Nazwiska ukryte w archiwum
Śledztwo w sprawie masowych egzekucji Polaków, które rozpoczęło się
jeszcze w 1990 r. i było kontynuowane po rozpadzie ZSRS przez Główną Prokuraturę
Wojskową Rosji, trwało 14 lat, zebrano 183 tomy akt. Chociaż po 1994 r. w
śledztwie nie pojawiły się ani nowe dokumenty, ani nowe dowody, jednak Główna
Prokuratura Wojskowa Rosji z jakichś przyczyn nie spieszyła się z zamknięciem
postępowania.
Wyjaśnień może być kilka, chociaż zdaje się, że przyczyna jest jedna. Uprogu
nowego tysiąclecia polityka rosyjska przeszła poważną zmianę. O ile na początku
lat 90. XX w. wiele i otwarcie pisano o sowieckiej przeszłości, a zwłaszcza o
zbrodniach popełnionych przez system komunistyczny, o tyle mniej więcej od roku
2000 powiały nowe wiatry. Coraz częściej zaczęto uwypuklać rolę Stalina jako
zwycięzcy w wojnie, pojawiały się głosy, w tym również historyków, że nie wolno
przedstawiać całego sowieckiego okresu historii jako łańcucha przestępstw
przeciw ludzkości, jako jednego niekończącego się Gułagu. Historia, jak pouczał
obywateli następca Borysa Jelcyna – Władimir Putin, powinna służyć sprawie
patriotycznego wychowania młodzieży, oprócz aspektów negatywnych, należy stale
przypominać pozytywne momenty historii. Takie podejście nieuchronnie
doprowadziło do tryumfu nowej linii w polityce państwowej Rosji i przemilczania
przestępstw reżimu sowieckiego.
Wewnątrzpolityczne zmiany nie pozostały oczywiście bez wpływu na działalność
Głównej Prokuratury Wojskowej. Walka toczyła się wokół kwestii, kogo należy
oskarżyć o zbrodnię katyńską i jak ją zakwalifikować: jako przestępstwo wojskowe
czy tylko jako "przekroczenie władzy" przez urzędników. W pierwszej decyzji o
umorzeniu sprawy, przygotowanej w 1994 r. przez przewodniczącego grupy śledczej
prokuratora Anatolija Jabłokowa, w gronie oskarżonych znaleźli się członkowie
Politbiura KC WKP(b) – Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Partii
Komunistycznej (bolszewików) na czele ze Stalinem, którzy 5 marca 1940 r.
podpisali decyzję o przeprowadzeniu masowych egzekucji Polaków, a także, co
oczywiste, kierownictwo NKWD, które odpowiadało za przeprowadzenie egzekucji.
Taka konkluzja ze śledztwa i taki krąg oskarżonych nie spodobały się rosyjskim
władzom. Zdecydowano nie spieszyć się i kontynuować śledztwo. Mniej więcej w tym
samym czasie mówiło się, że sprawa będzie przeciągana dotąd, dopóki nie umrą
ostatni szeregowi pracownicy NKWD, którzy bezpośrednio brali udział w
egzekucjach w Katyniu, Charkowie i Kalininie, ci, których nazwiska pojawiły się
w śledztwie i którzy zostali przesłuchani przez prokuratorów.
Katyń wciąż tajny
We wrześniu 2004 r. Główna Prokuratura Wojskowa Rosji podjęła decyzję o
umorzeniu śledztwa w sprawie katyńskiej z powodu śmierci winnych tego
przestępstwa. Teraz krąg oskarżonych nie obejmował ani Stalina, ani członków
politbiura, a ograniczył się zaledwie do kilku wysoko postawionych pracowników
NKWD. Przy czym ich wina została zakwalifikowana jako "przekroczenie władzy" z
ciężkim skutkiem. Opinia publiczna dowiedziała się o tej decyzji z dużym
opóźnieniem – dopiero w marcu 2005 r., nie mogła poznać jednak żadnych
szczegółów, gdyż postanowienie o umorzeniu sprawy w całości utajniono. W ten
sposób Główna Prokuratura Wojskowa de facto chroni przestępstwa stalinowskie.
