Musimy uratować „Solidarność”

Działo się to 30 lat temu, 13 grudnia 1981 roku, kiedy to nad Polską
zawisł miecz stanu wojennego. Polacy byli przerażeni, zalęknieni i oburzeni.
Podobne emocje odczuwano tysiące mil od Polski, w Waszyngtonie. Z Polakami
solidaryzował się ich przyjaciel, prezydent USA Ronald Reagan.
Kiedy do Białego Domu dotarły wiadomości o tym, co zrobili komuniści, prezydent
Reagan bardzo to przeżył. Chciał pomóc Polakom w każdy możliwy sposób. –
Prezydent był siny ze złości – opowiadał dr Richard Pipes, doradca Reagana
mający polskie korzenie. – Trzeba coś zrobić – powiedział. – Musimy uderzyć ich
mocno i uratować "Solidarność" – dodał. Prezydent był zdeterminowany i gotowy do
działania.

Telefon do Ojca Świętego
Ronald Reagan zaangażował się na rzecz ocalenia i podtrzymania "Solidarności",
która była według niego klinem mogącym rozsadzić blok sowiecki, była pierwszym
pęknięciem w tzw. żelaznej kurtynie. Prezydent Stanów Zjednoczonych uważał, że
związki zawodowe mają potencjał do zburzenia tego domku z kart. W swoim
pamiętniku napisał: "To może być ostatnia w naszym życiu szansa na zmianę
polityki kolonizacyjnej imperium sowieckiego w Europie Wschodniej". Według
Reagana, stan wojenny, pomimo swej ohydy, otwierał nowe możliwości działania
przeciwko komunistom.
Prezydent pamiętał o tym, co wydarzyło się na Węgrzech w październiku 1956 roku,
kiedy to Armia Czerwona zdusiła wołanie węgierskiego narodu o wolność. Węgry
miały nie zobaczyć światła wolności przez kolejne trzy dekady. W 1956 roku
Reagan nie był jeszcze politykiem, ale hollywoodzkim aktorem. Już wtedy jednak
ogromnie zasmucił go brak pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych dla węgierskiego
narodu. W 1981 roku Reagan, już jako prezydent, chciał w podobnej sytuacji
zapewnić pomoc Polakom.
Pragnąc działać jak najbardziej efektywnie, rozważał wiele wariantów. Podam
tutaj kilka interesujących faktów oddających stopień jego zaangażowania.
Jedną z pierwszych reakcji prezydenta USA było wykonanie telefonu do człowieka,
którego głęboko szanował: do Jana Pawła II. 14 grudnia powiedział Ojcu Świętemu:
"Nasz kraj był bardzo poruszony, kiedy Wasza Świątobliwość odwiedził Polskę i
kiedy mogliśmy zobaczyć wiarę Polaków w Boga i ich przywiązanie do religii. Było
to dla nas inspiracją… Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni".
W tym czasie Reagan nie znał jeszcze Jana Pawła II osobiście. Sprawował urząd
prezydenta dopiero od 11 miesięcy. Zarówno na życie Papieża, jak i na życie
prezydenta USA dokonano już zamachów. Obaj zostali ranni. Reagan powie później,
że nie mógł się doczekać, kiedy w końcu pozna Papieża. Wprowadzenie stanu
wojennego było okolicznością wymagającą podjęcia natychmiastowych działań.
Reagan chciał spotkać się z Janem Pawłem II, aby opracować plan wspólnych
działań.
W tym celu prezydent USA napisał do Ojca Świętego dwa listy. Pierwszy nosi datę
17 grudnia 1981 roku, drugi został napisany 29 grudnia. Treść obu listów została
ujawniona dopiero w lipcu 2000 roku. W liście z 17 grudnia Reagan zwrócił się do
Papieża z prośbą, aby skłonił on generała Wojciecha Jaruzelskiego do spotkania z
Lechem Wałęsą i ks. abp. Józefem Glempem. W drugim wyjaśnił, jakie środki
zamierzała przedsięwziąć wobec ZSRS administracja Białego Domu. Reagan prosił
Papieża także o to, aby swoim autorytetem wpłynął na polski Kościół i skłonił go
do podjęcia działań na rzecz zniesienia stanu wojennego, uwolnienia
internowanych oraz powrotu do dialogu z "Solidarnością". Zwracał się także z
prośbą o wywarcie nacisku na kraje Zachodu, aby przyłączyły się one do działań
prowadzonych przez Stany Zjednoczone. "Jeżeli mamy podtrzymać nadzieję na
wolność w Polsce – stwierdził Reagan – trzeba iść w tym właśnie kierunku".

