Marząc o medalu w Soczi
Rozmowa z Karoliną Riemen, reprezentantką Polski w
skicrossie
Co to jest skicross?
– Freestylowa odmiana narciarstwa alpejskiego. Wyróżnia się tym, iż na jednej
trasie, w jednym czasie rywalizuje ze sobą czterech zawodników, startujących z
jednej bramki. Trasa zawiera liczne skocznie, bandy, przeróżne przeszkody, które
trzeba pokonywać. Dwie najlepsze osoby na mecie przechodzą do następnej rundy,
aż do finału.
Niektórzy uważają, że w niedalekiej przyszłości może zdystansować – w
popularności – zmagania alpejczyków. To realne?
– Ależ oczywiście. Skicross jest niesamowicie widowiskowy i dynamiczny.
Rywalizacja czterech osób dostarcza niesamowitych emocji, do tego dochodzi
trasa, trudna, nieprzewidywalna. Proszę mi wierzyć, także mi, zawodnikowi,
przejechanie jej sprawia ogromną frajdę, a przyjechanie szybko – jeszcze
większą. Na razie zdobywa popularność, mam nadzieję, że zacznie być częściej
pokazywana w telewizji.
Ile osób uprawia tę dyscyplinę w Polsce?
– Pięć, może sześć.
Mówi Pani o kadrze czy wszystkich ogółem?
– Niestety, wszystkich. Mówiłam o kadrze A, czyli Marcinie Orłowskim oraz o
sobie i o zawodnikach, którzy do tej kadry chcą się dostać.
Strasznie skromna ta liczba.
Dlaczego?
– A ile osób, na w miarę wysokim poziomie, zawodowo, uprawia u nas narciarstwo
alpejskie? Też niewiele. A do skicrossu przechodzą głównie byli alpejczycy.
Może przerażają wyzwania albo skala niebezpieczeństwa? Skicross jest
przecież bardzo urazową konkurencją?
– Zgadza się, ale w tej materii jest coraz lepiej. Dużo zależy od trasy, od
tego, czy skocznie zostały dokładnie zmierzone i wiadomo, czy spadnie się
blisko, czy daleko etc. Organizatorzy mają coraz większe doświadczenie i starają
się tak budować trasy, by były maksymalnie bezpieczne. Wypadków jest mniej niż
przed laty, ale faktycznie, groźne kontuzje nadal się zdarzają. Chronią nas
przed nimi specjalne "żółwie" zakładane na plecy, kaski i zdrowy rozsądek.
Musimy uważać, jak jedziemy, nie popełniać błędów i przewidywać, gdzie mogą
pojechać rywale.
Jakie cechy decydują w skicrossie o sukcesie?
– Trzeba mieć oczy dookoła głowy, doskonałą orientację w terenie, potrafić
skupić się na swojej jeździe, patrząc też, co robią inni. Trzeba wiedzieć, gdzie
i jak wyprzedzić, podejmować mądre taktyczne decyzje. Czasami lepiej schować się
za rywalem, by nabrać prędkości i potem zostawić go w tyle, czasem warto
przyhamować i pojechać innym torem. Na sukces składa się wiele elementów, czy to
z narciarstwa alpejskiego, freestylowego, czy też freeridowego. Trzeba zatem być
wszechstronnym, bo tylko tak można przypasować się do różnych torów. Niektórzy
uważają, że trzeba też być szalonym i jakieś źdźbło prawdy w tym jest. Ja bym do
tego dodała jeszcze odwagę. Na niektórych trasach do dziś odczuwam lekki strach,
musiałbym mieć wyłączone myślenie czy wyobraźnię, by było inaczej. Nie znaczy to
jednak, że nie potrafię się opanować. Potrafię, to kwestia objeżdżenia (śmiech).
Ile czasu potrzebuje alpejczyk, by przestawić się na skicross?
– Nie ma reguł. Między sobą często poruszaliśmy ten temat i dochodziliśmy do
wniosku, że średnio wyszkolony alpejczyk potrzebuje około trzech, czterech lat.
Ten czas nie dałby mu jednak żadnej gwarancji sukcesów. W zmaganiach
skicrossowców próbowało swych sił wielu narciarzy znanych z tras Pucharu Świata,
nawet Austriak, który w przeszłości wygrywał zawody w zjeździe, ale ani razu nie
zakwalifikował się do finału, plasując się na ostatnich miejscach.
W zeszłym sezonie zajęła Pani szóste miejsce w mistrzostwach świata i
trzynaste w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Dodało to wiatru w żagle?
– I to potężnego. Nie zapominajmy też o 16. pozycji na igrzyskach w Vancouver. W
minionym sezonie startowałam z kontuzją pleców, przez którą nie byłam w stanie
optymalnie się przygotować. Osiągnęłam mimo to bardzo dobre wyniki i cóż,
wierzę, że w przyszłości będzie jeszcze lepiej. Moim celem jest olimpiada w
Soczi w 2014 roku i medal. Do odważnych świat należy, nie mam kompleksów, zrobię
wszystko, by spełnić swe marzenia.
Dziękuję za rozmowę.
