Nowy rząd i stary kryzys

Mamy nowy rząd. A co z kryzysem? W latach 2008-2009 wtargnął podobno
do naszego państwa kryzys gospodarczy – znakomita okazja dla bogatych krętaczy
do bogacenia się, a przyczyna ubożenia biednych. Ówczesny rząd dreptał w
miejscu, zapewniał, że kryzys nie jest groźny, nie wiedział, jak się z nim
uporać. A najczęściej obwiniał za niego poprzedni gabinet, że – jak głosiła
oficjalnie propaganda – nic nie zrobił, aby do niego nie dopuścić, chociaż nikt
ani w Polsce, ani w USA i Unii Europejskiej wcześniej go nie przewidywał.

Tę istną ekwilibrystykę propagandową nadal uprawia rząd Donalda Tuska; premier w
nowym rządzie pozamieniał jedynie miejsca i dodał do niego kilku swych
adherentów skompromitowanych w oczach zdrowej części opinii publicznej.
Tymczasem z Zachodu napływa nowa fala gospodarczych niedomagań. I znów wychodzi
na jaw wstydliwa niewiedza naszych wybrańców. Czy któryś odwoływał się do
najbliższego doświadczenia historycznego naszych ojców, dziadów i pradziadów z
II Rzeczypospolitej, którzy w latach 1929-1933 też przeżyli kryzys, ale z
powodzeniem go zwalczyli? Kraj nabrał rozmachu w rozwoju gospodarczym: tylko
sześć lat budowano Gdynię z portem, stworzono Centralny Okręg Przemysłowy z
nowoczesnym miastem Stalowa Wola, znacjonalizowano, a zatem odwrotnie niż
dzisiaj, kilka strategicznych przedsiębiorstw przemysłowych, kolej państwowa
stała się jedną z najlepszych (najpunktualniejsza i najszybsza) w Europie.
Ruszyły też na szeroką skalę zbrojenia. Lecz zabrakło czasu…
Tym brakiem czasu na stworzenie wojska nowocześnie (czytaj: drogo) uzbrojonego
niektórzy historycy, np. Władysław Pobóg-Malinowski czy Norman Davies, tłumaczą
klęskę wrześniową. I tak, wbrew temu, jak nas uczono w szkołach peerelowskich,
wystawiliśmy przeciw Niemcom niepoślednie dużą armię, ale żaden kraj na świecie
nie zdzierżyłby, nawet w sensie psychologicznym, zdrady swych potężnych
sojuszników i drugiej, równoczesnej napaści niezliczonych mas wrogiego
żołnierstwa.
Podczas kryzysu z lat 1929-1933 ograniczono działania partii politycznych,
tworzono rządy fachowców. O, gdyby teraz ktoś na to wpadł! Pomysły może i są,
ale nie ma możliwości, większość posłów do tego nie dopuści, przecież rządzenie
przy pomocy partii politycznych to tak, jakby ustawicznie wygrywało się duże
sumy w grach losowych – czyli bez pracy i wysiłku. Tymczasem głosy z niedalekiej
przeszłości podpowiadają, jak nie dopuścić do biednienia Rzeczypospolitej. Paweł
Jasienica w "Pamiętniku" pisze, że swego czasu słyszał od Eugeniusza
Kwiatkowskiego – inżyniera, geniusza budownictwa i zarazem niepospolitego
historyka (jest autorem wielu esejów o przeszłości), odesłanego w Polsce
Ludowej, jak wiele innych wybitnych osobistości, do lamusa nauki i życia
publicznego – taką oto opowiastkę: "W samych początkach wielkiego kryzysu rada
ministrów doszła do wniosku, iż nie może on zbytnio uderzyć Polski, kraju
rolniczego. Tylko jeden z członków gabinetu głosił co innego, mianowicie
potrzebę wielkich robót publicznych, forsowania koniunktury przez państwo, nie
zmniejszania, lecz powiększania jego wydatków. "Ale ja się nie upieram" – dodał
na zakończenie i nie upierał się przy swoim. Tym jedynym, ustępliwym niestety,
oponentem był Józef Piłsudski, minister spraw wojskowych".
Wszystkie rządy współczesnej Polski czynią akurat odwrotnie: nie forsują
koniunktury, a przeciwnie – ograniczają ją. Toteż nasze państwo jest na granicy
bankructwa i wyciąga pieniądze od obywateli, którzy w swej masie stają się coraz
mniej zasobni. To, że w porównaniu z krajami wysokorozwiniętymi kryzys jest u
nas nieco łagodniejszy, jest zasługą, powiedziałbym, historii. Przynajmniej tym
wynagradza nam nieszczęścia, jakie zsyłała od 1939 roku. Im w cywilizacji
zachodniej kraj biedniejszy, tym wstrząsy światowej gospodarki są mniej
dotkliwe. Tu także los sprzyja obecnemu premierowi – dalej nie musi (oprócz
formułowania górnolotnych obietnic) nic czynić, żebyśmy byli względnie mniej
udręczeni kłopotami gospodarczymi i społecznymi niż, powiedzmy, Grecy, Włosi czy
nawet – relatywnie – Amerykanie.
A jednak mamy, owszem, ciężki kryzys państwa. Paraliżowane jest rozrastającą się
wciąż biurokracją. Czujemy się niczym w świecie Orwella cały czas obserwowani
przez urzędników państwowych, którzy jak w Rosji carskiej stają się samoistną
kastą uprzywilejowaną. I nie daj Boże coś uczynić wbrew przepisom – od razu kary
i sądy. A sądy, opanowane w znacznej części przez dawnych klientów PZPR i ich
następców, ferują wyroki oczekiwane przez rząd biurokratyczny.
Nie jesteśmy wolni we własnym zewnętrznie wolnym (na razie?) kraju. I to jest
kryzys, stary kryzys naszego nowego państwa.
Niedawno na promocji mojej książki "Biesy sarmackie" ktoś w dyskusji zapytał, co
ważniejsze: silne państwo czy wolność obywateli? Dylemat, zaiste, akademicki.
Przecież ani nasze państwo nie jest silne, słychać nawet hiobowe wieści, że
prawie nie mamy armii, ani my nie jesteśmy wobec niego, w nim, wolni. A poza tym
jedna rzeczywistość nie wyklucza drugiej, przeciwnie, obie z siebie wynikają.
Musimy mieć maksymalną wolność obywatelską i jak najsilniejsze państwo –
politycznie, gospodarczo, naukowo, społecznie, militarnie. I to, że go nie mamy,
jest, powtarzam, największym kryzysem III Rzeczypospolitej. Nowo-stary rząd nie
dopuszcza myśli o słabości państwa i braku wolności obywateli, więc tego kryzysu
nie zażegna.
Co zatem musi się wydarzyć, zanim wybierzemy, jeśli wybierzemy, nowy rząd –
naprawdę mądry, altruistyczny, znający dzieje i umiejący pokornie wyciągać z
nich wnioski? Rząd na miarę naszej wielkiej tradycji republikańskiej, naszych
aspiracji cywilizacyjnych!

Jacek Wegner publicysta, pisarz
 

drukuj