Spasowski w Białym Domu
Sytuacja była napięta i niebezpieczna. Amerykański Departament Stanu, według
słów Richarda Pipesa, zapewnił Ronalda Reagana o tym, iż Związek Sowiecki nie
miał nic wspólnego z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Było to naiwne
założenie, które Reagan szybko musiał uznać za niedorzeczne. Pipes powiedział,
że spotkania poświęcone bezpieczeństwu narodowemu, jakie odbyły się 19, 21, 22 i
23 grudnia w Białym Domu, miały duży ładunek emocjonalny – "w dużej mierze za
sprawą rosnącej wściekłości Reagana na komunistów". Prezydent był tak wzburzony,
że zaczął nawet kląć – czego zazwyczaj nie robił.
Szczególnie ciekawe i poruszające spotkanie odbyło się 23 grudnia 1981 roku.
Tego dnia w Białym Domu doszło do prywatnego spotkania z polskim ambasadorem
Romualdem Spasowskim i jego żoną. Oboje uciekli właśnie do Stanów Zjednoczonych.
Michael Deaver, bliski współpracownik Reagana, był świadkiem tego wydarzenia. Po
latach napisze: "Ambasador i jego żona zostali wprowadzeni do Gabinetu Owalnego.
Mężczyźni zasiedli naprzeciwko siebie w skórzanych fotelach wyściełanych
pluszem. Wiceprezydent Bush i żona ambasadora usiedli twarzą do nich na kanapie.
Ambasador trzymał w ręku kieszonkowy notatnik w linię na drucianych kółkach,
który w sposób oczywisty musiał zawierać notatki, którymi ów człowiek chciał się
podzielić z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jego żona, szczupła, delikatnie
wyglądająca kobieta, przez cały czas trzymała głowę w dłoniach. George Bush
objął ją ramieniem, żeby ją pocieszyć".
Ambasador powiedział: "Nie mogę uwierzyć, że siedzę właśnie w biurze prezydenta
Stanów Zjednoczonych. Wolałbym, żeby powodem tego były inne okoliczności".
Błagał prezydenta o to, aby ten nigdy nie pozwolił na przerwanie działalności
Radia Wolna Europa. "Nie ma Pan pojęcia, co w czasie trwania drugiej wojny
światowej oznaczało dla nas usłyszeć dźwięk Big Bena. Proszę, niech Pan nigdy
nie zapomina, że miliony ludzi nadal słuchają tego kanału za żelazną kurtyną".
Po chwili niemal naiwnie zapytał: "Czy mógłbym poprosić Pana o przysługę, Panie
Prezydencie? Czy nie zechciałby Pan zapalić dzisiaj wieczorem w oknie świecy z
myślą o ludziach w Polsce?". Po tych słowach Reagan wszedł na drugie piętro,
zapalił świecę i postawił ją w oknie jadalni. Następnie – ciągle wspominam ten
przejaw człowieczeństwa w sprawowaniu przez Reagana urzędu prezydenta –
odprowadził on swoich gości, idąc z nimi przez korytarz, a później na zewnątrz,
wychodząc na okrągły podjazd Białego Domu – South Lawn. Pomimo ulewnego deszczu
odprowadził ich do samochodu, minął budynek biura Służb Specjalnych – C-9,
trzymając parasol nad głową polskiego ambasadora, podczas gdy jego żona płakała
na jego ramieniu. Ta świeca może przywodzić na myśl tę zapaloną przez młodego
Karola Wojtyłę po odprawieniu przez niego Mszy Świętej. Zarówno wtedy, jak i
dziś płonęły one jasnym płomieniem w intencji nawrócenia Rosji.

