne chwile, przypominające Helenie opowiadanie więźnia z III części
"Dziadów". Aresztowano ponad 50 osób, Helena była jedną z dwóch kobiet.

Zawieźli ją nie do transportu na Sybir, lecz do więzienia w Wilejce. Nie bała
się o siebie. To były przepłakane dni niewyobrażalnej tęsknoty za Stefankiem i
Krysią, o których losie nic nie wiedziała. Śledczy doskonale zdawali sobie z
tego sprawę – namawiali Helenę, by przyznała się do "spisku przeciwko władzy
sowieckiej", a wtedy szybko wyjdzie i zobaczy swoje dzieci. Podsuwali jej
nazwiska ludzi, którzy do tego "spisku" należeli. Wśród nich staruszka księdza
Ciszewskiego, wykupionego przed wojną z sowieckiego łagru przez władze polskie.
Helena nie dała się oszukać. Mimo wrzasków, straszenia, wymachiwania pistoletem
stanowczo zaprzeczała przynależności do "spisku". Potem, po wojnie, często się
zastanawiała, po co sowieckim zbirom były te "przyznania się do winy", skoro i
tak robili z Polakami, co chcieli. Doszła do wniosku, że chodziło im o złamanie
ducha poprzez upokorzenie, upodlenie, odebranie szacunku dla siebie. Znowu z
pomocą w wyjaśnieniu sprawy przyszedł Mickiewicz z prologu III cz. "Dziadów":

Mam być wolny – tak! nie wiem, skąd przyszła nowina,

Lecz ja znam, co być wolnym z łaski Moskwicina!

Łotry zdejmą mi tylko z rąk i nóg kajdany,

Ale wtłoczą na duszę…

Męczono Helenę codziennymi przesłuchaniami i karcerem. Była bliska załamania,
ale się nie poddała. Nie przyznała się do żadnej wymyślonej przez enkawudzistów
"winy". Widziała w więzieniu ludzi złamanych, którzy podpisywali wszystko – w
złudnej nadziei, że koszmar się skończy. Ale to był dopiero początek ich
golgoty.

Najgorszy był ten zimny, wodnisty karcer. Po latach wspominała: "Trzeciego
dnia już majaczyłam. Widziałam na podłodze karceru wojsko maszerujące.
Oprzytomniałam na chwilę, a potem znowu widziałam sztandary różnokolorowe i
najwyraźniej nasz, biało-czerwony. Niósł go chłopiec w rogatywce białej, z
paskiem czerwonym. Przytomniałam, ale znowu wracały widzenia. Widziałam mojego
aresztowanego teścia z szeroką czarną opaską na oczach".

Na etapie

19 czerwca 1940 r. skończyło się dla Heleny więzienie w Wilejce, ale o
wolności i o dzieciach mogła tylko marzyć. Nauczyła się jakoś żyć – z bólem, ale
i nadzieją, że synek i córeczka są w domu, pod opieką pani Miłoszewskiej lub
kogoś równie dobrego.

Teraz jechała pod eskortą ciężarówką do Orszy, stamtąd do Mińska, znów do
więzienia. Cele poniżej poziomu ziemi. Po ścianach płynęła woda. Więźniarki
dusiły się i mdlały, nie było powietrza. Betonowa podłoga, na niej barłogi
więźniarek, pluskwy i wszy. Za co to wszystko?

Dziwni tam byli więźniowie. Helena ze zdumieniem odkryła, że z jednej strony
sąsiadują z prostytutkami, a z drugiej z chłopcami 8-14-letnimi! Sieroty po
"wrogach Związku Sowieckiego"! Rok później byli zabijani, razem z innymi
więźniami, gdy Niemcy ruszyli na Sowiety i nastąpiła "ewakuacja" więzień
kresowych. Z Mińska wyruszył marsz śmierci do Ihumenia, nieporównywalny z
jakimikolwiek marszami niemieckimi w 1945 roku. Sowieccy oprawcy zamordowali
najpierw na mińskich dziedzińcach więziennych, a potem w drodze kilka tysięcy
ludzi! Tak zaczynali "wojnę ojczyźnianą"..

