Gdy szczyt rad radzi…
Ach, jakże trudno napisać w przeddzień unijnego szczytu felieton, który w
druku ukaże się pod koniec jego obrad – zwłaszcza gdy jego uczestnicy rada w
radę prawdopodobnie uradzą jakieś fundamentalne zmiany, które – tym razem już na
pewno – zagwarantują strefie euro odporność na kryzysy. Pewną wskazówką tego, co
być może, jest okoliczność, że jeszcze przed rozpoczęciem szczytu zostały
naszkicowane warunki brzegowe; zarówno program maksimum, jak i program minimum.
Minimum to uzgodnienia poczynione przez Naszą Złotą Panią Anielę z jej
francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym – że kraje żyjące ponad ustalony
przez starszych i mądrzejszych stan będą karane z całą surowością
sprawiedliwości ludowej, a poza tym że ich budżety będą mogły być wetowane przez
Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.
A tu akurat rząd premiera Tuska ogłosił projekt budżetu na przyszły rok.
Wprawdzie nie milkną zachwyty nad "realizmem" tego projektu, ale puśćmy na
chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że luksemburski Trybunał nabrał
wątpliwości, czy wszystkie wyliczenia dokonane przez podejrzewanego o kreatywną
księgowość pana ministra Rostowskiego są aby na pewno rzetelne, i projekt
zawetował. Co wtedy? Wtedy minister Rostowski musiałby chyba przygotować nowy
projekt, uwzględniający wytyczne Trybunału – bo w przeciwnym razie ten znowu by
projekt uchylił i w ten sposób nawet doprowadził do obalenia tak demokratycznie
wybranego rządu. Wygląda na to, że nawet w tym łagodniejszym wariancie
demokracja będzie musiała ustąpić przed plutokracją. A przecież nie jest
powiedziane, że unijny szczyt przyjmie akurat ten wariant. Warianty są co
najmniej dwa, podobnie jak koncepcje u byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego
kraju Lecha Wałęsy, który zawsze jest za, a nawet przeciw, co oczywiście ma
swoje plusy dodatnie i ujemne. Program maksimum zaprezentowany został w Berlinie
przez ministra Sikorskiego, według którego w zamian za wzięcie przez Naszą Złotą
Panią Anielę kryzysowego krzyża na swe ramiona wdzięczna Europa w podskokach
zgodzi się na federalizację Unii Europejskiej, to znaczy na formalne
przekształcenie państw członkowskich w landy. Jeśli Nasza Złota Pani da się
ubłagać i nas sfederalizuje, to kto jej wtedy zabroni potrącić sobie koszty
walki z kryzysem poprzez kontrybucję nałożoną na wszystkich federastów? W końcu
nie tyle przecież chodzi o ustrój, ile o odpowiedź na pytanie, skąd wziąć
szmalec.
Przeciwko ofercie ministra Sikorskiego zamierza 13 grudnia ostro zaprotestować
Prawo i Sprawiedliwość, organizując Marsz Niepodległości i Solidarności, bo –
jak powiedział prezes Jarosław Kaczyński – "grozi nam" utrata niepodległości. To
i tak dobrze, że ten paroksyzm dopiero nam "grozi", bo niektórzy twierdzą, że
ten proces został uruchomiony 1 grudnia 2009 roku, kiedy to na skutek
ratyfikacji traktatu lizbońskiego wszedł on w życie. Jak wiemy, właśnie tego
dnia została proklamowana Unia Europejska jako nowy podmiot prawa
międzynarodowego – europejskie imperium z dotychczasowymi państwami jako jego
częściami składowymi. Czy części składowe jakiegokolwiek państwa mogą być
niepodległe? Historia świata nie zna takiego przykładu, ale skoro prezes
Kaczyński powiada, że utrata niepodległości dopiero nam "grozi", to pewnie wie
coś, czego my jeszcze nie wiemy. Zresztą – nawet gdyby okazało się, że to jednak
on się myli, to pomysł zastąpienia utraconej niepodległości stosownymi marszami
w jej sprawie też nie jest do pogardzenia. Jak to mówią – dobra psu i mucha i
tyle naszego, co się namaszerujemy. Bo chyba nikt się nie spodziewa, że
maszerowaniem i pokrzykiwaniami cokolwiek zwojujemy? Tadeusz Kościuszko w
podobnym położeniu chwycił nawet za broń, ale w dzisiejszych czasach takie
rzeczy są absolutnie zabronione. A poza tym skąd wziąć broń, skoro na straży
arsenałów stoją zdrada i zaprzaństwo?
Stanisław Michalkiewicz
