Głów nie spuścimy

Rozmowa z Grzegorzem Tkaczykiem, kapitanem reprezentacji Polski w
piłce ręcznej

Jak, z perspektywy kilku dni, już bez emocji, ocenia Pan występ
reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy w Serbii?

– Przede wszystkim uważam, że był to bardzo dziwny, by nie rzec szalony,
turniej. Wiele meczów miało niezwykły przebieg, trudny nawet do wytłumaczenia. A
jeśli chodzi o nasz występ, to trudno być dumnym z dziewiątego miejsca.
Liczyliśmy zdecydowanie na coś więcej. Aczkolwiek wydaje mi się, że zajęta
pozycja nie odzwierciedlała do końca naszej gry i postawy na tym turnieju. Jako
kapitan byłem zadowolony z tego, jak zespół się prezentował, jak walczył mimo
przeciwności losu. Wiem dobrze, że każdy zawodnik zostawił na boisku kawał
zdrowia i serca. Pamiętajmy, że przed mistrzostwami z kadry wypadło kilku
niezwykle istotnych piłkarzy, a już podczas pierwszego meczu, z Serbią, kontuzji
doznał nasz najlepszy prawy rozgrywający, człowiek, na którym mieliśmy nadzieję
oprzeć grę, czyli Krzysiek Lijewski. Wcześniej wszelkie założenia taktyczne,
wszelkie warianty ćwiczyliśmy razem z nim, teraz nagle wypadł z gry i powstała
luka niezmiernie trudna do wypełnienia. Musieliśmy sobie błyskawicznie poradzić
z tą sytuacją, co było szalenie trudne.

Przed mistrzostwami celem minimum miało być miejsce gwarantujące
występ w olimpijskich kwalifikacjach, ale każdy liczył na to, że uda się dotrzeć
dużo dalej, na podium. Pan miał nadzieję na medal czy też był on konkretnym
celem?

– Na pewno każdy z nas po cichu liczył, że zagramy w półfinale, i zabrakło
nam bardzo niewiele. Dokładnie jednego punktu, który straciliśmy w pojedynkach
ze Szwedami i Macedonią. Gdybyśmy pokonali Skandynawów, a była taka szansa nawet
mimo fatalnej pierwszej połowy, albo gdyby udało się nam dogonić Macedończyków,
to dziś rozmawialibyśmy inaczej. Dobrze, że mistrzostwa zakończyliśmy udanym
meczem z Niemcami. Wygraliśmy go po niesamowitej walce, udowadniając, że nikt z
nas nie spuścił głowy i się nie poddał.

Proszę zauważyć, że po drugiej rundzie mistrzostw mieliśmy na koncie pięć
punktów, wygrane z Danią i Niemcami, a ostatecznie uplasowaliśmy się na
dziewiątym miejscu. Rywalizująca w drugiej grupie Słowenia zgromadziła zaledwie
cztery punkty, a mogła stoczyć bój o piątą pozycję. To też w jakimś stopniu
dowodzi teorii, że serbski turniej był po prostu dziwny.

Mocniej pamięta Pan fatalne pierwsze połowy starć z Danią i Szwecją
czy też nieprawdopodobne drugie?

– W głowie zostaje zwykle raczej końcowy wynik. Mecz z Danią był niesamowity,
tak dla kibiców, jak i dla nas. Po jego zakończeniu, już w szatni, powiedziałem
do chłopaków, że wróciły stare, dobre czasy. Przecież to właśnie z tym rywalem
stoczyliśmy fantastyczny pojedynek w półfinale mistrzostw świata w Niemczech w
2007 roku. Wtedy wygraliśmy po dwóch dogrywkach, teraz w okolicznościach wręcz
nieprawdopodobnych. Z kolei spotkanie ze Szwecją może służyć jako materiał
szkoleniowy dla młodych grup sportowych. Pierwszą połowę można pokazywać
dzieciakom, mówiąc, że tak nie należy grać w piłkę ręczną, po czym błyskawicznie
przeskoczyć na drugą część, zaznaczając, że trzeba w nią grać dokładnie w ten
sposób. Ten pojedynek był wędrówką ze skrajności w skrajność, dokonaliśmy
niemożliwego, doprowadzając do remisu, ale w szatni używaliśmy słów, które nie
nadają się do przytoczenia. Ogólnie rzecz ujmując, stwierdziliśmy na koniec, że
musimy być wariatami, skoro na imprezie rangi mistrzowskiej, z czwartym zespołem
świata, najpierw doprowadziliśmy do straty jedenastu bramek, by potem ją
odrobić. Był to chyba pierwszy i ostatni taki mecz w historii.

Skąd brały się te fatalne pierwsze połowy spotkań, nie tylko
wspomnianych ze Skandynawami, ale i z Macedonią?

– Bardzo trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Sami je sobie zadawaliśmy już
po pierwszym takim meczu i nie potrafiliśmy dojść do jakichś sensownych
wniosków. Na pewno słabiej niż zwykle funkcjonował nasz atak. O ile obrona
stanowiła mocny punkt, o tyle właśnie gra z przodu układała się tak sobie. To
jeden z powodów, a pozostałe? Czasami tak bywa. W sporcie, jak w życiu, pewnych
rzeczy nie da się łatwo, ot tak, wytłumaczyć.

