Chaos semantyczny

Po otrąbionych z ogromnym przytupem "konsultacjach" w sprawie ACTA premier
Tusk ogłosił, że podpisu "nie wycofa". Podobnie Gnom sportretowany przez Janusza
Szpotańskiego w "Rozmowie w kartoflarni" odgrażał się, że "zdania swojego za nic
nie zmienię". Wtedy chodziło o "prawicowe odchylenie", w ramach którego Gnom nie
chciał "budować w stepie baraków", tylko "więzienia wznosić z pustaków". Premier
Tusk jest w trochę innej sytuacji; niechby spróbował "wycofać podpis", to
"dałaby świekra ruletkę mu!".

W takiej sytuacji możemy wykorzystać tę chwilę oddechu do przyjrzenia się
chaosowi semantycznemu, który według wszelkiego prawdopodobieństwa wytwarzany
jest celowo, gwoli większego skołowania mieszkańców naszego nieszczęśliwego
kraju, będąc zarazem jedną z przyczyn trapiących nas paroksyzmów. Oto na
przykład wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler jest uważany za
przedstawiciela "prawicy", i to w dodatku "skrajnej". Rozumiem, że tak jest w
Niemczech, bo Niemcy to naród wyjątkowo zdyscyplinowany, nie tak może jak
wyjątkowo karny naród japoński, ale prawie – i jeśli jest rozkaz, żeby
podlizywać się, dajmy na to Żydom albo socjalistom, to nie dadzą się nikomu
wyprzedzić. Gdyby jednak pewnego dnia padł rozkaz odwrotny, to myślę, że też nie
daliby się nikomu wyprzedzić. Ale żeby u nas, w kraju, którego mieszkańcy
uważają się za indywidualistów? Nic więc dziwnego, że w tym pomieszaniu pojęć za
reprezentantów prawicy uważa się ludzi tęskniących za Edwardem Gierkiem i
"godnym życiem", jakiego iluzję stwarzał za pożyczone pieniądze, dopóki czar nie
prysnął i nie pojawiły się kartki na "wołciel z kością". Czyż nie na fali tej
właśnie tęsknoty większość głosujących w referendum akcesyjnym opowiedziała się
za Anschlussem, naiwnie myśląc, że Niemcy wezmą nas na utrzymanie i znowu będzie
jak za Gierka? Nawiasem mówiąc – słowo "Anschluss" pan prof. Tokarski z UMCS,
występujący w charakterze biegłego językoznawcy na procesie Grzegorza Wysoka w
Lublinie, uznał – podobnie jak "IV Rzesza" – za niedopuszczalne i podlegające
karze. Że w domu wisielca nie wypada mówić o sznurze – to poniekąd zrozumiałe,
ale skąd właściwie pan prof. Tokarski wie, że już mieszkamy w domu wisielca?
Chyba Nasza Złota Pani Aniela nie czyni mu osobistych zwierzeń?
Ale to jeszcze nic w porównaniu z wiadomością, jaką otrzymałem od wzburzonego
Czytelnika. Otóż jego znajomy, najwidoczniej tak zwany chrześcijański
socjalista, przekonywał go, że "Lenin to jak Jezus". Oczywiście to nie tylko
nonsens, ale dla chrześcijanina – również bluźnierstwo, bo jeśli Lenin jak
Jezus, to znaczy, że Jezus jak Lenin. Zrównanie Syna Bożego z jednym z
największych zbrodniarzy w historii ludzkości niewątpliwie jest bluźnierstwem, i
to nieporównanie większym niż kabotyńskie wygłupy "Nergala´´ czy knoty pani
Nieznalskiej. Ale być może argument o bluźnierstwie nie wszystkich przekonuje,
więc warto pokazać fundamentalną różnicę. Chrystus mówi: "Daj, pomóż bliźniemu
twemu", podczas gdy socjalista powiada: "Zabierz bogatszemu; on musi ci dać!".
Zatem zbudowany na socjalistycznym fundamencie program przymusowej redystrybucji
dochodu narodowego zwany "sprawiedliwością społeczną" i reklamowany jako
"chrześcijański" jest nieporozumieniem – konsekwencją wspomnianego semantycznego
chaosu. Zresztą niekoniecznie nieporozumieniem – bo równie dobrze – zaporowym
blokowaniem pojawienia się autentycznej prawicy – zgodnie z ustaleniami
podjętymi przy "okrągłym stole".

Stanisław Michalkiewicz

drukuj