Pakt jest przereklamowany
Z Krzysztofem Bosakiem, wicedyrektorem Centrum Analiz Fundacji
Republikańskiej, rozmawia Piotr Falkowski
Nazwa "pakt fiskalny" kojarzy się z podatkami. Czyżby UE chciała
doprowadzić do ujednolicenia danin publicznych w krajach członkowskich?
– O tym się myśli, ale podatki nie są przedmiotem zainteresowania paktu
fiskalnego, a przynajmniej ostatnia upubliczniona wersja projektu nie zawiera
żadnych zapisów na ten temat. Słowo "fiskalny" oznacza tu po prostu ogół
zagadnień związanych z finansami publicznymi – polityką budżetową i zadłużeniem.
W takim razie, co nowego do mechanizmów Unii wprowadzałby pakt
fiskalny?
– W zamierzeniu twórców pakt ma być jednym z narzędzi naprawy sytuacji w
strefie euro. Jednak kiedy bliżej przyjrzeć się jego postanowieniom, to okazuje
się, że jest on mocno przereklamowany. Nie wprowadza on niczego jakościowo
nowego, czego nie byłoby w Unii od dwudziestu lat, czyli od traktatu z
Maastricht z 1992 roku. Chodzi o reguły fiskalne ograniczające deficyt budżetowy
do 3 proc. i dług publiczny do 60 proc. PKB w państwach Unii Gospodarczej i
Walutowej. Problem w tym, że kryteria te były przez lata lekceważone. W 1997 r.
w Amsterdamie przyjęto Pakt Stabilności i Wzrostu, który miał doprowadzić do ich
przestrzegania. Kar przewidzianych w pakcie nigdy nie nałożono, łamano jego
postanowienia bardzo wiele razy, aż w końcu w 2005 r. jego zasady
zliberalizowano. Kryzys finansowy dopiero przyniósł opamiętanie. W 2010 r. na
szczycie w Deauville Angela Merkel i Nicolas Sarkozy ustalili, że trzeba
reanimować stare zasady polityki fiskalnej. Efektem tamtej decyzji był tzw.
sześciopak przedstawiany przez rząd Donalda Tuska jako sukces polskiej
prezydencji. Ale kiedy sześciopak już wszedł w życie, mało kto o nim pamięta, bo
na grudniowej Radzie Europejskiej wszyscy żyli nowym pomysłem paktu fiskalnego.
Tymczasem w porównaniu z sześciopakiem i wcześniejszymi regulacjami istotną
zmianą jest tylko sposób nakładania kar na państwa łamiące zasady dyscypliny
finansowej i zaostrzenie kryterium deficytu. To pokazuje, że meandry
europejskiej polityki fiskalnej są kręte, ale w rzeczywistości zmagamy się od
dwudziestu lat z tym samym problemem – nadmiernego zadłużania się, którego
politycy w żaden sposób nie chcą powściągnąć.
A jak z punktu widzenia tych kryteriów dyscypliny finansów
publicznych wypada Polska?
– Podlegamy teraz unijnej procedurze nadmiernego deficytu, która trochę
dyscyplinuje nasze finanse publiczne. Ta procedura wymusiła na rządzie Donalda
Tuska wprowadzenie reguły wydatkowej, która ograniczyła wzrost wydatków
elastycznych do 1 proc. ponad poziom inflacji. Gdyby nie wymogi procedury
nadmiernego deficytu, rząd raczej na to by się nie zdecydował. Ta procedura to
element Paktu Stabilności i Wzrostu doprecyzowanego obecnie przez sześciopak.
Jak widać, jesteśmy już poddani rygorom dyscyplinującej polityki UE, co akurat
ma na nasz rząd dobroczynny wpływ, bo inaczej wydawałby pieniądze zupełnie bez
opamiętania. Polska jest nawet pół kroku do przodu przed niektórymi państwami
Unii, ponieważ pakt fiskalny wymaga wpisania reguł dyscypliny budżetowej do
konstytucji, a Polska ma kryterium zadłużenia już wpisane do Ustawy Zasadniczej.
Pozostaje jeszcze kwestia deficytu. Jeżeli podpiszemy pakt fiskalny, to być może
trzeba będzie i to ograniczenie wpisać do naszej Konstytucji.
Dyscyplina finansowa to dobra rzecz. Skąd obawy przed paktem
fiskalnym?
– To prawda, że zalecenia w zakresie finansów publicznych idą we właściwym
kierunku, ale nie ma żadnego powodu, żebyśmy brali na siebie kolejne
zobowiązania. Podlegamy, jak wszystkie państwa unijne, rygorom sześciopaku i to
w zupełności wystarczy. Nie należymy do strefy euro, a więc nie poddawajmy się
regułom, które te państwa dodatkowo przyjmują wyłącznie ze względu na unię
walutową.
Ale premier mówi, że przyjęcie paktu jest konieczne, gdyż w
przeciwnym wypadku nie będziemy mieli nawet szansy na współdecydowanie o jego
realizacji, a ta nas dotyczy.
– Takie wypowiedzi nie mają podstaw. Kilka lat temu traktat lizboński
przedstawiano jako szczytowe osiągnięcie naszej cywilizacji i kulminację całego
procesu integracji europejskiej, a teraz już się o nim nie pamięta. Czy on
przestał obowiązywać? Nie, podlegamy jego prawom, a spory nadal rozstrzyga
Trybunał Sprawiedliwości UE. Grupy państw mogą między sobą coś dodatkowo
uzgadniać, ale w ramach prawa europejskiego. Mówienie, że nie będziemy mieli nic
do powiedzenia, to tylko straszenie. A jeśli rzeczywiście byłoby tak, że Unia
Europejska zupełnie zmieniłaby swoje reguły i stracilibyśmy możliwość
współdecydowania, to może należałoby wówczas rozważyć jej opuszczenie?
Co dałoby Polsce, że nasz przedstawiciel byłby obecny na części
szczytów strefy euro?
– Nikt tego nie wie i paradoksalnie dlatego politycy o to zabiegają. Chaos w
Unii Europejskiej związany z kryzysem i z obnażeniem niewydolności jej
instytucji jest tak duży, że wszyscy boją się utrwalenia metody rozstrzygania
wszystkiego na poziomie międzyrządowym, jak to się dzieje teraz w praktyce.
Obawa dotyczy tego, że ukształtuje się stabilna większość w tych międzyrządowych
porozumieniach, którą będą tworzyć państwa strefy euro. Ale to wymagałoby
spełnienia dwóch warunków. Pierwszy jest taki, że strefa euro przetrwa i będzie
odgrywać wciąż kluczową rolę, co wcale nie jest oczywiste. A po drugie, że
instytucje takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i inne
definitywnie stracą na znaczeniu, co także jest bardzo wątpliwe. Walka o
obecność w szczytach państw strefy euro wynika więc z obawy, że coś ważnego
polityków spoza strefy ominie, choć nie mają obecnie pojęcia, co właściwie. Na
razie jedyne, co na pewno czeka tę grupę, to wspólne rozwiązywanie ogromnych
problemów związanych z finansową niewydolnością strefy euro. Moim zdaniem,
lepiej trzymać się od tych zawirowań na rozsądny dystans.
Dziękuję za rozmowę.