Szlakiem wdów katyńskich

Helena miała szczęście, że nie doczekała w więzieniu takiej "ewakuacji". W
marcu 1941 r. została wywieziona, razem z innymi Polkami, do Kazachstanu.
Miesiąc wcześniej wezwano ją przed oblicze "sądu" i skazano na 8 lat więzienia
za szpiegostwo na rzecz Anglii (!) i próbę oderwania części terytorium
sowieckiego!

Jechały szlakiem wdów katyńskich, które w kwietniu 1940 r., podczas drugiej
masowej deportacji obywateli polskich w głąb Sowietów, wywieziono do głodowego
sowieckiego Kazachstanu ze swoimi dziećmi. Dokładnie w tym samym czasie, podczas
tej podróży (!) NKWD strzelało ich mężom i ojcom w tył głowy: w Katyniu, w
Charkowie i w Twerze.

Podróż do Kazachstanu, w bydlęcych wagonach, trwała równo miesiąc! Dostawały
raz dziennie menażkę mętnej "zupy", raz herbatę i raz kawałek chleba. 5 kwietnia
Helena dojechała do Karagandy. Przez miesiąc pracowała morderczo przy budowie
tamy, pchając taczkę z kamieniami.

Pozwólmy sobie przez chwilę na smutną projekcję w późniejsze lata. 10
kwietnia 1994 r. powstał w Karagandzie Związek Polaków w Kazachstanie. Ta
kwietniowa data nie była przypadkowa. Nawiązywała do deportacji "katyńskiej" z
kwietnia 1940 roku. Celem Związku jest wspieranie tożsamości narodowej, kultury
i tradycji Polaków oraz praca na rzecz powrotu do Polski. Z zamieszkujących
współczesny Kazachstan około 100 tysięcy osób narodowości polskiej aż 50 tysięcy
chce powrócić do Polski. Tylko że Polska nie chce, nie są jej potrzebni. Bo
Polska to Europa, a tu takie stare historie nie są trendy…

Wolni?

W lipcu 1941 r. Sowiety podpisały wymuszony przez aliantów układ z Polską.
Były w panicznym odwrocie przed Niemcami. Do tysięcy polskich niewolników na
"nieludzkiej ziemi" zaczęły dochodzić wieści o tym, że teraz są sojusznikami i
że formuje się armia polska do walki "ze wspólnym wrogiem", czyli dotychczasowym
sojusznikiem Sowietów, wspólnie z nimi eksterminującym obywateli polskich…
Dowiedzieli się, że obejmuje ich "amnestia". Byli wszak groźnymi przestępcami,
szpionami, a teraz państwo sowieckie wyciągało do nich rękę!

Helena pracowała od połowy kwietnia na stepie, w łagrze "Bidaik". Na 800
hektarach ziemi polscy niewolnicy uprawiali cebulę, kapustę, buraki, kukurydzę,
kawony, koniczynę, tytoń. Mimo to przymierali głodem, a każdy powrót do łagru po
całodziennej pracy związany był ze szczegółową kontrolą, czy w kieszeni nie
przemycili cebuli "na szkodę państwa radzieckiego". We wrześniu i październiku
zbierali kartofle na tysiącach hektarów. Helena miała ręce popękane do krwi,
paznokcie zgrubiałe na pół centymetra.
Wszelkie wnioski o zwolnienie do "armii Sikorskiego" przyjmowane były
niechętnie. Sowieci nie chcieli polskiego wojska i bali się go. Za to polski
niewolnik był im ciągle potrzebny jako bezpłatna siła robocza. Trzeba było
walczyć o swoje, nie wszystkim starczało sił.

Helena otrzymała zgodę NKWD i 10 listopada 1941 r. wyruszyła w daleką drogę
do Pietropawłowska. Dostała ruble na bilet, dwa ogórki kiszone, dwie surowe
marchewki i półtora kilo chleba. Starczyło na kilka dni, potem była głodówka. Z
Pietropawłowska ruszyła na Krasnojarsk, wysiadła w mieście Szyra, w Chakasji, w
południowo-zachodniej części Syberii. Tu się dowiedziała, że jej teść pracuje w
górach, 70 km od Szyry. To było jedno z nielicznych radosnych wydarzeń w czasie
całego pobytu w Sowietach. Przy powitaniu zalała się łzami. Ojciec był stary i
schorowany, ale jakimś cudem przetrwał. Tak jak Helenie, dodawała mu sił
nadzieja spotkania z bliskimi. Wiadomość o nieznanym losie wnuków przyjął z
wielkim bólem. Zaopiekował się Heleną. Od tej pory mieszkała tam, gdzie on
pracował jako stróż. Wspierali się, Helena prowadziła skromne gospodarstwo,
pomagała przy koszeniu, suszeniu i składaniu siana, przy wyrębie lasu, by jakoś
przeżyć. Ojciec dorabiał wyplataniem koszyków i naczyń z drewna brzozowego.

