Podatkowy paraliż
Początek tego roku źle wróży ekipie Donalda Tuska. Mit rządu fachowców,
karmiącego Polaków wyjątkowo skuteczną propagandą, rozsypuje się w drobny mak.
Koronnym tego przykładem może być forsowany przez ministra Jacka Rostowskiego
projekt przepisów dotyczący podatku od wydobycia niektórych kopalin.
Niestety, to, co "upichciła" Platforma, zakrawa na kpinę. Proponowane stawki
podatku nie uwzględniają ani kosztów wytworzenia, ani kosztów przerobu miedzi i
srebra, a odnoszą się wyłącznie do rynkowej ceny obu surowców. Tymczasem
wydobycie tony miedzi w Polsce kosztuje 4 tys. dolarów, czyli trzy-, a nawet
czterokrotnie więcej niż w wielu krajach. Co istotne, kosztów tych nie da się
zmniejszyć, bo wynikają one z uwarunkowań geologicznych. Autorzy projektu
postanowili, że podatek dochodowy ma być płacony także przy faktycznych stratach
wywołanych tymże podatkiem. Wysokie koszty wydobycia, do których dodamy
obciążenia fiskalne i spadek cen na światowych rynkach, mogą generować takie
straty. Co ważne, w projekcie nie przewidziano również waloryzacji o wskaźnik
inflacji ani o dynamikę wzrostu jednostkowego kosztu produkcji. Mówiąc obrazowo
i w dużym uproszczeniu: to tak, jakby właściciel sklepu płacił podatek dochodowy
od obrotów, nie od zysku. Sprzedał towaru za 60 tysięcy, zarobił 3 tysiące, ale
fiskus ściągnie z niego należność tak, jakby towary spadły mu z nieba, a
pracownicy byli wolontariuszami.
Jednym słowem, projekt nowych podatków robi wrażenie, jakby został napisany
przez zagranicznych konkurentów polskiego, można rzec narodowego, koncernu –
KGHM. Przypomnijmy, że większość udziałów w tym przedsiębiorstwie należy do
Skarbu Państwa. Pseudoliberalny rząd zachowuje się niczym administracja
okupacyjna, której nie obchodzi, co stanie się z podatnikiem – byleby tylko
ściągnąć z niego kontyngent. Zwrócili na to uwagę posłowie PiS, którzy domagają
się odrzucenia szkodliwego projektu. Ma rację poseł Paweł Szałamacha, który
podkreślił, iż mamy do czynienia z "gorączkowym poszukiwaniem pieniędzy tam,
gdzie się da, zaburzeniem przewidywalności systemu podatkowego".
Można spytać – a co to ma wspólnego z łupkami? Ano ma, ponieważ w rządowych
planach KGHM, obok Orlenu, PGNiG i kilku innych wielkich firm, kontrolowanych
przez państwo, ma inwestować w poszukiwania złóż gazu z łupków. Nie trzeba
udowadniać, że tego rodzaju inwestycje wymagają olbrzymich nakładów, a na
ewentualne zyski trzeba będzie długo czekać. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni,
jakim cudem przygniecenie KGHM nierozsądnie skonstruowanym podatkiem pomoże w
inwestowaniu w gaz niekonwencjonalny. Być może minister finansów po raz kolejny
za pomocą księgowych sztuczek postara się wykazać, niczym wolterowski Pangloss,
że wszystko jest najlepsze na tym najlepszym ze światów – czyli w Polsce Tuska.
Po pierwsze – sondaże
Zdumiewający brak konsekwencji Platforma prezentuje również w przypadku innej
strategicznej spółki – Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Spółka
znajduje się w sporze arbitrażowym z Gazpromem, a wynik tego postępowania będzie
miał kolosalne znaczenie dla każdego z nas. Po raz pierwszy od wielu lat
pojawiła się realna szansa na obniżkę stawek, tym bardziej że Gazprom poszedł na
ustępstwa wobec wielu europejskich odbiorców gazu.
Rosnący udział gazu niekonwencjonalnego i gazu skroplonego w światowym
obrocie to dla rosyjskiego giganta zła wróżba na przyszłość. Żeby nie osłabiać
polskiej firmy we wspomnianym sporze, potrzebny jest jej spokój i wsparcie ze
strony państwa. Tymczasem od wielu tygodni Urząd Regulacji Energetyki nie jest w
stanie wydać decyzji w sprawie proponowanych przez PGNiG nowych taryf gazowych.
Taryfy te przewidują, niestety, podwyżki cen. Trudno się temu dziwić, zważywszy
na osłabienie złotówki i ceny ropy (formuła cenowa w kontraktach z Gazpromem
jest uzależniona od cen koszyka produktów ropopochodnych). Jaka powinna być
skala tych podwyżek i czy faktycznie są one nieuniknione – niech ocenią
eksperci, przecież URE nie musi automatycznie zatwierdzać każdej propozycji
dostawcy. Odwlekanie decyzji, co tu dużo mówić, szkodzi nie tylko monopoliście,
ale i Polsce. Jak spółka ma planować działanie i, co ważniejsze, poważne
inwestycje, skoro nie wiadomo, w jakiej będzie kondycji finansowej?
Charakterystyczne, że tę pożałowania godną sytuację skrytykowali nie tylko
menedżerowie i eksperci, ale również związkowcy z PGNiG.
Przewlekanie decyzji w sprawie taryf jest również złe dla polskich firm
chemicznych, odbiorców gazu – z tych samych powodów. Urzędnicy każą im zgadywać,
ile mogą zapłacić, tak więc budżety takich firm są jednym wielkim znakiem
zapytania. Jak wpływa to na konkurencyjność naszych producentów, np. nawozów –
nietrudno zgadnąć…
W tym przypadku, jak trafnie zauważył dr Robert Gwiazdowski, rząd patrzy
przede wszystkim na sondażowe słupki. Oczywiste jest, że kolejna podwyżka nie
zjedna Tuskowi serc wyborców, nawet tych, którzy wierzą w banialuki o
"faszystowskim" PiS. Koszmarnie droga benzyna, słaba złotówka, rosnące podatki –
każdy Polak dotkliwie odczuwa skutki "cudu gospodarczego" na własnej kieszeni.
Trzeba więc unikać decyzji tak długo, jak się da. W tym rząd PO – PSL jest
mistrzem, trzeba to przyznać. W języku "młodych, wykształconych z dużych miast"
nazywa się to polityczną mądrością, w języku pospolitym – zgoła inaczej.
Tchórzostwem.
Komu zależy na utrudnieniach?
Nie ma wątpliwości, że taka praktyka może zahamować impet inwestycyjny
gazowego koncernu w zakresie poszukiwań złóż gazu z łupków. A przecież takie
inwestycje planuje się w perspektywie wieloletniej, w oparciu o racjonalne
przewidywania zysków. Cóż z tego, skoro nawet najlepsza prognoza cen gazu
kupowanego od Rosjan może stać się nic niewartym papierkiem, bo nie uwzględnia
takiego czynnika, jak poparcie sondażowe dla rządu…
Jakub M. Opara
