Orbán wytrzyma
Z prof. Imre Pozsgayem, doradcą premiera Węgier, rozmawia Piotr
Falkowski
Jak to się stało, że z wysokiego urzędnika komunistycznych Węgier stał
się Pan reformatorem i opozycjonistą?
– W latach 70. byłem tu, na Węgrzech, ministrem kultury. Potem podlegały mi
także szkoły wyższe. W tym czasie dość często jeździłem do Związku Sowieckiego
na różne narady między przedstawicielami państw bloku komunistycznego. Podczas
tych podróży sam zacząłem zdawać sobie sprawę, że to wielkie państwo i cały
system nie działają tak, jak miały. I doszedłem do wniosku, że ZSRS prędzej czy
później musi się rozpaść. W latach 80. było już bardzo wyraźnie widać, że
konieczne są poważne reformy, a do nich nie dochodziło. Dopiero później zaczęto
w ZSRS pieriestrojkę, ale ona doprowadziła już tylko do rozpadu tego państwa.
Byłem wśród tych komunistów, którzy stosunkowo wcześnie zdali sobie sprawę, że
należy się wycofać z tej drogi, ponieważ do niczego dobrego już nie doprowadzi.
Reżim sowiecki i socjalizm musiały się skończyć. I kiedy to zrozumiałem,
zacząłem pomagać przeciwnikom ustroju, głównie opozycyjnie nastawionej,
krytycznej wobec władzy inteligencji. To nie podobało się Kádárowi, zostałem
zwolniony ze stanowiska i zmuszony do emigracji. Okazało się to bardzo cennym
doświadczeniem, bo bardzo wiele wyniosłem z wizyt w państwach zachodnich. Przez
miesiąc byłem w Paryżu, a potem miesiąc w USA. Obserwowałem, jak tam wygląda
życie, spotykałem się z politykami i zacząłem widzieć wyraźnie, że dla
socjalizmu jest alternatywa. Wcześniej naprawdę szczerze sądziłem, że jest
odwrotnie, i to komunizm jest jedyną możliwą przyszłością dla ludzkości. To był
rok 1982.
Jednak wrócił Pan, kiedy osłabł reżim Kádára i zaczął się "gulaszowy
komunizm". Wtedy stanął Pan na czele reformatorskiego skrzydła partii.
– Jeszcze przed powrotem, podczas pewnej konferencji prasowej w Bonn na pytanie,
co zrobię, jeśli Węgrzy nie będą chcieli już partii komunistycznej (której byłem
wciąż członkiem) i tamtego ustroju, odpowiedziałem, że chcę być z narodem.
Uważam, że to była najważniejsza stronica historii mojego życia. To, że miałem
możliwość oddać władzę narodowi. Wsłuchiwanie się w krytykę rozwiązań
socjalistycznych doprowadziło z biegiem czasu do zupełnej zmiany ustroju. Ważnym
doświadczeniem tego okresu było otwarcie węgiersko-austriackiej granicy.
Rozmawiałem na ten temat z niemieckim ministrem spraw zagranicznych
Hansem-Dietrichem Genscherem. Wtedy rzuciłem jako pierwszy hasło "rozwalenia
żelaznej kurtyny", jak to się kiedyś mówiło. Dzięki temu, że Węgry jako pierwsze
pozwoliły na swobodne przekraczanie granicy z Austrią, Niemcy z NRD mogli
okrężną drogą przejeżdżać do RFN. Chociaż to nie dotyczyło bezpośrednio Węgrów,
było znakiem rozpadu ustroju w naszym kraju.
Pozostał Pan jednak człowiekiem o lewicowych poglądach, a dziś popiera
Pan Viktora Orbána.
– Zwróciłem na niego uwagę już w 1989 roku. Był wtedy młodym działaczem
opozycji, ale bardzo dynamicznym i inteligentnym. Gdy w 1994 r. Węgierskie Forum
Demokratyczne (MDF) przegrało wybory i do władzy doszli socjaliści, Orbán zdał
sobie sprawę, że potrzebna jest polityczna nowa jakość. I tę bazę społeczną,
jaką miało Forum, powoli przejął Fidesz, pozyskując dla swojego programu jeszcze
więcej obywateli. Do tego stopnia, że w 1998 r. wygrał w wyborach. Wówczas
stwierdziłem, że jego sukces to nie tylko kolejna wymiana, do jakich ciągle
dochodzi w demokracji, ale coś więcej. Zauważyłem, że Orbán rozumie zasadnicze
problemy naszego narodu i tak naprawdę nic nas w poglądach z nim nie różniło.
Zostałem jednym z jego doradców.
Jakie są zasadnicze problemy
Węgier?
– Nasze państwo zostało podzielone po I wojnie światowej. Ale problem nie jest w
granicach, tylko w tym, że jest w nas wciąż choroba wielorakiego narodowego
rozbicia. Tymczasem obecnie Węgry znajdują się w bardzo trudnym położeniu.
Szczególnie trudnym. Według mnie, teraz jest szansa, żeby przywrócić wreszcie
jedność narodu. Wszyscy musimy podzielać pewne wspólne podstawowe wartości
narodowe. Przede wszystkim, żeby nie szkodzić swojej ojczyźnie. To jest zasada,
którą mogą podzielać wszyscy Węgrzy, niezależnie od poglądów politycznych,
religii itd. Myślę, że nasi obywatele zaczynają rozumieć sytuację państwa i nie
zgadzają się na dyktat międzynarodowy, nawet jeśli nie wszyscy do końca
podzielają politykę gospodarczą rządu.