Jestem nauczycielką

W roku 1944 r. przenieśli ich do Szypilińska i osiedlili w pustej chałupinie,
trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Helena była jednak szczęśliwa. Istniała
tu szkoła dla polskich dzieci, które po lekcjach zaczęła uczyć polskiego.
Dobrowolnie, bez wynagrodzenia. Nagrodą było podniesienie głowy i dumna
świadomość, że jest przecież polską nauczycielką. Kiedyś dwoje nauczycieli tej
szkoły przemówiło do niej po polsku. Nie wiedziała wcześniej, że są Polakami…
Prosili, by nie mówiła o znajomości z nimi, bo mogą ich wziąć za szpiegów…
Taki to był "sojusz" polsko-sowiecki. Teraz potrzebni byli nie sojusznicy, lecz
konfidenci, bo Stalin właśnie budował swój "polski rząd", swoją "polską armię" i
szykował się do nowej okupacji Polski – tym razem z błogosławieństwem "naszych
aliantów"…

Do domu?

Wojna dobiegała końca i tęsknota Heleny do Stefanka i Krysi wróciła na nowo z
wielką siłą. Miała przeczucie, że żyją. Tylko gdzie? Kto się nimi opiekuje? Może
ktoś każe im do siebie mówić "mamo"? Może ktoś im mówi, że matka ich porzuciła?
Na myśl o tym zalewała się łzami.

Od maja 1945 r. pracowała w polskim domu dziecka we wsi Bolszaja Jerba w
krasnojarskim kraju. Szkoła była 4-klasowa, Helena uczyła dzieci polskiego.
Wychowawczynie i cały personel byli Polakami. Dyrektor domu dziecka, Franciszek
Karpiński, był wzorowym gospodarzem. Razem z dziećmi nawadniał i uprawiał
ziemię, nauczył kucharki pieczenia chleba. Uprawy przy domu dziecka
kontrastowały z zaniedbanymi polami kołchozu. Sowieci zaproponowali panu
Karpińskiemu, by został dyrektorem kołchozu. Stanowczo odmówił. Po aresztowaniu
zniknął bez śladu…

24 marca 1946 r. Helena razem z ponad stu polskimi dziećmi z Jerby wracała do
Polski. Do domu? W Wiszniewie czekałoby ją nowe aresztowanie. Teraz była
"repatriantką"! Z ziemi rodzinnej wracała "do siebie"! Dotarli do Gostynina,
potem do Szklarskiej Poręby, gdzie Helena pożegnała się z dziećmi.

Dostała pracę nauczycielki na drugim końcu Polski, w Gdańsku-Ujeścisku.
Ciągnęło ją do Gdańska, bo tu przyjechały tysiące wilniuków. Była spragniona
kontaktów z nimi i szukała niezmordowanie wieści o Stefanku i Krysi.

Z Gdańska wyjechała do Kwidzyna, gdzie pracowała w szkole podstawowej i
muzycznej. Tu przeszła na emeryturę. W 1982 r. przeniosła się na Śląsk, do
Pszczyny. Tam umarła w 1992 r. i tam została pochowana. Najważniejsze dokumenty,
jakie po sobie pozostawiła, dotyczyły poszukiwań Stefanka i Krysi. Przed
śmiercią przekazała je Halinie Młyńczak z Gdyni – sybiraczce, córce oficera
zamordowanego w Katyniu.

Nie ta matka, co urodziła…

Oto, co udało się ustalić Helenie. Przez dwa miesiące po jej aresztowaniu
dzieci były pod opieką pani Miłoszewskiej. W kwietniu 1940 r. zostały
deportowane razem z Polką z Wiszniewa, panią Knyrową. Krysia skończyła właśnie
dwa latka. Knyrowa źle znosiła trudy deportacji – fizycznie i psychicznie. Na
pewnej stacji pod Niżnym Nowogrodem (wtedy Gorki) oddała Stefanka komendantowi
obozu karnego, niejakiemu Pierożyńskiemu. Chłopiec był ładny i rezolutny,
"transakcja" nie trwała długo. Krysię oddała jakiejś kobiecie, podobno Polce z
pochodzenia.

