Grecjo ratuj się sama

Czy eurostrefa porzuci Grecję, by ratować siebie? Zdaniem szefa
czeskiego banku centralnego, czas pozwolić Grecji na powrót do własnej waluty, a
zająć się ratowaniem europejskich banków, które notują astronomiczne straty z
powodu kryzysu zadłużenia.

– Jeśli w Unii Europejskiej nie będzie woli, by na pomoc Grecji przeznaczyć
ogromne sumy z europejskich funduszy strukturalnych, to nie widzę innego
wyjścia, jak tylko wyjście Grecji ze strefy euro i znacząca dewaluacja drachmy –
powiedział prezes banku centralnego Czech Miroslav Singer w wywiadzie dla
dziennika "Gospodarzskie Nowiny". Dotychczasowe pożyczki udzielane Grecji w
ramach pomocy na pokonanie kryzysu były, jego zdaniem, jedynie "kupowaniem
czasu", który pozwolił zamożnym Grekom wyprowadzić pieniądze za granicę. – To
sprawia, że Europa traci na wiarygodności, a kraje spoza Unii z coraz mniejszą
chęcią przekazują środki do Międzynarodowego Funduszu Walutowego na pomoc
Europie – uważa szef czeskiego banku centralnego. Pytany o sposób na rozwiązanie
kryzysu zadłużenia w strefie euro Singer powiedział: – Przestańmy udawać, że już
nigdy nie będzie trzeba dokapitalizować banków.

I zaznaczył, że natrafia to jednak na straszny opór w dużych krajach
europejskich. Według Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA), sektor
bankowy w Europie potrzebuje dokapitalizowania w kwocie 114,7 mld euro, w tym
banki greckie – 30 mld euro, hiszpańskie – ponad 16 mld euro, włoskie – 15,4 mld
euro, niemieckie – około 13 mld euro, francuskie – ponad 7 mld euro,
portugalskie nieco poniżej 7 mld euro, i belgijskie – ponad 6 mld euro. Banki
polskie nie figurują na liście zagrożonych.

– Establishment powoli zaczyna mówić głośno to, co do niedawna uchodziło za
tabu, a o czym my mówiliśmy od dawna: Grecji należy pozwolić wyjść ze strefy
euro i wrócić do drachmy. Pozwolić, aby wszelkie krajowe zobowiązania mogła
spłacić własną walutą – komentuje dr Cezary Mech, były wiceminister finansów. –
Prezes Singer stwierdza fakt, że europejski sektor bankowy będzie potrzebował
dokapitalizowania. To oczywiste, bo zadłużenie peryferyjnych krajów eurostrefy
odbija się na wierzycielskich bankach w postaci strat w bilansach. On nie
przesądza, kto ma te banki dokapitalizować – akcjonariusze czy państwo –
stwierdza tylko, że należy przestać zajmować się utrzymywaniem na siłę małej
Grecji w strefie euro, a skupić się na bankach, to może resztę uda się uratować.
Otóż moim zdaniem nie uda się, a kryzys zadłużenia będzie rozprzestrzeniał się
krocząco – ocenia dr Mech. – Następnymi będą Hiszpania i Włochy, o ile główny
beneficjent strefy euro, Niemcy, nie weźmie za nią odpowiedzialności. W wypadku
Włoch kluczową kwestią jest zadłużenie na poziomie 120 proc. PKB, którego nie da
się spłacić bez około 20-procentowej dewaluacji waluty lub dziesięcioletniej
stagnacji. Hiszpania jest mniej zadłużona, ale jej gospodarka jest jeszcze
bardziej niedostosowana do wspólnego obszaru walutowego niż włoska, toteż
potrzebowałaby 50-procentowej dewaluacji waluty, aby zrównoważyć bilans kraju –
dodaje Mech. Jak tłumaczy, gospodarki peryferyjne eurostrefy, niedostosowane
strukturalnie do siły euro, nie będą w stanie wyjść z kryzysu i obsługiwać
zadłużenia nawet przy głębokiej dewaluacji wewnętrznej (obniżce płac i cen),
ponieważ nadmierne zadłużenie wypłynie w postaci wyższego poziomu zagranicznego
długu. – Konieczna jest zatem dewaluacja zewnętrzna, czyli przeliczenie długów
zewnętrznych w relacji 1:1 na własną zdewaluowaną do euro walutę – opisuje
finansista mechanizm domina w strefie euro. Kryzys jest, jego zdaniem, napędzany
przez ucieczkę kapitału z krajów peryferyjnych.