Gdybyście w każdym meczu grali tak jak w drugich połowach potyczek z
Danią i Szwecją, to nie tylko wystąpilibyście w niedzielnym finale, ale i pewnie
go wygrali. Nie żal straconej szansy? Bo te mistrzostwa można tak właśnie ocenić

– Pewnie, że żal, i mam ogromny niedosyt. Kiedy oglądałem półfinały, to byłem
zdziwiony, że toczyły się na tak przeciętnym poziomie, i tym bardziej bolały
mnie nasze potknięcia. Po wszystkim często słyszałem pytania, co teraz będzie z
kadrą, czy nie powinno dojść do zmiany warty, czy starsi zawodnicy odejdą. Nie
zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Moim zdaniem, w kluczowych meczach, o
najwyższą stawkę, brakowało właśnie wspomnianych starych wilków, którzy mają
doświadczenie i mogliby pomóc odwrócić losy. Mam tu na myśli Marcina Lijewskiego
i przede wszystkim Sławka Szmala. Skłaniam się zatem ku temu, że gdybyśmy na
mistrzostwach dysponowali optymalnym składem, to moglibyśmy z powodzeniem
powalczyć o medal.

Tyle że to była druga z rzędu wielka impreza, po mistrzostwach
świata, z której reprezentacja Polski wróciła na tarczy. Mamy poważny problem
czy to tylko wypadki przy pracy?

– Chciałbym powiedzieć, że wypadki przy pracy, i będę przy tym obstawał. Nie
zwykłem szukać łatwych usprawiedliwień, ale przed tymi mistrzostwami i w ich
trakcie borykaliśmy się z naprawdę wielkimi problemami kadrowymi. Tuż przed
wyjazdem do Serbii wypadł przecież także Tomek Rosiński, który był bardzo
istotną postacią w zespole. W ten sposób zawęziła się opcja w ataku, no i ten
element nie funkcjonował tak jak należy.
Przyznam jednak szczerze, że po występie w Serbii jestem bardziej zadowolony i
spokojny niż po mistrzostwach świata w Szwecji, gdzie zajęliśmy wyższe miejsce.
Teraz jednak zaprezentowaliśmy lepszy styl grania. Z drugiej strony dobrze wiem,
że ze stylu nikt nas nie rozlicza, tylko z miejsc.

Powrócił temat ewentualnej zmiany na trenerskim stołku. Wyobraża Pan
sobie kadrę z kimś innym niż Bogdan Wenta?

– Nie. Trener jest świetnym fachowcem, co nieraz udowodnił, nie ma żadnego
problemu, żadnych napięć między nami, zatem dlaczego miałoby dojść do jakichś
gwałtownych, nieprzemyślanych ruchów? Wydaje mi się, że zmuszenie Wenty do
odejścia spowodowałoby, że większość zawodników poszłaby za nim. Razem wciąż
jesteśmy w stanie wiele osiągnąć.

Na przykład awansować na igrzyska i powalczyć na nich o medal. Dzięki
temu, że mistrzem Europy została Dania, zagracie w kwalifikacjach i będziecie
mogli zrewanżować się Serbii.

– Cieszymy się bardzo, że finał tak się zakończył, że wygrała go Dania.
Najpierw my pomogliśmy jej awansować do półfinału, teraz ona w jakiś sposób nam
się zrewanżowała. Wszystko w naszych rękach, na pewno kolejny mecz z Serbią
będzie wyglądał inaczej.

W powszechnej opinii dostać się na olimpiadę jest największą sztuką,
a gdy już się awans wywalczy, można zrobić, czyli ugrać, wszystko.

– Na razie musimy wykorzystać szansę, jaka się przed nami otworzyła, daj
Boże, żeby to się udało. Wiemy już, na czym polega specyfika olimpijskiego
turnieju, graliśmy przecież w Pekinie. Wszyscy marzymy o medalu, który dla
sporej części zawodników stanowiłby wspaniałe zwieńczenie kariery. Nie dzielmy
jednak skóry na niedźwiedziu, najpierw do tego Londynu się dostańmy.

Wenta po mistrzostwach w Serbii powiedział, że najskuteczniejszym
sposobem na zwiększenie swych szans na medal wielkiej imprezy jest jej
organizacja. Faktycznie ściany tak bardzo pomagają gospodarzom?

– Nie przez przypadek w ostatnich latach gospodarze mistrzowskich imprez
zawsze odnosili w nich sukces, dochodząc co najmniej do półfinału. W 2007 roku
zostali doń przepchnięci Niemcy, teraz Serbowie. A Serbia, proszę mi wierzyć,
jest naprawdę przeciętnym zespołem, który nigdy nic nie wygrał. Pamięta pan
mistrzostwa świata w Tunezji w 2005 roku? Gospodarze zajęli na nich czwarte
miejsce, a to zespół, który na żadnym wielkim turnieju nie ma prawa awansować do
dziesiątki.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz

drukuj