W zachowanych po Helenie Błażewiczowej papierach są pisma w języku polskim i
rosyjskim, starannie wykaligrafowane, by każdy mógł przeczytać i zrozumieć.
Pisała do wszystkich możliwych władz jeszcze w czasie trwania wojny, po wyjściu
z więzienia. Z Moskwy Helena dostała wiadomość, że tej kobiety, co wzięła
Krysię, nie mogą znaleźć. W marcu 1946 r., tuż przed wyjazdem z Sowietów, Helena
dostała wiadomość, że jej synek przeszedł już "opcję" i na granicy go jej
oddadzą. To było jeszcze jedno sowieckie oszustwo. Przez granicę przejechali
zaplombowanymi wagonami. W Polsce nic nie wiedziano o jej sprawie.

Jeszcze podczas pobytu w Sowietach Helena nawiązała kontakt korespondencyjny
z Pierożyńską, która wychowywała Stefanka. Pierożyńska przekonywała ją, że
Stefanek ma u niej dobrze, a ona nie wyobraża sobie życia bez niego… Po
interwencji Związku Patriotów Polskich, z którym Sowieci się liczyli, Stefanek
trafił na dwa tygodnie do domu dziecka, skąd Helena miała go odebrać.
Pierożyńska przedstawiła jednak sfałszowane zrzeczenie się przez Helenę praw
rodzicielskich i zabrała dziecko!

Pani Błażewiczowa nie ustawała w staraniach. Na ślad Krysi nie udało się
nigdy trafić, ale po latach, gdy Stefan był już w wojsku, zdobyła jego adres
przez PCK i zasypała go listami. Odpowiedzi nie było. Jaką wersję o matce mu
przedstawiono, że te listy, oblane jej łzami, nie zrobiły na nim wrażenia? A
może nigdy nie dotarły do rąk adresata? Cenzura wojskowa? Przecież żołnierz
sowiecki nie powinien mieć żadnych dylematów…

Jeszcze raz udało się nawiązać kontakt ze Stefanem siostrze Heleny. Odpisał,
że "nie ta matka, co rodziła, tylko ta, co wychowała"…

"Szanuję jego wolę, ale nie wierzę do końca, że to jego słowa" – napisała
zbolała Helena w jeszcze jednym liście do Moskwy. "Czy on w ogóle wiedział, że
miał siostrę i że jego matka, kochająca go i tęskniąca za nim przez lata, całe
swe życie poświęciła cudzym dzieciom"?

* * *

Wśród dokumentów po Helenie Błażewiczowej jest piękne świadectwo
Ireny Wasilewskiej, spisane 30 sierpnia 1943 r. w Teheranie. Irena była
współwięźniarką, pamiętała Helenę z więzienia w Wilejce: "Błażewiczową trawiła
tęsknota i niepokój. Gdzie są jej Stefanek i Krysia? Czy ich odzyska? Wpadała
często w zadumę. Nie płakała i nie skarżyła się. Widziałam, jak jej usta
poruszają się cicho szeptaną modlitwą. Miała w sobie jakąś dziwną moc, która
bezwiednie udzielała się innym (…). Eugenia Sienkiewicz siedziała z nią potem
w więzieniu w Mińsku. W pobliżu więzienia był ogród, w którym bawiły się dzieci
z przedszkola. Helena słuchała chciwie dziecinnych głosów dolatujących przez
zakratowane okno. Miała łzy w oczach. Te dzieci były w wieku Stefanka i
Krysi"…

"Nie dziwuję Niobe (…), że skamieniała"… Niobe spod Wilejki
nie skamieniała, nie poddała się nigdy. Do ostatnich dni swojego życia wierzyła
w spotkanie ze Stefankiem i Krysią. Kiedyś ich na pewno spotka…

Autor dziękuje pani Halinie Młyńczak za udostępnienie dokumentów
po śp. Helenie Błażewiczowej.

Piotr Szubarczyk Instytut Pamięci Narodowej Oddział w
Gdańsku

drukuj