Orędzie prezydenta
Reagan zrobił jednak coś jeszcze. Tamtego wieczoru, zaledwie dwa dni przed
świętami Bożego Narodzenia, prezydent wygłosił w publicznej telewizji
przemówienie, które obejrzały dziesiątki milionów Amerykanów. Osadził on
wydarzenia w Polsce w kontekście świąt. Zwrócił się do swoich rodaków tymi
słowami: "Od tysiąca lat w Polsce, kraju ludzi głębokiej wiary, świętowano Boże
Narodzenie. Te święta nie przyniosą jednak radości dzielnym ludziom w Polsce.
Zostali oni zdradzeni przez własny rząd". Prezydent USA uczynił niezwykły gest.
Poprosił Amerykanów, aby w te święta zapalili świecę w geście życzenia wolności
dla Polski. Był to bardzo wyraźny gest, który zaangażował wszystkich Amerykanów
po stronie walki o wolność w Polsce i przeciwko komunistom.
Prasa komunistyczna nie była jednak tak sentymentalna. Rozwścieczyło ją użycie
religijnej symboliki. Najmniejsze odwołanie się przez Amerykanów do Boga było
natychmiast odnotowywane przez Sowietów. "Jakże słodkie mowy wygłaszają obecnie
członkowie amerykańskiej administracji, odnosząc się do Boga i jego sług na
ziemi!" – ironizował moskiewski korespondent gazety "Nowoje Wriemia". "Jakąż
intensywność werbalną manifestują oni, chcąc się przypodobać Kościołowi
katolickiemu w Polsce. Czy za tym stoi prawdziwa pobożność?".
Następnego dnia, była to już Wigilia świąt Bożego Narodzenia, sowiecki
propagandzista Valentin Zorin rzucił się przed kamery telewizyjne, żeby
udowadniać, że Reagan podarował Amerykanom na gwiazdkę "raczej wątpliwy
prezent". Według Zorina, prezydent wygłosił przemówienie, w którym "rażąco
przeinaczył" wydarzenia w Polsce i rolę, jaką odegrali w nich Sowieci.
Zorin zachował się w sposób umiarkowany, jeśli porównać jego wypowiedź z
artykułem zamieszczonym w dzienniku "Żołnierz Wolności". Na łamach tej gazety
można było przeczytać, iż świąteczne orędzie Reagana nie może być traktowane
inaczej niż jako "krzykliwa ingerencja w wewnętrzne sprawy niezależnej i
suwerennej Polski" – była to standardowa linia, jaką przyjęły tytuły prasowe od
Moskwy po Pragę.
W artykule pod tytułem "Krzykliwa ingerencja w nasze sprawy" dziennik "Żołnierz
Wolności" odnajdywał hipokryzję w symbolu bożonarodzeniowej świecy, szczególną
złośliwość kierując pod adresem ambasadora Spasowskiego. Moskiewska agencja
informacyjna TASS z radością przyjęła taki punkt widzenia. Puściła w obieg
artykuł z tego dziennika, wyposażając go w dodatkową podburzającą nastroje
agitkę. Poniżej cytujemy fragment komunikatu agencji TASS: "Mówiąc o brudnej
roli zdrajcy Spasowskiego, który ma swój udział w ukształtowaniu obecnego
stanowiska Stanów Zjednoczonych względem Polski, warto zacytować jego bezmyślne,
oszczercze wielomówstwo przed amerykańskimi kamerami telewizyjnymi, słowotok,
który jest objawem moralnej degradacji tego człowieka. Zdrajca prosi prezydenta
o zapalenie w Wigilię świecy w oknie Białego Domu… Bez wątpienia – pisze dalej
"Żołnierz Wolności" – w oknie Białego Domu powinna palić się świeca, ale nie
tylko podczas świąt Bożego Narodzenia, lecz codziennie – w geście pamięci o tych
setkach tysięcy ofiar militarnej interwencji Stanów Zjednoczonych, bombardowań w
Korei, Wietnamie, Kambodży i Laosie… W hołdzie dziesiątkom tysięcy ofiar
różnych form ingerencji Stanów Zjednoczonych w Salwadorze i Nikaragui, a także w
hołdzie palestyńskim kobietom i dzieciom zabitym z amerykańskiej broni używanej
przez Izrael". Słowa te ociekały jadem propagandy komunistycznej skierowanej
przeciw Spasowskiemu. Jak zwykle komuniści prawo do nienawiści przyznawali
jedynie sobie. I przodowali w tej nienawiści. Byli w niej bardzo dobrzy.