A przecież zatajanie informacji o zbrodniach dokonanych przez Stalina i reżim
sowiecki pod pozorem tajemnicy państwowej jest sprzeczne z rosyjskim
ustawodawstwem. Artykuł 7 ustawy federalnej "O tajemnicy państwowej" mówi
wprost: nie podlegają utajnianiu informacje "o faktach naruszania praw i swobód
człowieka i obywatela" oraz "o faktach naruszania praworządności przez organy
władzy państwowej i ich urzędników". Ale niestety, Kreml martwi się jedynie o
to, aby nie dać powodu do oskarżenia byłego kierownictwa ZSRS o popełnienie
przestępstw wojennych. Ukrycie przez prokuraturę wyników śledztwa sprawy
katyńskiej to fakt bezprecedensowy, ale nie dziwi w warunkach obecnego
rosyjskiego klimatu politycznego. Chociaż… w zeszłym roku, po katastrofie
smoleńskiej pojawiła się nieśmiała nadzieja na to, że Kreml zmieni swoje
stanowisko i podejmie kroki w celu rozwiązania problemu Katynia.
Jednakże obietnica prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, złożona wiosną 2010
r., że przekaże Polsce wyniki śledztwa sprawy katyńskiej (sprawa nr 159) w
pełnym zakresie – nie została do tej pory spełniona. I tu znów jako przyczyna
utajnienia umorzenia śledztwa wypłynęła sprawa szeregowych wykonawców z NKWD. Bo
mają krewnych, bo ich potomkom będzie przykro, gdy poznają straszną prawdę o
swoich ojcach i dziadkach… Rzekomo z tego powodu przeciągano zakończenie
śledztwa sprawy katyńskiej w latach 90. i tak samo dzisiaj ukrywa się materiały
sprawy.
Krwawy rozkaz
Nie chcą denerwować potomków katów! Trudno powiedzieć, czy jest to naprawdę
ważna przyczyna ukrywania części materiałów dotyczących sprawy katyńskiej.
Prędzej jest to dyżurny wykręt, obliczony na nieświadomość ludzi. Niechęć
Głównej Prokuratury Wojskowej Rosji do ogłoszenia spisu wykonawców egzekucji
polskich jeńców jest całkowicie absurdalna, jeżeli uwzględnić, że ich nazwiska
są już dawno znane historykom i opublikowane w zbiorze dokumentów o Katyniu.
Chodzi o rozkaz NKWD nr 001365 z 26 października 1940 r., na mocy którego
wszyscy, którzy brali udział w przygotowaniu kary śmierci, i wykonawcy –
pracownicy centralnego aparatu NKWD oraz administracji NKWD w obwodzie
smoleńskim, kalinińskim i charkowskim (gdzie odbyły się egzekucje) – zostali
nagrodzeni pieniędzmi (Katyń. Marzec 1940 – wrzesień 2000 r. Egzekucje. Losy
żywych. Echo Katynia. Akta. Odp. sporządziła N.S. Lebiediewa. Moskwa 2001, s.
275-279).
Znane są przynajmniej dwa egzemplarze tego rozkazu. W Państwowym Archiwum
Federacji Rosyjskiej (GARF) znajduje się maszynowa kopia, która została
ujawniona jeszcze na początku lat 90. Jednak w Centralnym Archiwum FSB, gdzie
przechowywany jest oryginał rozkazu, sytuacja jest inna. Tam, niestety, dostęp
do tego dokumentu jest zamknięty.
O czym mówi rozkaz? Wymieniono w nim 125 nazwisk nagrodzonych, przeważnie bez
podania ich funkcji. Odnalezienie dodatkowych informacji o tych ludziach
wydawało się bardzo trudne. Długo nie mogłem się zdecydować, czy podjąć się tego
zadania. Dopiero w 2005 r., uważnie przestudiowawszy opublikowane do tej pory
materiały ze śledztwa sprawy katyńskiej, w których figurowali również szeregowi
wykonawcy egzekucji, dostrzegłem, że występują pewne prawidłowości, które pomogą
w wyszukiwaniu brakujących informacji. Przede wszystkim chodzi o pragmatykę
służbową – większość nagrodzonych ze smoleńskiej, kalinińskiej i charkowskiej
administracji NKWD to współpracownicy komendanta, dozorcy więzień, kierowcy. Ta
okoliczność stała się cennym punktem orientacyjnym w czasie badania
przechowywanych w GARF akt służbowych współpracowników NKWD, tu właśnie
przestudiowałem materiały o odznaczeniu ich nagrodami państwowymi. Udało się
rozszyfrować inicjały, wyjaśnić lata urodzenia i kontynuować szukanie
pełniejszych informacji biograficznych na podstawie ewidencyjnych materiałów
partii w innych archiwach.
