Dobry wieczór z arcydziełem Fredry

Edward Dziewoński (Dudek), jeden z najbardziej charakterystycznych polskich
aktorów komediowych XX wieku, pisał w swojej autobiografii ("W życiu jak w
teatrze", Warszawa 1987) o specyficznej metodzie odgrywania sztuk Aleksandra hr.
Fredry. Dudek, który grał główne role, a zarazem wielokrotnie reżyserował "Damy
i huzary", zauważył, że konieczne jest tutaj przybranie swoistej maniery. Dzięki
niej dzieła lwowskiego mistrza mogą być wciąż zabawne i inspirujące. Chodzi
między innymi o sposób poruszania się na scenie, styl mówienia, tempo akcji.
Przede wszystkim jednak na pierwszym planie należy zadbać o owo cudowne,
obustronne "przymrużenie oka" pomiędzy widownią a aktorami, dzięki któremu widz
pozwala porwać się do krainy szalonych zalotów.

Ekipa Teatru Studenckiego "Dobry Wieczór" – pod kierunkiem o. Dariusza Drążka
CSsR – posiadła umiejętność odgrywania "fredrowskich" arcydzieł. To wspomniane
,,przymrużenie oka" oraz ,,szczypta soli i pieprzu" sypana co chwila w stronę
pierwszych rzędów sprawiły, że publiczność płakała ze śmiechu przez prawie dwie
godziny trwania spektaklu. Prawdziwym strzałem w dziesiątkę był wybór miejsca
przedstawienia – auli WSKSiM znajdującej się przy ul. św. Józefa. Miejsce
umożliwiło przygotowanie scenografii z dużym rozmachem. Od progu przybywający
byli witani przez zakutych w zbroję rycerzy, ciężkie, aksamitne kotary, obrazy i
meble z epoki, a nawet stylowy kominek. I w tym miejscu należą się wielkie
gratulacje dla reżysera spektaklu, który konsekwentnie (już od kilku sezonów)
nie ulega modzie uwspółcześniania sztuk Aleksandra Fredry. My (piszę w imieniu
polskiej publiczności) dość już mamy Majorów i Rotmistrzów chodzących w
mundurach moro, pijących piwo z puszki, odbierających w dodatku telefony
komórkowe (jak chociażby Borys Szyc w nieudanych "Ślubach panieńskich" Filipa
Bajona). Te środki wyrazu i przybliżania przesłania sztuki są już po prostu
wyświechtane. Zdecydowanie czym innym jest pokorne podejście do dzieła
literackiego, co mogliśmy podziwiać w sobotniej premierze. Autentyczne oddanie
klimatu tamtej epoki jest jednym z największych atutów toruńskiej realizacji
"Dam i huzarów". Notabene młodzi aktorzy w świecie sprzed dwóch wieków czują się
jak ryby w wodzie. Widać to było w namaszczeniu, z jakim aktorki nosiły
przepiękne białe i czerwone suknie. Stukanie obcasami oraz dumne eksponowanie
przez mężczyzn huzarskich epoletów również robiły ogromne wrażenie. Szymon
Gąsiorowski odgrywający rolę Kapelana paradował po scenie w czarnej sutannie.
Warto zauważyć, że również w kwestii mody Kościół jest ponadczasowy.

Prawdę mówiąc, fabuła w spektaklu nie była najważniejsza. Konwencjonalna
historia miłosna, powtarzana do dziś w filmowych komediach romantycznych, dała
możliwość prezentacji barwnej gamy ludzkich charakterów i temperamentów. Aktorzy
Teatru "Dobry Wieczór" wywiązali się z tego zadania znakomicie. Na szczególną
uwagę zasługuje brawurowa kreacja Piotra Zajączkowskiego (Major), który niczym
Tadeusz Łomnicki potrafił przeobrazić się w mężczyznę starszego od siebie o
prawie 30 lat. Według mnie, z rezerwą należy podchodzić do odgrywania postaci w
innym wieku aniżeli rzeczywisty wiek aktora. Tutaj jednak panu Piotrowi należą
się wyrazy szczerego uznania. Podobnie uwagę przykuwa rola Anity Suraj (Aniela),
która z francuskim akcentem wypowiada namiętne słowa przeszywające mózg wprost
na wylot. Doskonale z zadaniem aktorskim poradziły sobie Wanda Pachla (Orgonowa)
oraz Marta Telakowska (Dyndalska). Nikt nie potrafi już krzyczeć tak jak one.
Tomasz Wiśniewski (Rotmistrz) odegrał rolę huzara z wzorowymi manierami, także
wzorowo!

Epizodyczne role Fruzi (Anna Bencal), Zuzi (Dominika Franus) i Józi (Monika
Niżnik) pokazały, że nawet w kilku chwilach przebywania na scenie można oddać
charakter postaci. Sceny zamieszania przypominały w ich wykonaniu zwariowaną
kreskówkę. Pomiędzy parą amantów Zosią (Magda Michalik) i Porucznikiem (Wiktor
Kowalski) widoczna była prawdziwa czułość. Ciężar wielu scen uniosły piosenki
skomponowane i wykonywane przez aktorów. Brawurowo swoją partię wyśpiewał Szymon
Gąsiorowski (Kapelan). Ulubieńcami publiczności stali się Sebastian Czachor
(Grzegorz) oraz Wojciech Kościak (Rembo). W finale przedstawienia zafundowali
publiczności pojedynek na broń białą. Pojedynek, którego nie powstydziłyby się
najlepsze filmy z gatunku płaszcza i szpady.

Poczucie wewnętrznej harmonii i ładu w zwariowanym świecie – oto styczniowy
prezent od Teatru "Dobry Wieczór". Czekamy na kolejne premiery!

ks. Grzegorz Bartko

student IIroku dziennikarstwa i komunikacji społecznej

drukuj