Badanie zacznijmy od nowa
Z mjr. Andrzejem Rozwadowskim*, pilotem lotnictwa transportowego,
rozmawia Marcin Austyn
Stenogramy rozmów z samolotu Tu-154M jednoznacznie wskazują na to, że
teoria nacisków na załogę była mrzonką.
– Dla mnie ta teza od samego początku była bardzo wątpliwa, a jej głoszenie bez
posiadania kompletu dowodów nie było uprawnione. Dziś widzimy dobitnie, dlaczego
nie można ferować wyroków, zanim śledztwo nie zostanie zakończone.
Pamiętamy bezpodstawne oskarżenia o alkohol we krwi gen. Andrzeja
Błasika, jego rzekomą kłótnię z dowódcą samolotu czy naciski na załogę. Czemu to
służyło?
– Widzieliśmy, w jakim kierunku szła cała medialna nagonka. Zawsze najprościej
jest przypisać winę tym, których już nie ma na tym świecie i nie mogą sami się
bronić. Najprościej było więc ogłosić winę załogi i ich zwierzchnika.
Kwestie przypisywane dotąd gen. Błasikowi wypowiadała załoga. O czym to
świadczy?
– Dla mnie to oczywiste, że członkowie załóg statków powietrznych dzielą między
siebie obowiązki: "Ty patrz na radiowysokościomierz, ja będę dyktował wysokość z
barometrycznego". W ten sposób można kontrolować obydwa odczyty. Oczywiście w
tym przypadku mamy wiele niezrozumiałych kwestii, ale widać, że był podział
zadań. Twierdzenia komisji Millera, że nie było współpracy załogi, to bzdura. I
to widać w nowych stenogramach. Zarówno drugi pilot, jak i nawigator byli
aktywni. To była normalna współpraca w załodze. Padają krótkie komendy
zrozumiałe dla każdego członka załogi.
Nie ma kwestii "nic nie widać" przypisanej gen. Błasikowi.
– Takie stwierdzenie w ustach mającego przebywać w kokpicie generała dawało
wiele do myślenia. Podobnie byłoby, gdyby przypisane ono zostało jednemu z
członków załogi, ale jego całkowity brak? Trudno mi zrozumieć, w jaki sposób
wyrażenie to zostało wychwycone przez komisję Millera. Na pewno jeśli nic nie
widać, to załoga nie rozważa na ten temat, ale skupia się na zadaniu. Warto też
wiedzieć, że w większości tego typu lotów nikt drzwi do kabiny pilotów nie
zamykał. Teoretycznie, jeśli ktoś z tyłu na pokładzie wypowiedział taką uwagę,
to mogła ona zostać zarejestrowana przez mikrofony. Na pewno brak tej kwestii w
najnowszych stenogramach zastanawia.
Otwarte drzwi do kabiny pilotów to powód do stawiania zarzutów załodze?
– Zwykle nie zamykaliśmy drzwi do kabiny, chyba że wyraźnie widać było, że ktoś
z pokładu mógłby naprawdę przeszkadzać podczas lotu. Zazwyczaj takie odcinanie
się od pasażerów nie było konieczne, a o porządek na Tu-154M na pewno
odpowiednio zadbał personel pokładowy. Otwarte drzwi mogłyby przeszkadzać
pilotom przy podejściu w nocy, kiedy na pokładzie jest zapalone światło. Wtedy
zamykało się drzwi. Nie było jednak wypracowanych standardów w tym zakresie, jak
to jest np. w lotnictwie cywilnym. Zatem i zarzuty są tu bez podstaw.
Czy ujawnienie stenogramów wykonanych na potrzeby śledztwa, po tym jak
uczynił to Międzypaństwowy Komitet Lotniczy i komisja ministra Jerzego Millera,
było koniecznością?
– Ludzie, którzy pracowali nad stenogramem, to fachowcy, którzy wykonali kawał
dobrej roboty. Jeśli w czasie tych prac stwierdzono zasadnicze różnice pomiędzy
dotychczas opublikowanymi stenogramami, to w przypadku ich ujawnienia nie możemy
mówić o ukłonie w czyjąś stronę, ale o konieczności wyprostowania pewnych spraw.
Na pewno wszyscy zainteresowani tym tematem powinni jeszcze raz przeanalizować
swoje stanowisko i wyciągnąć właściwe wnioski. Bo całe badanie katastrofy
Tu-154M było mało czytelne i dotyczy to kwestii wraku i zapisów z czarnych
skrzynek, opinii psychologicznej członków załogi wykonanej przez Rosjan, oceny
współpracy załogi czy opinii na temat dominacji gen. Błasika w kabinie. To łączy
się w ciąg dziwnych zdarzeń, który powoli zaczyna być burzony przez nowe fakty.
Wiele osób chyba zbyt mocno zaangażowało się w kwestię smoleńską, powtarzając
bezpodstawne wnioski. Dobrze byłoby, gdyby teraz zweryfikowały one swoje
poglądy. Niestety, to co wypowiedziano do tej pory, pozostało. Niełatwo będzie
zmyć to błoto, którym obrzucani byli członkowie załogi samolotu czy dowódca Sił
Powietrznych.
Nowe okoliczności wymuszają nowe badanie katastrofy?
– Jeżeli w zasadniczych sprawach dochodzi do innych, niż nam dotychczas podawano
ustaleń, to badanie tej katastrofy musi być prowadzone od nowa, na bazie nowych,
wiarygodnych dowodów. Tyle że wszystko to powinno być rzetelnie zrobione tuż po
katastrofie. Zawsze uważałem, że w pierwszej kolejności należało pozyskać dane z
FDR i CVR i je właściwie przeanalizować. One tworzą obraz tego, co działo się w
kabinie, jak samolot reagował na działania załogi itd.
A jak, Pana zdaniem, pracowała załoga?
– Nie była rozproszona, znerwicowana. Tymczasem wmawia się nam, że próbowali się
zabić. Znając tych ludzi, to nie do pomyślenia. Owszem lotnictwo zna przypadki
tzw. lotu kontrolowanego do zderzenia z ziemią, ale tym razem doszło do zbyt
wielu dziwnych zbiegów okoliczności, by uwierzyć w taki scenariusz. Na szczęście
wiele kwestii zaczyna się wyjaśniać. Szkoda że dopiero teraz. Okazuje się, że w
usta tych ludzi wkładano nigdy niewypowiadane komendy. Warto zatem poczekać na
ponowną analizę FDR, bo może i tu "coś" zostało pomylone. W mojej ocenie, jeżeli
chcemy naprawdę wyjaśnić tę katastrofę, to do badań powinno zostać dopuszczone
szersze grono biegłych, również spoza naszego kraju. Taka analiza pozwoliłaby na
wypracowanie rzetelnej końcowej opinii. Obawiam się, że w przeciwnym wypadku
znów może nastąpić pochopne wyciąganie wniosków. Potrzebna jest wnikliwość i
rozwaga. Wówczas wszystko – wprawdzie powoli – można ustalić. Niektóre
katastrofy lotnicze bada się latami. I nikt w tym czasie nie obwinia lotników za
wypadek. Tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której zgliszcza jeszcze nie
ostygły, a lotników już "rozstrzelano". Tezę o ich winie mieliśmy już w dniu
katastrofy. Tak nie można było działać. Na szczęście prawda powoli wychodzi na
jaw.
Dziękuję za rozmowę.
*Imię i nazwisko rozmówcy zostały zmienione
