Odpartyjnić sarmatyzm proszę
Termin "sarmatyzm" się upartyjnił. O ile użycie słowa "Polak" nie jest (na
razie?) inwektywą, nazwanie kogoś przedstawicielem "sarmatyzmu" lub Sarmatą bywa
już odbierane jako (partyjna?) obelga. Albo jako pochwała. Co do mnie, uważam
się za Sarmatę – bo przecież wszyscy jesteśmy Sarmatami. My, Polacy. Dlatego
wolałbym, abyśmy stosowali inne obelgi. Co do pochwał – może być. Proponuję za
to zapomnieć raz na zawsze o terminie "sarmatyzm", który jest tak rozmaicie i
opacznie rozumiany przez różnych ludzi, że aż strach go używać…
Sarmata – Polak – katolik? I Kopernik na dodatek!
Kto to był Sarmata? Słowo to miało niegdyś znaczenie bardzo szerokie: określało
każdego obywatela Sarmacji, zarówno kontuszowego tradycjonalistę, jak i
sfrancuziałego stronnika "nowotnych wymysłów" (wszak polscy masoni założyli
sobie lożę "Cnotliwy Sarmata"). Sarmacja zaś to Rzeczpospolita Obojga Narodów,
państwo uniwersalne, w którym religia katolicka była panującą, co wszakże nie
wykluczało istnienia innych wyznań i religii.
Czy zatem można rzec, że Sarmata był zarazem Polakiem i katolikiem? Tak, przede
wszystkim! Ale nie wyłącznie. Miano "Sarmata" dotyczy jądra kultury
szlacheckiej, które nadawało ton całości, czyli także kulturze mieszczańskiej i
chłopskiej. No i kulturze szlachty innych wyznań. Bo faktycznie wypada pamiętać,
że język, obyczaje i kultura polityczna długo, bardzo długo oddzielały od siebie
żyjących w jednym państwie Polaków, Litwinów, Rusinów (którzy stanowili
większość na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego), no i Niemców
(zamieszkujących miasta dawnych Prus). Pojęcie "Sarmata" pozwalało na wspólne
określenie ich wszystkich. I dlatego też Rzeczpospolitą nazywano w Europie
"Sarmacją". I – uwaga! – to nie z Polski, ale z Niemiec wyszło sławne zdanie o
Koperniku, które zwykle znamy od połowy: "Sarmaticus Astronomus, qui movet
terram et figit Solem" – "Astronom sarmacki, który ruszył Ziemię, a wstrzymał
Słońce". Sarmacki! Obojętne tu, jakim językiem Kopernik mówił na co dzień – dla
Niemców żyjących poza Polską był niewątpliwym Sarmatą. To znaczy: poddanym
polskiego króla i mieszkańcem krainy, która należała do Sarmacji, wielkiego
państwa wielu narodów, w którym prym wiedli Polacy, ale które też było od samej
Polski większe.
Regnum Orthodoxum
Zarówno w wieku XVI, jak i w wieku XVIII Sarmaci, mimo różnic wiary i
"świadomości narodowej" (jakkolwiek definiować tę ostatnią), zgadzali się, że
"Królestwo nasze jest Regnum Orthodoxum", czyli że jest państwem katolickim. Co
prawda te same słowa znaczyły co innego w złotym wieku, czyli wieku XVI, co
innego zaś pod piórem Sarmaty żyjącego w stuleciu XVIII. Szlachta złotego wieku
była przecież w znacznym procencie niekatolicka. Uznawała jednak (ba, sama
wybierała!) króla, który musiał być katolikiem, a koronę przyjmował z rąk
katolickiego prymasa podczas katolickiej Mszy Świętej w katolickiej katedrze. W
polskiej stolicy – Krakowie. Mimo to znaczna część senatorów asystujących wtedy
koronacjom była protestantami. Cała zaś szlachta, poróżniona w sprawach wiary,
gwarantowała sobie równość w przywilejach i obowiązkach bez względu na wyznanie.
