Miejcie odwagę się przyznać

Z Ewą Błasik, żoną generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił
Powietrznych RP, który zginął na Siewiernym, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Żaden z członków komisji Jerzego Millera, którzy mieli rozpoznać głos
Pani męża, dziś nie chce się do tego przyznać. Nie dziwi to Pani?

– Byłam z dziećmi przed konferencją prokuratury, na której podano wyniki
ekspertyzy IES, w prokuraturze. Czytałam stenogramy, odsłuchiwałam zapisy głosów
z kokpitu i nie rozpoznałam na tych taśmach głosu mojego męża. A przecież w
raportach przypisywano mu najpierw czytanie "mechanizacji skrzydła", później
podawanie wysokości. Jest mi ogromnie przykro, że pułkownicy z komisji Millera
tak szybko i bezpodstawnie, zdając się jedynie – jak mówią – na kontekst
sytuacyjny, przypisywali słowa wypowiadane przez załogę mojemu mężowi.
Chciałabym, żeby opinia publiczna dowiedziała się, jacy to przyjaciele mojego
męża od razu rozpoznali w Moskwie jego głos, by padły ich nazwiska.
Nieodpowiedzialne przypisanie do kokpitu mojego męża wywołało lawinę
bezpodstawnych, okrutnych oskarżeń w stosunku do jego osoby.

Informacje, że Pani mąż był do końca w kokpicie, przez prawie dwa
lata powtarzało bezrefleksyjnie wielu dziennikarzy. Dziś zachowują się tak,
jakby nic się nie stało.

– Świat dziennikarzy to ludzie, jak się okazuje, w większości bez kręgosłupa
i honoru, żądni jedynie taniej sensacji i bezrefleksyjnego, brutalnego
niszczenia ludzi. Nawet po śmierci. Nie znałam tego środowiska. Jestem
zszokowana ich sposobem postępowania, upolitycznienia i manipulowania opinią
publiczną. Dla mnie są to nieuczciwi, bezmyślni ludzie, przez których tak wiele
razem z dziećmi wycierpiałam. Przez długie miesiące głosili tezy, które nie
miały i nie mają pokrycia w dowodach. Niestety, przez ich bezpodstawne
insynuacje i fantazje Polska jest taka, a nie inna. Daleko nam do standardów
demokracji europejskiej, skoro większość mediów, które mamy w kraju, po prostu
zwyczajnie kłamie i kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Widzę to na podstawie
kłamstw rzucanych na Andrzeja i pilotów Tu-154M, których za wszelką cenę chce
się bez dowodów obwinić i skompromitować. Tak pasuje rządzącym i przede
wszystkim Rosjanom. Są to działania niesłużące Polsce i naszej dumie narodowej.
Mój mąż i piloci wiernie służyli naszej Ojczyźnie i nie zasłużyli na takie
krzywdzące traktowanie ich po śmierci.

Po upublicznieniu ekspertyzy IES część dziennikarzy zafundowała nam
opowieść, że nie ma dowodów na to, iż Pani męża nie było w kokpicie, a jego
ciało znaleziono właśnie w tym miejscu.

– Tonący brzytwy się chwyta. Mój mąż i prawdziwe, uczciwe lotnictwo nigdy nie
miało zaufania do ekspertów z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Uważali, że nie wyjaśniła ona faktycznych przyczyn katastrofy CASY, więc jak
mamy dziś wierzyć w to, że rzetelnie miałaby wyjaśnić przyczyny katastrofy na
terenie obcego mocarstwa. To nie są wcale wybitni eksperci. Przykład z
rozpoznawaniem głosu mojego męża świadczy jedynie o tym, jak bardzo ich praca
była nieprofesjonalna. Wystarczyło, by na podstawie tego, co jeden drugiemu
powiedział, i z kontekstu sytuacyjnego wywnioskowali, że do tej ich układanki
pasuje im – mój mąż. I tak oto bezrefleksyjnie rzucono go na pożarcie Rosjanom i
mediom. Przecież tak działając, można do kokpitu przypisać każdą osobę, która
była w tym samolocie. Równie dobrze mógł być tam ktoś na przykład z
organizatorów tego lotu. Na pokładzie Tu-154M był również szef Sztabu
Generalnego, któremu mój mąż bezpośrednio podlegał. Generał Gągor był zawsze
blisko pana prezydenta, więc skąd wiemy, czy na przykład on nie mógł na chwilę
pojawić się w kokpicie, przecież wszystkich tych generałów znaleziono w jednym
miejscu. Dlaczego wszędzie miał być mój mąż, on był tam tylko jednym z wielu
pasażerów.
Mąż zawsze mówił, że to od szefa komisji zawsze zależy, w jakim kierunku pójdzie
trop badania katastrofy. Raport Millera jest dla mnie raportem czysto
politycznym, który nie przybliża nas do prawdy o katastrofie smoleńskiej. Jego
fałszywe tezy podchwytywali tylko nieuczciwi dziennikarze i tzw. eksperci
lotniczy, o których nikt wcześniej nie słyszał. Nie rozumiem, jak mogli
wygłaszać swoje fantastyczne tezy na temat zachowania mojego męża i załogi. Ci
ludzie nie znali mojego męża i nie mają pojęcia, o czym mówią. Jakim prawem
dyktują, co powinien robić mój mąż podczas tego lotu? To żenujące, że jacyś byli
oficerowie polityczni, piloci mentalnie tkwiący w systemie komunistycznym,
wypowiadają się na temat zachowania mojego męża. Żerują tylko na jego śmierci i
celowo kompromitują polskie lotnictwo.

