Samorząd pod ścianą
Reforma samorządowa – jedna z wielkich reform "charyzmatycznego" premiera
Jerzego Buzka – miała sprowadzić administrację na dół, tzn. przybliżyć ją do
obywatela. Oprócz istniejącego od 1990 r. samorządu gminnego w 1998 r. powołano
kolejne jego szczeble: wojewódzki i powiatowy.
Przed II wojną światową i tuż po niej powiaty nie funkcjonowały jako formy
administracji samorządowej, ale były instytucjami rządowymi. Zatem po
wspomnianej reformie nie wiadomo było, czy poradzą sobie z nałożonymi nań
zadaniami. Czy zdołają zrealizować swoje obowiązki we współpracy ze zwaśnionymi
często gminnymi samorządami? Czy podołają wyzwaniom finansowym w sytuacji
pozyskiwania funduszy wyłącznie z dotacji i subwencji rządowych?
Kompetencyjny zamęt
System organizacji samorządu w Polsce jest skomplikowany. Wielu Polaków jest
przekonanych, że wyższy szczebel samorządu sprawuje kontrolę nad niższym,
dlatego np. ze skargą na wójta chodzą do starosty, mimo że ten pierwszy jest
wybierany bezpośrednio przez ogół mieszkańców, zaś starostę wybiera rada
powiatu, tak więc jest on słabiej umocowany prawnie niż wójt czy burmistrz.
Podobny zamęt przekłada się na infrastrukturę drogową. Przebiegające przez
miasto drogi mogą należeć do kilku właścicieli. Mieszkaniec, zanim znajdzie
podmiot odpowiedzialny np. za załatanie dziur w jezdni, może stracić sporo
czasu, zwłaszcza że nasza rodzima administracja z zasady stosuje "spychologię",
czyli spycha odpowiedzialność na innych. Obywatel słyszy często: "To problem
wójta lub prezydenta!", "To powiat jest winny!", "To droga marszałka lub
spółdzielni mieszkaniowej!". Tak więc władza zamiast przybliżyć się do
obywatela, oddala się od niego, wprowadzając zamęt.
Dać jednym, zabrać drugim
Przejście szkół pod nadzór samorządowy otworzyło nowy etap w ich rozwoju. Starą
i zużytą infrastrukturę stopniowo zaczęto zastępować nową. Samorządy budowały
szkoły, modernizowały już istniejące, powstawały hale sportowe i boiska. Środki
na utrzymanie szkół i nauczycielskie pensje pochodzą jednak z budżetu państwa i
trafiają do samorządów za pośrednictwem Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Niestety, od lat są niewystarczające i muszą być zasilane środkami pochodzącymi
z budżetów samorządów. Aby dołożyć do oświaty, trzeba komuś zabrać. Najczęściej
odbywa się to kosztem inwestycji w infrastrukturę.
Prywatyzować, ale czy służbę zdrowia?
Prawdziwą zmorą zarówno samorządów powiatowych, jak i wojewódzkich jest
lecznictwo zamknięte, czyli szpitale. Od kilku lat maleje poziom kontraktowania
świadczeń medycznych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Szpitale, zwłaszcza na tzw.
ścianie wschodniej, borykają się z uzyskaniem zapłaty za tzw. nadwykonania, gdyż
mimo wyczerpania limitów zakontraktowanych przez NFZ dalej leczą chorych. Trudno
bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której szpitale odsyłałyby pacjenta, nie
udzielając mu pomocy medycznej z powodu wyczerpania się środków na leczenie.
Sytuacja, w której NFZ w jednych województwach płaci za nadwykonania, a w innych
nie, dzieląc Polaków na lepszych i gorszych, jest kuriozalna. Problem
niedofinansowania służby zdrowia dotyczy zwłaszcza Polski Wschodniej.
Jako panaceum na uzdrowienie chorej służby zdrowia wielokrotnie pojawiały się
propozycje przekształcania szpitali w spółki prawa handlowego. Ponieważ – jak
wiemy – działają one w celu osiągnięcia zysku, stąd projektowanym zmianom
towarzyszy obawa, że wspomniany cel może w pewnym momencie przesłonić dobro
pacjenta.