Stopniowo rysował się przerażający obraz egzekucji przeprowadzonych na polskich
obywatelach wiosną 1940 roku. Poznałem krąg uczestników tego przestępstwa.
Dowodził Błochin
Jeńców polskich rozstrzeliwano w trzech miejscach: w Smoleńsku (część
bezpośrednio w Katyniu), Kalininie (obecnie Twer) i w Charkowie. Wszystkie
egzekucje odbywały się w wewnętrznych więzieniach administracji NKWD tych
obwodów, oprócz Smoleńska, gdzie są poszlaki, że część jeńców została
rozstrzelana w specjalnym obiekcie NKWD w Lesie Katyńskim.
W Kalininie egzekucjami dowodził przybyły z Moskwy komendant NKWD Wasilij M.
Błochin, rozstrzeliwania były przeprowadzane w piwnicy wewnętrznego więzienia
(obecnie Instytut Medyczny). Każdej nocy rozstrzeliwano po 200-250 osób, a
następnie samochodami ciężarowymi wywożono w okolice wsi Miednoje i zakopywano w
wykopanej przez koparkę jamie. Procedura egzekucji została dopracowana w
najdrobniejszych szczegółach. Jeńców przywiezionych z obozu w Ostaszkowie
najpierw umieszczano w celach więziennych. Następnie po jednym wyprowadzano,
podczas przesłuchania sprawdzano nazwisko, imię, rok urodzenia, zakładano
kajdanki i prowadzono do piwnicy, gdzie w specjalnym dźwiękoszczelnym pokoju
zabijano strzałem w tył głowy. Błochin przed egzekucją przywdziewał specjalny
ubiór: skórzaną brązową cyklistówkę, długi skórzany płaszcz i rękawice z
mankietami powyżej łokci (jak u rzeźnika zabijającego bydło). Przebywał on w
Kalininie dwa miesiące, przez ten czas rozstrzelano 6311 polskich jeńców z obozu
w Ostaszkowie1.
W Charkowie egzekucje również przeprowadzano w budynku administracji NKWD, a
ciała wywożono w rejon Piatichatek w celu potajemnego ich pochowania. Na
szczególną uwagę zasługuje fakt, że i w Smoleńsku, i w Kalininie, i w Charkowie
ciała rozstrzelanych Polaków pochowano na przedmieściach na terenach obiektów
specjalnych NKWD, tam, gdzie już zostały złożone ciała wielu tysięcy sowieckich
obywateli rozstrzelanych w latach Wielkiego Terroru w latach 1937-1938.
Po kilku miesiącach, na mocy rozkazu NKWD nr 001365 z 26 października 1940 r.
nagrodzono 125 uczestników egzekucji polskich jeńców. W rozkazie znalazły się
nazwiska pracowników NKWD różnych szczebli: od głównego kata – komendanta NKWD
Wasilija Błochina, i jego najbliższych pomocników z "grupy specjalnej", która
przeprowadzała egzekucje: Piotra Jakowlewa, Iwana Antonowa, Aleksandra
Dmitrijewa, Iwana Fieldmana, Aleksandra Jemieljanowa, Aleksieja Okuniewa,
Diemiana Siemienichina oraz braci Wasilija i Iwana Szygalewów, do drobnych
urzędników działu ewidencyjno-archiwalnego (1. oddziału specjalnego) NKWD oraz
dozorców więzień i kierowców NKWD w Smoleńsku, Charkowie i w Kalininie, do
których zadań należało konwojowanie ofiar do piwnic w miejscu egzekucji i
transport ciał na miejsce pochówku. W rozkazie wymieniono również kilka nazwisk
kobiet. Klaudia Blankiet, Rebeka Giecelewicz, Tamara Babajan, Serafima
Kuzniecowa i Anna Razorienowa to szeregowe pracownice działu
ewidencyjno-archiwalnego i innych oddziałów centralnego aparatu NKWD, które
sporządzały kartoteki i akta Polaków oraz zajmowały się przygotowaniem i
przepisywaniem wykazów jeńców.