Co Panią najbardziej boli w wyjaśnianiu prawdy o 10 kwietnia 2010 r.,
poza samotną walką o honor męża?

– To, że osoby i środowiska, które domagają się prawdy o tej tragedii, są
ośmieszane, bo tak jest wygodniej dla obecnej ekipy rządzącej. Boli mnie też to,
że przy tak ogromnej tragedii narodowej nie prowadzi się rzetelnego śledztwa, a
przecież ci, którzy zginęli, chyba na to zasługują. Mój mąż był niezwykle
szanowany w strukturach NATO. Nigdy nie miał nic wspólnego ze służbami
specjalnymi. Wszyscy doskonale wiedzą, że w szybkim tempie, w miarę możliwości
finansowych, wyprowadzał Siły Powietrzne z zapaści i nie rozumiem, dlaczego po
śmierci zwierzchnik Sił Zbrojnych nie stoi na straży obrony mojego męża.

"Pewność jest taka, że źródłem katastrofy była próba lądowania w
nieodpowiednich warunkach pogodowych" – powiedział w czwartek Bronisław
Komorowski.

– Przecież piloci, jak dziś wiemy, byli zdani w powietrzu nie tylko na
siebie. Od tego są służby naziemne, które powinny ich informować o wszystkim.
Moim zdaniem, ewidentnie są winni Rosjanie, którzy w tych warunkach powinni
zamknąć lotnisko. Nie można winić pilotów, którzy mieli pełne prawo zniżyć się
do określonej wysokości za zgodą wieży. Oni nie chcieli lądować, jedynie się
zniżyli, a obowiązkiem Rosjan było zamknąć to lotnisko. Winny jest generał,
który kazał sprowadzać ten samolot, i bałagan na wieży kontrolerów. Tu leży
przyczyna katastrofy. Nie rozumiem, dlaczego prezydent Komorowski nie broni
naszych pilotów. Co chce w ten sposób osiągnąć? Polski prezydent powinien bronić
polskiej racji stanu i polskich poległych lotników, a nie chronić interes
Rosjan.

Czytała Pani komunikat dotyczący ekspertyzy biegłych w sprawie
odpowiedzialności Biura Ochrony Rządu?

– Tak. Ekspertyza biegłych jest szokująca, ale nie dziwię się temu. Od dawna
wojsko i BOR były wplątywane w akcję walki ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Można powiedzieć, że katastrofa smoleńska jest jak gdyby wynikiem tej walki. Jak
można było tak igrać z polskim prezydentem wybranym w demokratycznych wyborach?
Minister Arabski, jak czytałam, zabierał prezydentowi samoloty, nie szanowano
go, kompromitowano na arenie międzynarodowej. To była wojna na śmierć i życie,
wojna premiera Tuska, który doczekał się jej tragicznych konsekwencji. Do końca
życia będę się domagać powołania międzynarodowej komisji do zbadania dwóch
katastrof: Tu-154M i CASY.

Dlaczego powinno się wznowić badanie przyczyn katastrofy CASY z 2008
roku?