Ciekawa jest poza tym sytuacja prawna szpitali, które już przekształciły się w
spółki, m.in. w Tarnowskich Górach, Pszczynie czy Blachowni. Samorządy
powiatowe, chcąc oddłużyć szpitale i poprawić ich zarządzanie, oddały w
dzierżawę majątki szpitali prywatnym spółkom. Sytuację tę oprotestowały głównie
związki zawodowe, a sądy orzekły, że wprawdzie przepisy zezwalają jednostkom
samorządu terytorialnego na tworzenie spółek kapitałowych, to jednak okoliczność
ta nie świadczy o możliwości wyzbycia się i przekazania tym spółkom zadań
publicznych z zakresu ochrony zdrowia. Innymi słowy, wolno prywatyzować, ale nie
służbę zdrowia. Jak wobec tego Ministerstwo Zdrowia pod kierownictwem Ewy Kopacz
mogło wzywać samorządy do przekształcania szpitali w spółki, a nawet stosowało
finansową zachętę, by tak się stało? Niestety, nasz kraj znów przypomina
"grajdołek", w którym prawo tworzy ten, kto rano pierwszy wstanie i komu się
przyśni coś bardziej oryginalnego. Ale nawet gdyby powstało prawo umożliwiające
tworzenie spółek w ochronie zdrowia, to wprowadzenie zasad zdrowej konkurencji w
sytuacji istnienia jednego płatnika monopolisty, jakim jest NFZ, i braku rynku
ubezpieczeń zdrowotnych zamieni całe przedsięwzięcie w farsę.
Komu potrzebny asystent?
Do już istniejących w Polsce poważnych problemów z zakresu pomocy społecznej
przybędą samorządom nowe. Przyniesie je uchwalona niedawno przez Sejm ustawa o
wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Nakłada ona na samorządy nowe
obowiązki bez zabezpieczenia środków finansowych na ten cel, co staje się już
obowiązującą w Polsce tradycją w relacjach rząd – samorząd. Samorządowcy
obliczyli, że w wyniku wprowadzenia nowego prawa będą musieli zatrudnić armię
urzędników liczącą ok. 60 tys. osób. W gminach trzeba będzie powołać tzw.
asystentów rodzin (już nie tylko posłowie, ale i rodziny będą mieć swoich
asystentów), zaś w powiatach utworzone zostaną stanowiska dla koordynatorów
pieczy zastępczej. W dobie kryzysu finansowego i wzrastającego bezrobocia rząd
podnosi podatki i mnoży stanowiska urzędnicze, przerzucając w tym drugim
przypadku realizację tego "zaszczytnego" obowiązku na samorządy.
"Rozjechane" drogi
Budowa dróg w Polsce jest książkowym przykładem stosowania strategii od końca.
Najpierw, korzystając z programów strukturalnych, takich jak Zintegrowany
Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego czy Regionalne Programy Operacyjne,
zbudowaliśmy sporą część dróg gminnych i powiatowych. Teraz zaś zostaną one
"rozjechane" podczas budowy dróg krajowych i autostrad. Przez drogi gminne i
powiatowe bowiem będzie odbywał się transport materiałów na budowę naszych
głównych komunikacyjnych arterii. Ręczę, że nikt nie zastosuje się do
obowiązującego na tych drogach ograniczenia w tonażu ciężkiego sprzętu, a gdy
jakiś samorządowiec zaprotestuje, będzie napiętnowany jako szaleniec występujący
przeciw programowi "Polska w budowie".
Należy podkreślić, iż samorząd terytorialny z reguły wykazuje większą dbałość o
infrastrukturę drogową i w miarę posiadanych możliwości chce zabezpieczyć ją
przed zniszczeniami podczas realizacji inwestycji centralnych. Do takiej
sytuacji doszło m.in. w województwie łódzkim, gdzie niektóre samorządy zawarły
umowy z wykonawcą inwestycji budowy autostrady A2 – chińskim konsorcjum COVEC.
Jak wiemy, na skutek zaniedbań polskiego rządu i osobistych zaniedbań
charyzmatycznego ministra Cezarego Grabarczyka biedne samorządy pozostały z
umowami w ręku i zrujnowanymi drogami, które będą zmuszone odbudować same, w
mglistej przyszłości.
Administracja poszła "w dół"
Już tylko w świetle powyższych przykładów widać, że samorząd w Polsce stacza się
po równi pochyłej. Kiedyś hucznie odtrąbiliśmy jego powstanie, świętowaliśmy
kolejne rocznice jego reaktywowania, a teraz pomalutku i po cichutku rząd
dokonuje jego demontażu.
Zachęcając Polaków do poparcia naszej akcesji do Unii Europejskiej, rząd
roztaczał świetlane wizje spadającego na nas deszczu euro. Dziś ogranicza
poważnie możliwości kredytowe samorządów, a przecież wiadomo, że tylko nieliczne
z nich dysponują środkami na inwestycje niepochodzącymi z kredytów. Ale wiadomo,
jest kryzys, trzeba zaciskać pasa. W przypadku samorządów jednak pas zacisnął
się już na dobre i złowrogo przesuwa się w okolice gardła. W tej sytuacji główny
cel reaktywowania samorządu w postaci sprowadzenia administracji "w dół" brzmi
jak groźba.
Mirosław Król radny,
starosta powiatu świdnickiego