List do Breżniewa
W końcu, tego samego obfitującego w wydarzenia dnia, 23 grudnia, prezydent
Reagan podjął decyzję o skierowaniu do Sowietów – według jego słów – "mocnego
komunikatu". Od czasu porannego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego
zmagał się z projektem listu do Leonida Breżniewa. Ukończył go wieczorem. Wysłał
go "gorącą linią" – połączeniem między Waszyngtonem a Moskwą znanym w Białym
Domu jako "Molink". Istnienie tego połączenia zostało ujawnione dopiero w
październiku 1999 roku.
List potępiał rolę Sowietów w prześladowaniach Polaków. Reagan rozpoczął od
wymienienia naruszenia "podstawowych praw" polskich obywateli, jakie miały
miejsce. Były to: uwięzienie intelektualistów i liderów związków zawodowych,
przetrzymywanie ich w przepełnionych celach i w "lodowatych obozach
internowania", "masowe aresztowania bez przestrzegania jakichkolwiek zasad
prawa" oraz ogólnie "brutalne ataki", jakich dopuszczały się siły
bezpieczeństwa. Reagan zaapelował do Breżniewa surowo i otwarcie: "Ostatnie
wydarzenia w Polsce nie są oczywiście jej "wewnętrznymi sprawami" i kierując ten
list na Pana ręce – jako że to Pan jest głową rządu sowieckiego – nie wysyłam
mojego komunikatu pod zły adres. Pański kraj wielokrotnie ingerował w wewnętrzne
sprawy Polski w czasie miesięcy, które poprzedzały tragiczne wydarzenia.
Nie ma bardziej jaskrawego dowodu na to niż list z 5 lipca 1981 roku, jaki
Komitet Centralny Komunistycznej Partii ZSRS skierował do polskich dowódców, w
którym ostrzegają oni członków polskiego rządu, że Związek Sowiecki nie będzie
tolerował przemian, jakie zachodzą w ich kraju.
Było wiele innych komunikatów podobnej treści, które wywierały presję na polski
rząd i przedstawiały ruchy reformatorskie jako zagrożenie "żywotnych interesów"
wszystkich krajów socjalistycznych. Te komunikaty połączone były ze stałym
ostrzałem medialnej propagandy, jak również z prowadzeniem ćwiczeń militarnych
wzdłuż polskiej granicy. Tym działaniom towarzyszyły groźby podjęcia
interwencji, jeśli polski rząd nie ograniczy w sposób zdecydowany praw i
wolności, jakie gwarantował swoim obywatelom. Nasze kraje mają za sobą czasy
zgodnej współpracy i chwile niezgody. Trzeba jednak powiedzieć, że od czasu
interwencji w Afganistanie nic tak nie wstrząsnęło opinią publiczną jak presja i
groźby, jakie Pański rząd zastosował wobec Polski, żeby stłumić jej dążenie do
wolności. Próby zduszenia polskiego narodu – zarówno poprzez polskie wojsko bądź
policję działające pod wpływem presji wywołanej przez Sowietów, jak i poprzez
działanie w sposób bardziej otwarty – to znaczy użycie sowieckich wojsk – z
pewnością nie przyniosą Polsce długoterminowej stabilizacji i mogą wyzwolić
proces, którego ani wy, ani my nie będziemy w stanie kontrolować… Konsekwencje
obrania każdego z tych kursów dla stosunków pomiędzy naszymi krajami powinny być
jasne".
Podkreślając, że nie kieruje swojego komunikatu na zły adres, Reagan
komunikował, iż jego zdaniem za wydarzenia w Polsce odpowiedzialność ponosi rząd
sowiecki. Szczególna groza ujawnia się w tonie listu – kiedy Reagan mówi o
"procesie, którego żadna ze stron nie będzie w stanie kontrolować".
Przy użyciu tego samego kanału komunikacji prezydent USA pouczył Breżniewa, że
interwencja ta była wyraźnym naruszeniem umów międzynarodowych podpisanych przez
ZSRS. Reagan zacytował treść Aktu Końcowego z Helsinek, "który Pan, Panie
Przewodniczący, osobiście podpisał w imieniu Pańskiego kraju w 1975 roku". W
przedostatnim paragrafie trzystronicowego listu Reagan powtórzył oskarżenie,
podkreślając "poważną odpowiedzialność Związku Sowieckiego za obecną sytuację
Polski".
Nie trzeba mówić, że towarzysz Breżniew nie był szczęśliwy z powodu otrzymania
listu. Reagan się tym nie przejmował. Wiedział, co zrobili Sowieci. Po raz
kolejny siali w Polsce zło.
Ronald Reagan przez resztę swojej prezydentury robił wszystko, co tylko możliwe,
żeby wesprzeć "Solidarność" i pomóc Polakom w ich dążeniu do wolności. Nie
poniósł porażki. Polska wygrała.
Trzydzieści lat temu, 13 grudnia 1981 roku, komuniści próbowali okryć Polskę
ciemnością. Tymczasem w oknie Białego Domu zapłonęła świeca. Ronald Reagan i
Naród Polski podtrzymali płomyk nadziei.

 

tłum. Agnieszka Żurek

Prof. Paul Kengor politolog Grove City College, Pensylwania

 


Paul Kengor jest autorem książek "Bóg i Ronald Reagan", "Krzyżowiec: Ronald
Reagan i upadek komunizmu", które zostały przetłumaczone na język polski.
Ostatnio wydał książkę "Dupes: Jak wrogowie Ameryki zmanipulowali zwolenników
postępu na przestrzeni stu lat".

drukuj