Rykoszetem w Amerykę

– W ciągu dwóch lat balansowania Grecji na skraju bankructwa wytransferowano
z tego kraju 62 mld euro. W samym tylko wrześniu i październiku 2011 r. Grecy
wycofali z banków ponad 14 mld euro – zwraca uwagę dr Cezary Mech.

– Od dawna było wiadomo, że Grecja jest nie do uratowania. Być może pakiety
pomocowe miały na celu danie czasu niemieckim i francuskim inwestorom na
likwidację i wycofanie się z interesów greckich, przy maksymalnym ograniczeniu
strat – mówi Jerzy Bielewicz, finansista, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty
Rynek". – Teraz punkt ciężkości przeniósł się do Włoch, a stamtąd uderza
rykoszetem w gospodarkę amerykańską – twierdzi Bielewicz.

Pod koniec ubiegłego tygodnia Reuters podał, że pojawiło się nowe,
niespodziewane ryzyko dla Bank of America. Ryzyko to wiąże się z sytuacją
największego włoskiego banku – UniCredit, który w drodze emisji nowych akcji
chce doprowadzić do podniesienia kapitału o 7,5 mld euro, aby osiągnąć wymagany
współczynnik wypłacalności 9 procent. Otóż gwarantem emisji jest konsorcjum
banków, którego liderem jest właśnie Bank of America. Tymczasem akcje UCI
straciły w ostatnich dniach 40 proc. wartości, wczoraj do południa spadły o
dalsze 11,21 proc., po pięciokrotnym zawieszaniu notowań. Akcje nowej emisji
zostaną zaoferowane rynkom z wysokim dyskontem, wynoszącym 69 proc. (bez
odliczenia prawa poboru) wobec ceny akcji z 3 stycznia. Możliwe jednak, że
obniżona cena okaże się dla inwestorów nieatrakcyjna i przynajmniej część nowej
emisji będzie musiał objąć Bank of America. Wobec niestabilności na europejskim
rynku długu i w sektorze bankowym nie sposób przewidzieć, czy nabywcy akcji UCI
nowej emisji zarobią, czy raczej stracą.

– UniCredit posiada w portfelu włoskie obligacje zakupione w ubiegłych
latach, których rentowności wynosiły znacznie mniej niż obecnie. Jeśli dzisiaj
rentowność włoskich dziesięciolatek sięga ponad 7 proc., to wartość aktywów
banku spada, a zarazem rośnie ryzyko niewypłacalności po stronie włoskiego rządu
– zwraca uwagę dr Mech.

– W kryzysie działa zasada: silni i wielcy zyskują, tracą słabsi, przejmowani
za grosze przez rekiny – podsumowuje Bielewicz. Podkreśla też, że przedłużanie
agonii strefy euro jest na rękę Niemcom, którzy nie tylko dzięki temu wycofują
kapitały z mniejszymi stratami z zagrożonych obszarów, ale ponadto zyskują na
tym, iż jako kraj najbardziej wiarygodny mają najniższe rentowności obligacji w
strefie euro, dzięki czemu obsługa ich długu spada.

– Im później dojdzie do katastrofy, tym lepiej dla Niemiec. Ich gospodarka
idzie pełną parą, mają prawie pełne zatrudnienie. Grają więc na czas, by dalej
wzmacniać swoją pozycję, co odbywa się kosztem innych krajów Europy – ocenia
Bielewicz.

Małgorzata Goss

drukuj