Udało się ustalić, że na mocy rozkazu zostało nagrodzonych 36 pracowników
kalinińskiej administracji NKWD, 36 pracowników smoleńskiego NKWD, 14
pracowników charkowskiej administracji NKWD i 29 pracowników centralnego aparatu
NKWD z Moskwy. Przynależność pozostałych 10 pracowników NKWD wymienionych w
rozkazie jest do tej pory nieznana.
Z pewnością w tym rozkazie nikt z wykonawców, nawet najniższego stopnia, nie
został zapomniany. Dawano im do zrozumienia, że są związani wyjątkowo ważną i
szczególną tajemnicą mordu na Polakach, którą muszą ukrywać przez całe życie.
Sumienie nie wybacza
Różnie ułożyły się losy tych, którzy wzięli udział w zbrodni. Zgodnie z danymi
Głównej Prokuratury Wojskowej, samobójstwa popełnili: w 1948 r. dyżurny
komendant administracji NKWD w obwodzie smoleńskim Piotr Karcew; w 1962 r.
zastępca naczelnika administracji NKWD w obwodzie kalinińskim Wasilij Pawłow; w
1964 r. kierowca administracji NKWD w obwodzie kalinińskim Nikołaj Suchariew.
Wiadomo, że Karcew bardzo ciężko przeżywał swój udział w egzekucjach katyńskich
i to stanowiło przyczynę jego samobójstwa. Według Głównej Prokuratury Wojskowej,
w wykazie tych, którzy odebrali sobie życie, jest również Wasilij Błochin
(naczelnik Wydziału Komendanckiego w Zarządzie Administracyjno-Gospodarczym
NKWD, dowodził egzekucjami na Łubiance w 1926 r.), ale nie ma na to
potwierdzenia. W jego osobistej kartotece emerytalnej figuruje tylko, że według
opinii lekarzy, zmarł 3 lutego 1955 r. na zawał serca z powodu nadciśnienia.
W tym samym spisie widnieje też nazwisko komendanta administracji NKWD obwodu
kalinińskiego Andrieja Rubanowa. Wiadomo jednak, że zmarł on w 1982 r. w
Kazaniu. Miał 80 lat. Trudno uwierzyć, że w takim wieku postanowił załatwić
porachunki z życiem.
Losy zawodowych katów NKWD z zasady były tragiczne. Rozpijali się i wcześnie
umierali. Zazwyczaj po egzekucjach oprawcy urządzali pijatyki. Jak wspominał
jeden z nich: "Wódkę, ma się rozumieć, piliśmy aż do utraty świadomości. Co
byście nie mówili, praca do lekkich nie należała. Męczyliśmy się tak mocno, że
czasami ledwo trzymaliśmy się na nogach. A myliśmy się wodą kolońską. Do pasa.
Inaczej nie było możliwe uwolnić się od zapachu krwi i prochu. Nawet psy od nas
uciekały, i jeśli szczekały, to tylko z daleka". Nic dziwnego, że wykonawcy
umierali przedwcześnie lub dostawali pomieszania zmysłów. W 1942 r. zmarł
Wasilij Szygalew, w 1945 r. jego brat Iwan Szygalew. Wielu przeszło na
emeryturę, otrzymywali grupę inwalidzką z powodu schizofrenii, jak Aleksandr
Jemieljanow, lub z powodu psychozy nerwowej. Aleksiej Okuniew kilka razy leczył
się w szpitalu psychiatrycznym, ostatecznie się rozpił.
Z tych, którzy rozstrzeliwali Polaków w Katyniu, kilka osób zginęło podczas
wojny na froncie. Starszy dozorca więzienia administracji NKWD w obwodzie
smoleńskim Małach Żurawlow zginął w bitwie 19 maja 1944 r. jako zastępca dowódcy
batalionu strzeleckiego; dyżurny komendant administracji NKWD w obwodzie
smoleńskim Łazar Tiwanienko zginął 7 sierpnia 1942 r. jako politruk kompanii.
