Nieludzkie oblicze dyktatury
Z Dorianem Malovicem, dziennikarzem "La Croix", współautorem książki
"Uchodźcy z Korei Północnej", rozmawia Franciszek L. Ćwik
Świat obiegły obrazy przedstawiające płaczących Koreańczyków po
śmierci komunistycznego przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Ila. Czy był to
rzeczywiście szczery płacz?
– Dla mieszkańców Korei Północnej, żyjących w kraju najbardziej zamkniętym i
wyizolowanym na świecie, śmierć Kim Dzong Ila była narodową katastrofą. Zmarł
ich przywódca i na sposób konfucjański opłakiwano go.
Nowym dyktatorem został jego najmłodszy syn, Kim Dzong Un. Dlaczego
on?
– Kim Dzong Il miał kilka żon. Jego następca jest dzieckiem trzeciej żony i
dla ojca wydawał się najbardziej predysponowany do tego stanowiska. Drugi syn
jest trochę ekscentryczny, mieszka w Macao, z fałszywym japońskim paszportem
odwiedził Disneyland. Trzeci, najstarszy, ma pewne ciągoty seksualne, które
eliminują go z ubiegania się o władzę. Kim Dzong Un studiował też przez trzy
lata w Szwajcarii, zna języki obce.
Jakby Pan określił panujący system w Korei Północnej?
– Jest to czystej wody monarchia komunistyczna, bardziej absolutna niż
jakakolwiek dawna monarchia europejska. Obecnie już trzeci przedstawiciel
komunistycznej dynastii obejmuje tam rządy.
Na kim opiera się jego władza?
– Obecnie klan dominujący wspiera Kim Dzong Una. Stoją za nim jego siostra,
ciotka i wuj, którego trzej bracia są generałami w armii. Oczywiście, podobnie
jak było w Związku Sowieckim, między klanami toczy się cicha walka. Jest
ugrupowanie wspierające najstarszego brata Kim Dzong Una, ale na razie nie może
ono przejąć władzy.
Czy po nowym przywódcy można się spodziewać jakichś zmian?
– Jeżeli dojdzie do zmian, to tylko na płaszczyźnie ekonomicznej. Być może
Kim Dzong Un postara się wprowadzić elementy systemu chińskiego. Nie będzie
natomiast reform politycznych, bo zagrażałyby one systemowi jego władzy.
Kim Dzong Un spędził kilka lat w Europie, poznał funkcjonowanie
zachodnich demokracji, zobaczył, na jakim poziomie żyją Europejczycy. Czy te
doświadczenia mogą być bodźcem do reformowania jego kraju?
– Doświadczenia europejskie pomogą mu tylko być lepszym graczem na arenie
międzynarodowej, bo poznał on wszystkie słabości naszego systemu, ale na pewno
nie będą jakimkolwiek motywem do zmian, tak jak nie były np. dla Pol Pota,
byłego studenta Sorbony. Oczywiście niczego wykluczyć nie można, ale jak na
razie nie ma tam Havla ani rodzącej się jakiejś realnej opozycji.
Wciąż słyszy się, że w Korei Północnej jest tragiczna sytuacja
gospodarcza, a ludzie żyją w nędzy. Jak jest naprawdę?
– Przemysł i rolnictwo Korei Północnej przez lata funkcjonowały tylko dzięki
pomocy płynącej z ZSRS. Po jego upadku, w 1995 r. nastąpił w Korei głód. Nie
było to w zamiarze komunistycznej dyktatury, ale upaństwowiony, scentralizowany
system był niezdolny do samodzielnego efektywnego działania. Teraz Korea
wspomagana jest przez Chiny. Bez tej pomocy panowałby powszechny głód. Chiny to
jej główny sojusznik, trzeba pamiętać, że w wojnie koreańskiej zginęło milion
Chińczyków. Reżim w Phenianie od kilku lat toleruje nielegalny handel z
Chińczykami. Przekupywani są celnicy i kwitnie przemyt, a w Korei można z
łatwością dostać juany, dolary czy euro. Sytuacja materialna poszczególnych grup
społecznych jest bardzo zróżnicowana. Niczego nie brakuje licznej, partyjnej
nomenklaturze, tak samo jak wojskowym i ich rodzinom. Jeżeli się weźmie pod
uwagę to, że w armii służy milion ludzi, to duża grupa społeczna żyje na dobrym
poziomie. Pozostali cierpią biedę, są permanentnie niedożywieni. Dotyczy to
przede wszystkim ludzi żyjących na wsi.
Mówi się, że Korea Północna jest najbardziej zamkniętym i
wyizolowanym krajem. Czy w dobie telefonów komórkowych, telewizji satelitarnej i
internetu można odizolować społeczeństwo od świata?
– Wciąż jest bardzo trudno dostać wizę do tego kraju. Istnieje selekcja
dziennikarzy zagranicznych. Programy radiowe i telewizyjne uprawiają bezustannie
komunistyczną propagandę. Zasięg telefonów komórkowych jest bardzo ograniczony.