To ta "umowa społeczna", o której pisze Orbán w swojej książce "Ojczyzna
jest jedna"?
– Umowa jest bardzo prosta. Żeby Węgry były dla nas na pierwszym miejscu. Europa
i świat nie są wrogami. Są nam potrzebni, ale musimy się troszczyć przede
wszystkim o siebie. Orbán ten punkt właśnie bardzo silnie postawił. I to różniło
go od Gyurcsányego. Mało kto rozumie zawiłe sprawy finansowe. A ta różnica jest
dla wszystkich jasna.
Fidesz wciąż mówi o zjednoczeniu narodu, o odbudowie zaufania. Ale efekt
wydaje się przeciwny. W świat docierają doniesienia o spadku poparcia dla rządu,
o masowych protestach, np. w związku z nową konstytucją.
– Teraz prawie cały świat jest przeciw Węgrom. A właściwie to przeciw Orbánowi
ze względu na jego politykę wobec wpływowych instytucji. To wywołuje oddźwięk
także w kraju. Mało komu naprawdę zależy na przyjęciu oczekiwań Unii i MFW.
Sprzeciw wobec rządu dotyczy małego segmentu społeczeństwa, ale bardzo głośnego.
Przeciwnie, społeczeństwo w obliczu niesprawiedliwych ataków coraz bardziej się
jednoczy. I to wokół Orbána i jego rządu, zupełnie wbrew oczekiwaniom lewicowej
i liberalnej opozycji. I ja też oczywiście zdecydowanie go popieram, bo nie ma
dla niego alternatywy. Przeciwnicy Fideszu są tak naprawdę bardzo słabi, nie
mają ani jednego programu, ani przywódców. Powtarzają tylko, że na Węgrzech
"niszczy się demokrację". Ale wszyscy ludzie widzą, że to nieprawda. Wystarczy
zobaczyć na węgierskie gazety i inne media. Jest w nich pełen pluralizm opinii.
A dopóki pozostaje wolność słowa, demokracja nie jest zagrożona. A u nas można
wszystko powiedzieć i napisać.
Tylko czy takie gesty na forum krajowym, jak demonstracje poparcia dla
rządu, mają jakiekolwiek znaczenie, gdy międzynarodowe instytucje dzierżą
narzędzia nacisku mogące doprowadzić do załamania państwa?
– Myślę, że nasze położenie nie jest jeszcze katastrofą. Oczywiście mamy duży
dług i to on pozwala stosować ten cały mechanizm nacisku związany z ratingami.
Wszystko wskazuje jednak na to, że jeszcze w tym roku budżet i finanse państwa
da się jakoś spiąć. W Grecji i we Włoszech to było już niemożliwe. Tam doszło do
katastrofy, przy czym udział w niej miała także błędna polityka rządów tych
państw. W naszym przypadku jest inaczej. To czynnikom zewnętrznym zależy, żeby u
nas była katastrofa. W 1989 roku w Londynie spotkałem się z Margaret Thatcher.
Brytyjska premier wówczas nas ostrzegała, żeby zachować ostrożność w kontaktach
z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Szczególną ostrożność. I na pewno miała
rację. Ale teraz trzeba z nimi rozmawiać. Tylko ostrożnie.
Czy to zjednoczenie narodowe, do jakiego dąży Orbán, ma jakieś
przełożenie na stosunki z sąsiednimi państwami? Z jednej strony naturalne wydaje
się budowanie bloku państw środkowej Europy mających podobne problemy, ale
pojawiają się opinie, że Węgrom chodzi o zjednoczenie przeciwko swoim sąsiadom.
– Stosunki z Polską są doskonałe, i to mnie cieszy. Najgorsze ze Słowacją. Byłem
niedawno w Rumunii i w Serbii, gdzie są też skupiska Węgrów. Spotykałem się z
tamtejszymi politykami i widzę, że z oboma tymi państwami nie będzie problemów,
żeby porozumieć się także w sprawach narodowościowych. Mam nadzieję, że podobnie
okaże się w przypadku Ukrainy. Pozostaje tylko Słowacja, z którą – jak sądzę,
jest to jakiś kompleks – stosunki wręcz się pogarszają. Słowacy próbują nawet
wykorzystywać obecne problemy finansowe Węgier, żeby nam szkodzić w Unii. Jadę
do Bratysławy w tym miesiącu. Będę rozmawiał o tym ze słowackimi politykami. Ale
to jest bardzo trudna sprawa, gdy dla kogoś szkodzenie Węgrom stanowi przykład
czegoś bardzo dobrego i powód do dumy.
Dziękuję za rozmowę.
Profesor Imre Pozsgay urodził się w 1933 roku w Kóny (północno-zachodnie
Węgry). W 1957 roku ukończył Węgierski Instytut Marksizmu-Leninizmu, po czym
podjął pracę w tej samej instytucji i jednocześnie w strukturach Węgierskiej
Partii Robotniczej. W latach 1976-1982 był ministrem kultury, oświaty i
szkolnictwa wyższego, następnie został zwolniony wskutek sympatii dla środowisk
opozycji demokratycznej. Po kilku latach odzyskał wpływy w wyniku interwencji
Michaiła Gorbaczowa i pod koniec lat 80. w rzeczywistości kierował komunistyczną
partią i doprowadził do jej powolnej likwidacji. Zasiadał w parlamencie w latach
1983-1994; obecnie jest wykładowcą akademickim i doradcą premiera Viktora
Orbána.