Bez wieści zaginęli: w 1941 r. pomocnik naczelnika administracji NKWD w obwodzie
smoleńskim Władimir Zubcow; dozorca aresztu śledczego administracji NKWD w
obwodzie smoleńskim Aleksandr Kowalow; w 1942 r. zginął również na wojnie
dozorca pierwszej kategorii więzienia administracji NKWD w obwodzie smoleńskim
Siemion Łazarienko.
Bez świadków
Kilku uczestników egzekucji dożyło czasu, kiedy o sprawie katyńskiej zaczęto
otwarcie mówić zarówno w Polsce, jak i w nowej Rosji. Wiadomo, że dwóch spośród
nagrodzonych – Iwan Barinow i Mitrofan Syromiatnikow, zostało przesłuchanych w
śledztwie – przyznali się do winy. W 1991 r. przesłuchany został niefigurujący w
wykazie nagrodzonych były naczelnik administracji NKWD w obwodzie kalinińskim
Dmitrij Tokariew, który dosłużył się stopnia generała. Oprawca wyjaśnił, że nie
otrzymał nagrody w październiku 1940 r. tylko dlatego, że sam bezpośrednio nie
brał udziału w egzekucjach, ponieważ "nie miał wystarczającego czekistowskiego
doświadczenia". Tokariew zostawił ważne świadectwo o tym, że członek trójki,
która wydawała wyroki na Polaków – Bogdan Kobułow "polecił nie zostawiać wśród
żywych ani jednego świadka mogącego zostawić po sobie jakikolwiek ślad". To
znaczy, że jeżeli którykolwiek ze współpracowników NKWD odmówiłby wzięcia
udziału w przeprowadzeniu egzekucji, czekał go los ofiar. A ci, którzy brali
udział – na 100 procent będą trzymać język za zębami, związawszy się wspólnym
krwawym poręczeniem.
Świadectwo Tokariewa naprowadza na jeszcze jedną ciekawą myśl. Możliwe, że
większość nagrodzonych to właśnie ci, którzy bezpośrednio brali udział w
procedurze rozstrzeliwania, byli obecni na miejscu egzekucji, sporządzali
dokumenty, przewozili ciała na miejsce pochówku, zasypywali groby… Jeżeli nie
strzelali sami, to przynajmniej widzieli wszystko na własne oczy. Z pewnością z
tych samych przyczyn, z których nie został nagrodzony w październiku 1940 r.
Tokariew, w rozkazie nie znalazły się nazwiska naczelnika charkowskiej
administracji NKWD Piotra Safonowa i smoleńskiej administracji NKWD Jemieljana
Kuprijanowa. Widocznie oni również, jako nieposiadający wystarczającego
doświadczenia, byli partyjnymi karierowiczami, którzy "jedynie" kierowali
egzekucjami, a bezpośredni udział zlecili swoim zastępcom. Obaj naczelnicy nie
zrobili kariery w organach NKWD. Kuprijanow od 1941 r. pracował na skromnych
stanowiskach w systemie Gułagu, w 1945 r. został zwolniony do rezerwy, w latach
50. był dyrektorem kombinatu zbożowego w Smoleńsku. Podobnie potoczyły się losy
Safonowa, z tą tylko różnicą, że w 1943 r. skazano go na 8 lat więzienia (z
odroczeniem wyroku do zakończenia wojny) za nadużycie służbowego stanowiska i za
kradzieże, został też zwolniony z organów bezpieczeństwa państwowego. W latach
50. i 60. pracował w Charkowie jako zastępca dyrektora w różnych zakładach.
Obydwaj – i Kuprijanow, i Safonow, nie dożyli rozpoczęcia śledztwa katyńskiego.
Kuprijanow zmarł w Smoleńsku w 1966 r., Safonow w Charkowie w 1974 roku.