Dostęp do nich i do internetu ma tylko nomenklatura i wojskowi. Wszystko jest
pod kontrolą, wspieraną policyjnymi represjami. Jednak wraz z przygranicznym
przemytem (granica z Chinami ma tysiąc kilometrów) docierają do Koreańczyków
chińskie i japońskie odtwarzacze DVD, CD i filmy. Można więc powiedzieć, że
większość ludności wie, co się dzieje na świecie, ale reżim jest tak silny i
okrutny, że z tego w zasadzie nic nie wynika.
Na przeciwników władzy czekają obozy pracy i "reedukacji".
– Dawniej było ich 200, teraz jest 12, ale mieszczą one około 200 tys.
więźniów, czyli tyle samo co dawniej. Można tam trafić nawet za najdrobniejsze
"przewinienie", głównie natury politycznej, ale nie tylko. Jeżeli ktoś zostaje
skazany, to zamyka się z nim całą jego rodzinę, praktykując odpowiedzialność
zbiorową. Czasami z tych obozów się wychodzi, wszystko zależy od tego, na ile
lat ktoś został skazany. Warunki pobytu w nich są bardzo trudne. Więźniowie
wykonują ciężkie prace, są źle żywieni i poddani "wychowawczej", komunistycznej
propagandzie. Panuje wysoka śmiertelność. Poza tym istnieją zwykłe więzienia, do
których trafiają najczęściej różnego rodzaju przemytnicy złapani na gorącym
uczynku. Władza chce w obłudny sposób pokazać, że walczy z przygranicznym
handlem, chociaż po cichu go popiera.
Niektórzy Koreańczycy decydują się na emigrację. Jakie są jej główne
przyczyny?
– Podstawowym powodem ucieczki z kraju jest bieda. Ona zmusza ludzi do
szukania ratunku na emigracji. Koreańczycy docierają do przygranicznego
chińskiego terytorium, które historycznie było koreańskie. Są tam przyjaźnie
przyjmowani przez swoich rodaków. Starają się przedostać do Korei Południowej.
W książce "Uchodźcy z Korei Północnej" napisanej wspólnie z Juliette
Morillot przedstawione są przerażające wyznania uciekinierów z
północnokoreańskiej gehenny, gdzie ludzie przestali być dla siebie ludźmi,
stając się bezwolnymi istotami, żyjącymi w codziennym strachu, nieufającymi
swoim żonom, mężom, dzieciom. Czy po takich doświadczeniach już w nowej,
zupełnie odmiennej rzeczywistości są oni w stanie powrócić do normalnego życia?
– Obecnie jest 20 tys. uchodźców w Korei Południowej i od 150 do 250 tys. w
Chinach. Najtrudniejszym problemem jest przekroczenie granicy Chin z Koreą
Południową. Muszę podkreślić, że to przede wszystkim relacje i świadectwa
uchodźców pozwoliły światu zobaczyć prawdziwe, nieludzkie oblicze koreańskiego
komunizmu.
Gdy uchodźcy dotarą do Korei Południowej, mają wielkie problemy z asymilacją
w nowym społeczeństwie. Muszą nauczyć się sensu wielu podstawowych pojęć,
zrozumieć nowe wartości. Mają najczęściej kompleksy, uważają się za kogoś
gorszego od innych. Państwo obejmuje ich szczególną opieką, przeszkala, edukuje
młodzież, ale nie zawsze sa osiągane dobre rezultaty. Ludzie młodzi potrafią się
zaadaptować, ale starszym się to najczęściej nie udaje. Mają oni duże trudności
ze znalezieniem pracy. Nie pomaga też zły stosunek rodowitych mieszkańców do
uchodźców z północy, którzy najczęściej traktują ich jak prymitywnych
wieśniaków.
Świat wie, co dzieje się w Korei Północnej, ale pozostaje na to
obojętny. Przeważa opinia, że sąsiadom i Stanom Zjednoczonym nie zależy na
zjednoczeniu kraju i wolą utrzymać obecny układ geopolityczny w tym regionie.
– To prawda, chociaż trzeba pamiętać, że Phenian posiada broń atomową,
szantażuje nią, ograniczając pole manewru swoim przeciwnikom. Komunistycznym
Chinom zależy na utrzymaniu dotychczasowych wpływów w tym kraju. Amerykanie chcą
mieć swoje wojska w regionie: mają teraz bazy w Korei Południowej. Rosja i
Japonia obawiają się zjednoczenia obu Korei, bo u ich boku mógłby wyrosnąć
silny, niebezpieczny rywal. Wszystko wskazuje na to, że gehenna Koreańczyków z
północy będzie trwała, a zachodnie demokracje wybiorą walkę z mniej brutalnymi
dyktatorami.
Dziękuję za rozmowę.