Z kolei po dwustu latach, w wieku XVIII, nasz "naród szlachecki" był już
zdecydowanie katolicki i zaledwie tolerował współbraci innej wiary, odmawiając
im udziału w części szlacheckich praw i przywilejów, to jest dostępu do urzędów,
Senatu i Sejmu. Tym niemniej nie oznaczało to wykluczenia innowierców z kultury
sarmackiej! W żadnym razie! Sarmatą był też szlachcic kalwinista, szlachcic
mahometanin (czyli polski Tatar) albo szlachcic Rusin czy szlachcic Litwin.
Każdy z nich miał herb, mógł brać udział w sejmikach, przywdziewał delie i
żupany, przepasywał się słuckim pasem, wreszcie – właśnie! – przyznawał się do
miana Sarmaty.
Ale skąd w ogóle wzięli się Sarmaci nad Wisłą?
Sarmaci starożytni
To Grecy pierwsi napisali o Sarmatach, a właściwie – o niejakich Sauromatach.
Lud ów zamieszkiwał na wschód od Scytów, czyli na stepach późniejszej
południowej Rosji. Wedle legendy Sauromaci mieli być potomkami Scytów i
walecznych Amazonek. Ale w IV stuleciu przed Chrystusem znikli z greckiego
horyzontu, zamiast nich zaś wystąpili na scenę właściwi Sarmaci – zapewne
sauromaccy potomkowie. Zajęli ogromny szmat ziemi, począwszy od Krymu, a na
ziemiach leżących za Uralem skończywszy. Później, za rzymskiego cesarstwa,
pojawili się na południe od Dunaju, raz walcząc z imperium, a raz się z nim
sprzymierzając. Rzymianie zapamiętali specyficznych, sarmackich jeźdźców w
niezwykłych, łuskowych pancerzach – wiele wieków później ich zbroje stały się
wzorem dla husarskich "karacen", ulubionych przez naszego króla Jana III. W
końcu w epoce wędrówek ludów Sarmaci rozpłynęli się pośród barbarzyńców.
Sarmacja bez Sarmatów i Polska
Zniknąwszy z historii, Sarmaci nie znikli z map i kronik. Dzięki starożytnym
pisarzom, przede wszystkim dzięki "Kosmografii" Klaudiusza Ptolemeusza, pośród
uczonych trwało geograficzne pojęcie Dwojga Sarmacji, czyli Sarmacji
Europejskiej i Azjatyckiej. Trwale zapisał się też Ocean Sarmacki – dzisiejsze
Morze Bałtyckie. Na te tereny mało kto się zapuszczał, na mapach oznaczano je
mało precyzyjnie, ale wciąż podpisywano jako "Sarmacja". Nic więc dziwnego, że
gdy Europa usłyszała o chrzcie Mieszka I, księcia jakichś tam Polan, niektórzy
kronikarze zapisali, że oto… ochrzcił się władca Sarmatów. Tym sposobem słowa
"Sarmacja" i "Sarmaci" zaczęto stosować wymiennie z określeniami: Polonia,
Poloni.
Polacy Sarmatami
Sami Polacy nie spieszyli się z uznaniem tej nazwy za swoją. Stało się to
dopiero w wieku XV za sprawą Jana Długosza. Wkrótce potem mianem "Sarmaci"
zafascynowali się nasi humaniści. Nazywając siebie "Sarmatami", mogli się
odnaleźć w antycznej tradycji. "Sarmaci" byli wprawdzie wedle Greków i Rzymian
barbarzyńcami – ale to samo dotyczyło Gallów i Germanów. Dołączaliśmy do zacnego
towarzystwa! Jednocześnie dla reszty Europy wygodnie było określać Sarmacją
wielkie państwo Jagiellonów, łączące różne dziwne narody, gdzieś tam daleko na
wschodzie. Sprawę przypieczętował Maciej Miechowita, lekarz Zygmunta Starego,
publikując "Traktat o obojgu Sarmacjach, Azjatyckiej i Europejskiej". Jego
księga, przełożona na wiele języków, rozpowszechniła znajomość geografii
Rzeczypospolitej jako Sarmacji.
My, Sarmaci!
Z biegiem lat idea sarmacka opuściła gabinety ludzi uczonych i weszła pomiędzy
szlacheckie rzesze, a nawet pomiędzy mieszczan. Nasi historycy zaczęli
twierdzić, że Sarmaci byli po prostu Słowianami, że to dawni "Sławonowie". Poeci
nadali temu mianu dumne brzmienie. Sam Jan Kochanowski pisał:
Z tego gniazda waleczny naród wstał za laty,
Grekowie starodawni zwali Sauromaty.
Ci w Europie i w pięknej Azyjej władali
I przezwiska obiema Sarmacyjom dali.
I dodawał o samym sobie w łacińskiej elegii:
Mnie, twardego Sarmatę, który na surowej
Wychował się Północy, u wód Wisły płowej,
Miłość od trudów wojny odwiodła.
(przekład Leopolda Staffa)
Pod koniec tego stulecia każdy szlachcic mógł przeczytać w popularnej kronice
Bielskiego:
Wszakże skądbykolwiek to imię było [Sarmatów], tedy to jawna i jasna rzecz jest,
żechmy my są Sarmate własni: i przeto cokolwiek o Sarmatach pisano, to się
słusznie ma rozumieć o przodkach naszych.
Idiom sarmacki rozkwita
Szczególny przypadek sprawił, że legenda o naszym sarmackim pochodzeniu
spopularyzowała się wtedy, gdy zaczęliśmy się wyróżniać w Europie strojem i
obyczajami. Wtedy gdy nasza literatura, nasz język, system polityczny (a także
sztuka – choć tu należałby się osobny komentarz) osiągnęły niespotykaną
wcześniej dojrzałość i odrębność. Powstawał "polski idiom", który należałoby
nazwać "idiomem sarmackim", powszechnie rozpoznawalnym. Idiom, który
promieniował na terytoria i ludzi innej narodowości, wiążąc ich trwale najpierw
z polszczyzną, a potem też z polskością. Na tym tle sarmacka legenda stała się
kulturowym fundamentem wspólnoty narodów Rzeczypospolitej.
Wespazjan Kochowski – nasz wieszcz sarmacki
Wiek XVII przyjął i utrwalił to wszystko, co spłodziła poprzednia epoka. Wtedy
właśnie w genialnym poemacie "Psalmodia polska" nasz barokowy wieszcz Wespazjan
Kochowski umieścił opowieść o pochodzeniu Polaków stylizowaną na biblijne
wersety:
Słuchaj pilnie, ludu mój: i nakłoń ze wszytkiego serca uszu na wyrozumienie
powieści tej!
Przywiodę-ć na pamięć dawne dni dzieciństwa twego: a opowiem ci pierwszą
szczupłość, w którejś był, z żywota matki twojej wyszedszy.
Co-ć musieli ojcowie twoi oznajmić i dawni latopisowie w dziejach narodu twego
zostawili: to-ć i ja przypomnię, abyś miał co do wiadomości podawać późnym
wnuczętom.
Początek gniazda twego, Polaku, na Faryskich polach w Dalmacyjej: a od dawnych
niegdy Słowaków masz uczestnictwo języka i społeczność krwie rodowitej.
Oni-ć to Sławonowie, w historyjach sławni, przodkami twymi: którzy od Imawu góry
aż po septemtryjon rozpostarszy proporce, całą Europę swoją liczyli osadą.
A bystry Dunaj na paiżach przepłynąwszy: mocno się z rzymskimi pułkami ucierali,
złotej broniąc wolności.
Z nich Bóg wyprowadził Lecha i Czecha: i osadził nimi te knieje, które przedtem
osiadali ludzie z jaszczurczymi oczyma.
Starszy od Elbu otrzymał przestrone dzierżawy: Lech po Odrę oddzielony, wziął
sarmackie pola, od których trwa imię polskie, dobrze sąmsiadom znajome. (…)
W tym właśnie stuleciu – gdy panowali nasi trzej Wazowie, Michał Korybut i Jan
III Sobieski – stało się jeszcze coś bardzo ważnego. Ziarna zasiane po części
(zaznaczam, tylko po części!) piórem Jana Kochanowskiego, a po części zupełnie
nowe, wykiełkowały i rozrosły się w wielkie drzewo sarmackich idei, które miały
odtąd towarzyszyć Sarmatom na wieki wieków. Te idee ważniejsze są od legendy,
która jest zaledwie przyprawą, ornamentem właściwego dziedzictwa
Rzeczypospolitej. Jak tylko ornamentem jest miano "Sarmaci".
Wolność
Pośród tych idei prym wiedzie idea wolności, która rzeczywiście Sarmatów w
Europie wyróżniała. Oto, co mówił – i słusznie – jeden z głównych twórców
demokracji szlacheckiej Stanisław Orzechowski:
Biją nas, Panowie a Bracia, inne narody urodzajnością pól, obfitością złota i
dochodów, mnóstwem plonów i wielkością obwarowań. Lecz wolność, najwyższe dobro
spośród wszystkich dóbr, jest własnością waszego rodu i waszego imienia.
Wkrótce idea wolności podniesiona została przez Wespazjana Kochowskiego (i nie
tylko przez niego) do rangi specjalnego skarbu, powierzonego Polakom przez Boga:
Czemu się wzburzyły narody: a ludzie rozmyślali próżne rzeczy?
Ześli się królowie i głowy koronowane w radę: przeciwko Polszcze i przeciwko
wolności.
Wzbudziła nienawiść zazdrość: i zaraz się namnożyło tych, których swoboda
bliźniego w oczy kole. (…)
Ale Ten, który państwom prawa stanowi, naśmieje się z nich: i uczyni, że w
szyderstwie zostaną, którzy nad jedynaczką naszą [wolnością polską] przewodzić
usiłują.
Owom ja Jehowa jest, który na wolą puszczam i w niewolę podaję: ja z Egiptu
wyswobodzić mogę i w krainę mlekiem i miodem płynącą zaprowadzić umiem.
Przez mię lotna ptaszyna przestronnego powietrza zażywa: a kiedy pozwolę, w
fortelnego wpada sidła ptasznika. (…)
Jam jest zwierzchnością nad dziedzictwem moim: a jako serc ludzkich prostotę,
tak i pól sarmackich równiny z dawna ukochałem.
W opiece mojej jest wolność: i ja sam tylko przez przewiedzenie wiem, komu ją
mam w zawiadowanie poruczyć.
Szczególnym bowiem dziełem moim wolność ludzka: a gdy ode mnie wolna wola
pochodzi, toć pewnie uniewolenia i przymusu nie kocham.
Zrozumiejcież, królowie, że od Boga ten klinot: a uczcie się, którzy sidła
swobodzie stawiacie, że wolność polską ma Pan w opiece swojej…
Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi S. etc.
Pozwolę sobie raz jeszcze podkreślić te niezwykłe słowa przypisane przez poetę
Panu Bogu: "Owom ja Jehowa jest (…); pól sarmackich równiny z dawna ukochałem
(…); uniewolenia i przymusu nie kocham, (…); wolność polską ma Pan w opiece
swojej". A w innym wierszu "Psalmodii" Kochowski porównał z głosem Boga…
tumult wolnej elekcji:
Ale i ty, wolności nasza, wielbiej Imię Boskie: które zdarzyło, że przez wolną
elekcyją obraliśmy upodobanego niebu.
Że w huku i w odgłosie tak siłu zgromadzonych głów: a wszak i na górze Synaj we
grzmocie i biciu piorunów podawał Bóg Izraelowi Zakon i Zakonodawcę…
Rycerz katolicki & Królowa Korony Polskiej
Obok idei złotej wolności okrzepła idea rycerza chrześcijańskiego, a wraz z
wojnami, toczonymi przez Rzeczpospolitą – przekonanie, że Sarmacja to przedmurze
chrześcijaństwa. Odrodziło się nabożeństwo do Matki Bożej, Królowej Korony
Polskiej i rozmnożyły się Jej sanktuaria; Jej wstawiennictwu przypisywano
pognębienie (pokojowe!) innowierców:
O Panno, któraś potłumiła wszędy
Wszystkich nowych wiar i odszczepieństw błędy,
Chciej wykorzenić i z naszej ojczyzny
Ostatki bluźnierstw i zetrzeć ich blizny.
Rosła katolicka żarliwość, a z nią przekonanie o ścisłej katolickości Sarmacji.
Żarliwość widziano w szczodrobliwości dla klasztorów i kościołów, ale i w
dosłownych gestach. Niektóre były wielce malownicze. Oto w stuleciu XVII, jak
wspominał nabożny Florian Jaroszewicz: "Wszyscy Panowie i Szlachta, gdy na Mszy
S. zaczęła się Ewangelia, do pół pochew szabel dobywali, i jako gotowi do boju
za Wiarę aż do końca je trzymali. Który zwyczaj trwał przez wiele wieków,
dopiero kiedy heretyckie baśnie rozsiane są po Królestwie naszym, począł ustawać
i już teraz cale ustał, lecz ja w młodości mojej widziałem niektórych wielkich
Panów, że pod czas Ewangelii za szablę się trzymali, i nie wstydzili się
Chrystusa i Ewangelii jako teraźniejsi Politycy, którzy za hańbę mają i skłonić
się nabożnie Bogu w Kościele".
Jan Kochanowski jeszcze takich wierszy nie pisał ani nie był tak żarliwy w
obronie wiary katolickiej. Ale i on, i późniejsi Sarmaci wieku XVII to przecież
uczestnicy jednej kultury staropolskiej, obywatele Sarmacji.
Narodziny terminu "sarmatyzm", czyli Sarmata – tak, sarmatyzm – nie…
A teraz uwaga. Sarmata, sarmacki – tak. Ale skąd i dlaczego "sarmatyzm"? Co do
mnie, proponuję odrzucić to słowo. Dlaczego? Już tłumaczę.
Kiedy powstawała większość przytoczonych tekstów, Polska była naprawdę
mocarstwem. Dopiero wiek XVIII przyniósł niemoc i utratę suwerenności. Złota
wolność stała się pustą ideą dławiącą tylko próby reform, a wolna elekcja była
przeważnie niewolna, bo dyktowana przez obce wojska. Kiedy więc wyperfumowany,
wyfraczony i mało pobożny król Stanisław August Poniatowski (notabene też
wsadzony na tron przez obce wojska) zapragnął zreformować państwo, jego
stronnicy musieli przełamać opór tłumu źle wykształconych szlachciurów ubranych
w kontusze, którzy tradycyjnie nie chcieli silnej władzy królewskiej.
Pudrowani publicyści mieli ułatwione zadanie: wystarczyło wsadzić do jednego
wora staropolski kontusz, różaniec, zacofanie i słabość Rzeczypospolitej – i
jakoś to nazwać. No i nazwano. Anonimowy publicysta "Monitora" w trzydziestym
piątym numerze tego pisma z roku 1765 napisał, iż nieszczęściem Rzeczypospolitej
są "bałwany sarmatyzmu, które przez dwieście lat naród nasz czyniły
pośmiewiskiem uczeńszych".
Termin był nowy, by nie rzec nowoczesny (ach, ów naukowy "izm" na końcu!), i
natychmiast stał się synonimem szlacheckiej, kontuszowej prowincji, która miała
być nieszczęściem dla kraju. Niestety, termin ten pokrywał się aż nazbyt ze
słowem Sarmacja, które przecież nadal budziło respekt jako nazwa własnego
państwa, Rzeczypospolitej. A monarcha, choć upudrowany, nie zamierzał potępiać
kultury sarmackiej. Pojęcie "sarmatyzm", ukute z potrzeby chwili, nie miało
obejmować wzniosłej spuścizny Jana III Sobieskiego czy Jerzego Ossolińskiego.
Projektując Salę Rycerską na swoim warszawskim Zamku, król kazał umieścić w niej
mnóstwo popiersi wybitnych Sarmatów w sarmackich strojach i fryzurach. Po czasie
zapaleni reformatorzy zrozumieli, że także w czasach współczesnych nie wolno się
odciąć od narodowego obyczaju. Ignacy Krasicki napisał "Pana Podstolego", czyli
opowieść o idealnym, kontuszowym szlachcicu, który Pana Boga chwali, tradycję
zachowuje, Kochowskiego czyta, a reformy wprowadza. Bo krytykowany "sarmatyzm"
miał oznaczać tylko bardzo konkretną, polityczną współczesność. Ale ją
przekroczył…
…i terminu "sarmatyzm" współcześnie
Przyniosło to szczególne konsekwencje. Termin wszedł do powszechnego obiegu,
znacząc "nieokrzesanie obyczajów, grubijaństwo, grundychwalstwo". Nieco
zapomniany w wieku XIX, powrócił ze szczególną mocą po II wojnie światowej. Tym
razem – uwaga! – przestał już odnosić się tylko do wieku XVIII, zaczął zaś
oznaczać – uwaga! – całą dawną kulturę szlachecką XVII i XVIII wieku (choć różni
badacze różnie to widzą). Tę kulturę bardzo rozmaicie oceniano, ale przecież
dzisiaj znani badacze piszą, że sarmatyzm to "podstawowa i na wiele lat jedyna
formuła polskiej narodowej tożsamości" (Krzysztof Koehler) albo też "synonim
obyczajowości oraz duchowej i umysłowej kultury Rzeczypospolitej szlacheckiej"
(Adam Borowski). Zaznaczmy: całej kultury Rzeczypospolitej, nie tylko owej
"upadłej". Już ładnych kilka lat temu, po naukowej sesji poświęconej "apogeum
sarmatyzmu", organizatorzy z satysfakcją stwierdzili, że mimo różnic zdań,
podczas obrad "nie zdarzyło się, aby ktoś utożsamiał sarmatyzm z prymitywizmem i
zaściankowością". Nie mówi się w ten sposób! Ale, niestety, ten fakt nie
przedostał się do podręczników i do gazet.
Podręcznikowy Sarmata, czyli głupek z kijem bejsbolowym
W podręcznikach i publicystyce nadal królują potępienie i kpina z sarmatyzmu –
rozumianego, co gorsza, jako cała dawna kultura szlachecka, z definicji
oczywiście "zła". Co ciekawe, wyklucza się z niej Kochanowskiego i wszystkich
innych Polaków "lepszych" (a przecież, jak widzieliśmy, Kochanowski sam się jako
Sarmata przedstawiał!). Z tego powodu dla przeciętnego, współczesnego Polaka
Sarmata to po prostu przedstawiciel sarmatyzmu (oczywiście rozumianego jako
ciemny i wsteczny), nie zaś obywatel mocarstwa, które przez lat dwieście
rozdawało karty w tej części Europy.
Przywołam szkolny podręcznik moich dzieci: "Sarmata to przekonany o swojej
wartości zawadiacki i pewny siebie szlachcic", co to wiódł "życie przyjemne i
beztroskie", ukończywszy szkoły, w których "poziom nauczania wyraźnie się
obniżył", przez co "pijaństwo było powszechne", a zainteresowanie dla Europy i
postępu żadne, zastąpione przekonaniem o "wyższości swojego stanu i polskich
praw" oraz niechęcią "do wszystkiego, co obce", a to z kolei powodowało "wzrost
nietolerancji, szczególnie religijnej". Przywołam też pewnego znanego polskiego
twórcę (nazwiska oszczędzę, bo wstyd), który napisał niedawno:
Dzisiejszy Sarmata kradnie samochody i robi zadymy pod dyskotekami. (…)
Kontuszem sarmaty jest błyszczący dres Adidasa, z trzema legendarnymi paskami
zamiast pasa słuckiego. Jego futrzaną czapką z piórem – kaptur od bluzy firmy
Nike. (…) Jego wierną szablą kij baseballowy.
Ten błyskotliwy (?) tekst został opublikowany po polsku i po… niemiecku w
książeczce zbierającej eseje o Sarmacji… Cóż, papier jest cierpliwy.
Zgrzyt, czyli przestańmy mówić o sarmatyzmie
Powstaje zgrzyt. Pojęcia "Polak" i "Sarmata" stały się dla jednych synonimami,
dla drugich zaś niemalże się wzajemnie wykluczają. Dla jednych słowo "Sarmata"
jest inwektywą, inni chętnie ograniczyliby jego znaczenie do jednego kręgu
politycznego. Myślę nieco inaczej. Lepiej mówić o dobrym i złym dziedzictwie
wielkiego kraju, Sarmacji; lepiej mówić o tradycji, która jest u podstaw
katolicka, ale jest też Polakom przypisana – i żaden Polak nie może bezkarnie o
niej zapomnieć. Bo nie jest to tylko tradycja wódy i liberum veto, nie jest to
tradycja "sarmatyzmu" rozumianego wąsko, negatywnie. Jest esencją polskości, z
której wypłynęła nasza dzisiejsza kultura polityczna i literacka. Dlatego
proponuję tradycji sarmackiej nie nazywać w ogóle "sarmatyzmem", bo termin ów
obarczony został zbyt negatywną wieloznacznością. Bo termin ów wyklucza
Kochanowskiego i Kopernika. A Kochanowski i Kopernik byli Sarmatami, choć do
"sarmatyzmu" było im daleko.
Ale czy się uda?
Tylko… czy takie przywracanie może być w smak tym, którzy chcą, aby
dziedzictwo chrześcijańskie zostało w Polsce zredukowane do roli zaledwie jednej
z możliwych "opcji", obok opcji gejowsko-lesbijskiej i każdej innej? Czy takie
przywracanie znaczeń mogą zaakceptować ci, którzy pragną degradacji
chrześcijańskiego systemu wartości? Podejrzewam, że nawet oni mogą. Mimo że
przywracanie znaczeń musi być oparte na uzmysłowieniu sobie tradycji
chrześcijańskiej: Sarmacja i tradycja chrześcijańska są nierozłączne. Dlatego
jak dotąd nasze "rekonstruowanie sarmatyzmu" okazuje się dla przeciwników Polski
wiernej Bogu "wąskie, nieruchome i w dodatku oparte na mechanizmie wykluczeń".
No i przez to "nie daje się wpleść w pluralistyczny zbiór równoprawnych ofert
kulturowych". Aczkolwiek także (jak pisze Przemysław Czapliński, którego tu
cytuję) dziedzictwo sarmatyzmu "nie daje się odrzucić" – pozostaje jakimś
trwałym "piętnem" każdego Polaka. W tym ostatnim zdaniu Przemysława
Czaplińskiego kryje się osobliwa nadzieja (zapewne moja nadzieja, nie jego), że
na przekór stereotypom i przeciwnikom Sarmaci znów odzyskają swój pełen blask w
polskiej kulturze. Blask odpartyjniony. I nawet jeśli ich wartości nie będą
przez wszystkich przyjęte – to przynajmniej zostaną zrozumiane jako podstawa i
uznane za niehańbiące. Sarmaci mają do tego prawo.
Dr Jacek Kowalski historyk sztuki poeta, bard