Z kolei dwaj zastępcy naczelnika administracji NKWD, którzy bezpośrednio
kierowali egzekucją, osiągnęli szczyt czekistowskiej hierarchii, dosłużywszy się
stopnia generała. Zastępca naczelnika administracji NKWD w obwodzie kalinińskim
Wasilij Pawłow od 1943 r. stał na czele administracji NKWD w obwodzie
kalinińskim, następnie administracji MSW w obwodzie czelabińskim. W lipcu 1945
r. otrzymał tytuł generała majora. Od 1948 r. w systemie Gułagu był zastępcą
naczelnika Dalstroja [przedsiębiorstwa górniczego na Dalekiej Północy] w
Magadanie, następnie pracował jako naczelnik szeregu administracji obozów i
budownictwa MSW. Zmarł w 1962 r. w Leningradzie (według informacji GWP popełnił
samobójstwo). Jeszcze bardziej zawrotną karierę zrobił zastępca naczelnika
administracji NKWD w obwodzie charkowskim Paweł Tichon. Od 1954 r. był
wiceprzewodniczącym KGB przy Radzie Ministrów Ukraińskiej SSR, a w latach
1959-1970 naczelnikiem administracji KGB w obwodzie kijowskim. W lutym 1958 r.
otrzymał tytuł generała majora. Zmarł w roku rozpoczęcia śledztwa w sprawie
zbrodni katyńskiej. Ciekawe, czy Główna Prokuratura Wojskowa zdążyła zwrócić na
niego uwagę, czy został przesłuchany.
Wciąż anonimowi
Jeszcze jedna kategoria czekistów została odnotowana w październikowym rozkazie
z 1940 r. – to wysoko postawieni pracownicy NKWD, delegowani służbowo na miejsca
kaźni w celu udzielania bezpośredniej pomocy w przeprowadzeniu egzekucji. Wśród
nich był kapitan bezpieczeństwa państwowego Iwan Biezrukow – zastępca naczelnika
6. oddziału Głównego Zarządu Ekonomicznego NKWD ZSRS, delegowany służbowo do
obozu w Starobielsku, który odpowiadał za egzekucje w Charkowie; dowódca brygady
Michaił Kriwienko – szef sztabu wojsk konwojowych NKWD ZSRS, delegowany służbowo
na pewien okres w celu przeprowadzenia egzekucji w Kalininie; major
bezpieczeństwa państwowego Konstantin Zilberman – zastępca naczelnika Głównego
Zarządu Więziennego NKWD ZSRS; starszy major bezpieczeństwa państwowego Nikołaj
Siniegubow – naczelnik Wydziału Śledczego i zastępca naczelnika Głównego Zarządu
Transportowego NKWD ZSRS i inni. W odróżnieniu od komendantów, dozorców,
kierowców i pracowników wydziałów ewidencyjno-archiwalnych, którzy brali udział
w transporcie i rozstrzeliwaniu osób skazanych na śmierć, oni nigdy wcześniej w
czymś takim nie uczestniczyli, ponieważ zakres ich podstawowych obowiązków
służbowych był zupełnie inny. Lecz również i oni poradzili sobie z krwawym
rozkazem i zostali nagrodzeni.
Niestety, dotychczas nie udało mi się odnaleźć informacji o 14 nagrodzonych –
spośród 125 osób uczestniczących w egzekucjach Polaków. W przypadku innych
ujawnione dane biograficzne są fragmentaryczne i niepełne. Nie zrażam się tym i
kontynuuję prace związane z poszukiwaniem materiałów na temat osób
uczestniczących w egzekucjach Polaków. Wyniki moich badań opublikowałem w
niedawno wydanej książce "Kaci. Oni wykonywali rozkazy Stalina".
W podsumowaniu trzeba stanowczo stwierdzić, że oprawcy uczestniczący w
egzekucjach nie zrobili kariery – w sowieckim aparacie represji zajmowali bardzo
niskie stanowiska. Ta okoliczność wyraźnie komplikuje poszukiwania takich mało
znaczących ludzi, którzy po przejściu na emeryturę stali się jeszcze bardziej
szarzy i nieznani. Jednak dalsze ustalanie szczegółów ich biografii i losów jest
niezwykle ważne, interesujące i – co najważniejsze – nadzwyczaj pouczające.
Prof. Nikita Pietrow rosyjski historyk,
wiceprzewodniczący stowarzyszenia Memoriał
1 Były naczelnik UNKWD (Administracji NKWD) D.S. Tokariew w 1991 r. wymienił
inną liczbę – 6295. Patrz: Jażborowskaja I.S., Jabłokow A.Ju., Parsadanowa W.S.,
Katyński syndrom w stosunkach radziecko-polskich i rosyjsko-polskich, Moskwa,
2001, s. 357.