– Bo to jest coś nieprawdopodobnego, że gdy po II wojnie światowej doszedł do
władzy pierwszy prawdziwie niepodległościowy generał – jakim był mój mąż – który
chciał dobra polskich Sił Powietrznych, nagle spadają dwa samoloty z tak ważnymi
osobami na pokładzie. W CASIE zginęli w większości uczniowie mojego męża, jak na
ironię losu, wracali z konferencji dotyczącej bezpieczeństwa lotów. To nie tylko
moje zdanie, ale całego środowiska pilotów nie przekonują przyczyny katastrofy
CASY podane przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych, twierdzą, że do
dziś nie wiemy, dlaczego CASA spadła. Jeżeli jej katastrofę badali tacy
eksperci, jak panowie z komisji Millera, którzy tak pochopnie rozpoznali rzekomo
głos mojego męża w Moskwie, to proszę się nie dziwić, że nie wiemy, co się tam
faktycznie stało. Być może w białych rękawiczkach zlikwidowano nam świetnych
pilotów pod Mirosławcem, a pod Smoleńskiem zgładzono elitę, która chciała dobra
Polski. Jeszcze raz podkreślę – to są zbyt poważne katastrofy, żeby można było
przejść nad nimi do porządku dziennego i mówić – jak rzecznik rządu Paweł Graś –
że przecież życia już im się nie wróci. To jest skandal. Tacy ludzie jak pan
Graś nigdy nie powinni zajmować żadnych ważnych stanowisk, jeżeli nie chcą
wyjaśnić prawdy o śmierci tak ważnych osób w państwie.

Sugeruje Pani, że chcą coś ukryć?
– Gdyby mieli czyste sumienie, wyjaśnianie przyczyn katastrofy Tu-154M od
początku wyglądałoby inaczej. Toczyłoby się tak jak w cywilizowanym kraju. Ja
nie mam nic do ukrycia, pragnę jedynie prawdy. Nie wiem, czego boją się ci,
którzy za wszelką cenę nie chcą jej poznania, a wolą za to zrzucać
odpowiedzialność na tych, którzy nie żyją. Nie mają honoru, bo nie chcą
odpowiadać za swoje decyzje. Ta cała cywilna kontrola nad armią nie potrafi dziś
uderzyć się w piersi i powiedzieć, że winna jest zapaści w lotnictwie. To
niepojęte, że polski prezydent – nie dość, że nie broni honoru gen. Andrzeja
Błasika – obraża go, mówiąc, że w Siłach Powietrznych szwankowało dowodzenie.
Będę mu do końca swojego życia udowadniać, jakim dowódcą był mój mąż i w jakiej
rzeczywistości przyszło mu dowodzić. Będę ujawniać tę rzeczywistość. Polacy
zasługują na prawdę i nic nie będzie tu zamiecione pod dywan.

A jaka była ta rzeczywistość?

– Przede wszystkim Siły Powietrzne były w fatalnym stanie. Nigdy nie było
pieniędzy. Andrzej nie miał pilotów, nowych samolotów dla VIP-ów. Cały czas
zwodzono go, że już-już będą, po czym ich nie kupowano. Nikt nie potrafił podjąć
męskiej decyzji, żeby taki sprzęt zakupić. A teraz ci sami ludzie zrzucają winę
na tych, którzy nie żyją. Polacy mogą być dumni z mojego męża, bo dawał sobie
radę w tych trudnych okolicznościach, w jakich się znalazł. Ci, którzy mówią, że
nie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, po prostu kłamią. Od początku nie
wierzyłam, że mógłby wtrącać się w pracę pilotów Tu-154M. To, co dziś mówią
chociażby panowie Hypki i Białoszewski, w złym świetle przedstawiając mojego
męża, nie ma nic wspólnego z prawdziwymi cechami jego charakteru. A gdy już nie
wiedzą, jakie nowe kłamstwo mają o Andrzeju wrzucić, wracają znów do wątku, że
ten samolot nie powinien w ogóle wylecieć. To był pierwszy lot mojego męża z
prezydentem na pokładzie. Wszyscy lotnicy, z którymi rozmawiam, są zbulwersowani
tym, że Andrzejowi odmawia się w mediach nawet możliwości złożenia na płycie
Okęcia meldunku zwierzchnikowi Sił Zbrojnych, co jest rzeczą normalną. Pytam:
jakim prawem "ekspert" Białoszewski czy polityk Leszek Miller mogą podważać
zasadność zachowania mojego Andrzeja i dyktować, co miałby robić? On doskonale
wiedział, co ma robić, przyjął meldunek od majora Protasiuka i miał pełne prawo
złożyć go swojemu bezpośredniemu przełożonemu. To są bezpodstawne zarzuty
jakichś ludzi wrogo nastawionych do mojego męża, tutaj rozgrywa się jakaś wielka
polityka, która nie ma nic wspólnego z prawdą.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj