Złoty wiek Państwa Środka

Wizyta szefa Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego Klausa Reglinga
w Pekinie pod koniec października br., w czasie której prosił on chińskich
liderów o pomoc w ratowaniu strefy euro, okazała się dla europejskiej opinii
publicznej szokiem.

W zdecydowanej większości relacji medialnych i komentarzy zadawano sobie
pytanie, czy oklepane powiedzenie Napoleona o Chinach jako śpiącym olbrzymie,
który gdy zbudzi się ze snu, zadziwi świat, przestaje być już ciekawostką i
efektowną figurą retoryczną, odnoszącą się do mglistej przyszłości, i czy
przypadkiem nie urzeczywistnia się już ono na naszych oczach.
Do takiej konkluzji mogły skłonić liczne po 2008 r. "pielgrzymki" Europejczyków
do Północnej Stolicy z prośbami o pożyczki, wzorem dawnych czasów, gdy w Pekinie
na Smoczym Tronie zasiadał uważany w Państwie Środka za Syna Niebios chiński
cesarz. Zapoczątkowali je ministrowie finansów zadłużających się krajów
peryferii euro, a pod koniec października, gdy okazało się, że Europa może sobie
sama nie poradzić z kryzysem, zjawił się wreszcie sam szef Europejskiego
Funduszu Stabilizacyjnego. Zabrakło rytualnych pokłonów kou-tou (już nie te
czasy!), ale kontekst i wymowa tych spotkań jeszcze dziesięć lat temu wydawały
się absolutnie nierealne.
Co sprawiło, że Chiny, kraj wciąż dużo biedniejszy od państw europejskich, stały
się nagle w obliczu kryzysu ratunkiem dla zadłużonej Europy?

Sukces chińskiej transformacji
Zdecydował o tym sukces chińskiej transformacji ostatnich trzydziestu lat.
Złożyły się na niego na przestrzeni ostatnich 30 lat pracowitość i
przedsiębiorczość Chińczyków oraz autorytarny system polityczny, który oprócz
swoich oczywistych dysfunkcji i barier rozwojowych był w stanie wprowadzić w
życie wizję rozpisaną na dekady. Byłoby to niemożliwie w państwie
demokratycznym, gdzie politycy muszą podobać się wyborcom i działają w znacznie
krótszej perspektywie czasowej.
Wedle wizji Deng Xiaopinga z końca lat 70., Chiny miały w pierwszym etapie stać
się fabryką świata i wytwórcą taniego towaru. Obecnie – zwłaszcza w prowincjach
wschodnich – odchodzi się już od modelu taniej produkcji, która ucieka do innych
krajów (m.in. do Bangladeszu, Sri Lanki, Wietnamu). Robotnicy w południowej
prowincji Guangdong zarabiają już, w przeliczeniu na naszą walutę, 1000-1500 PLN
na rękę i mają coraz wyższą świadomość swoich potrzeb socjalnych.
Spadkiem po fabryce świata są jednak olbrzymie rezerwy walutowe Chin, które
wzięły się z nadwyżki eksportowej. Była ona wynikiem także świadomej polityki
zaniżania kursu własnej waluty, tak by produkowane w Chinach towary (w
większości przez kapitał zagraniczny!) były konkurencyjne cenowo na rynkach
światowych. Nadwyżki trzeba było gdzieś inwestować. Chiny stały się wierzycielem
Stanów Zjednoczonych poprzez inwestowanie nadwyżek w amerykańskie papiery
wartościowe i walutę.
Obecnie gdy Chiny wzmacniają juana (według zapowiedzi ma być to ok. 5 proc.
rocznie) i same stają się eksporterem kapitału, jego dywersyfikacja – tak by nie
uzależniać się nadmiernie od Ameryki – a także zakup zagranicznych firm,
obligacji i papierów wartościowych innych krajów (właściwie na wszystkich
kontynentach) stały się jednymi z celów strategicznych chińskiej polityki
zagranicznej.
Drugi poza dywersyfikacją element, który może skłaniać Chiny do większego
zaangażowania w Europie, to po prostu czysty biznes. Tanio i dobrze kupić można
zwłaszcza teraz. W przeciwieństwie do obligacji Portugalii czy Grecji, papiery
EFSF mają wysoki rating AAA, czyli byłaby to inwestycja znacznie
bezpieczniejsza.
Ponadto Chiny wzmacniają swój wizerunek jako stabilizatora światowej gospodarki,
który wyciąga z opresji najbardziej potrzebujących.
Pomimo faktu, że Chiny powoli przechodzą na gospodarkę ukierunkowaną na rynek
wewnętrzny, wciąż zależą w dużej mierze od największego obok USA rynku dla
swojej produkcji. Kryzys Europejczyków dotyka także miliony chińskich
robotników, którzy nie mają dla kogo produkować. W 2008 r. z powodu spowolnienia
gospodarczego w Europie i USA w Chinach pracę straciło około 26 mln ludzi, czyli
populacja zbliżona do Rumunii. To zawsze niesie za sobą groźbę destabilizacji w
tym kraju. Gdyby w najbliższej dekadzie potwierdziły się najczarniejsze obawy
ministra Jacka Rostowskiego i w Europie wybuchłaby wojna, Chiny – we własnym
interesie – musiałyby zareagować, gdyż trampolina ich własnego wzrostu zaczęłaby
usuwać się im spod nóg.

Chiny globalnym mocarstwem
Skutkiem ubocznym tych wszystkich wymienionych wyżej działań jest oczywiście
wzmocnienie wpływów politycznych Pekinu, choć ten – zgodnie z oficjalną linią
pokojowego rozwoju – odżegnuje się od tego. W ostatnich latach Państwo Środka
stało się globalnym mocarstwem. Posiada swoje interesy właściwie we wszystkich
zakątkach świata, a decyzje, gdzie trafią kolejne chińskie miliardy, nie
pozostają bez wpływu na losy całych krajów czy regionów (choć w przypadku Europy
brak chińskiego zaangażowania nie jest decydujący, a jedynie znacznie komplikuje
sytuację).
Wizyta Klausa Reglinga i zwrócenie się do Chin o pomoc to bez wątpienia także
kompromitacja polityki praw człowieka i wywierania presji na Chiny w tym
aspekcie. Już wcześniej było to zresztą bardzo wątpliwe, bowiem zadłużających
się i żyjących ponad stan społeczeństw europejskich nie było stać na nic więcej,
jak tylko na akty pluszowego męczeństwa, czyli wysyłanie not i upomnień, przy
jednoczesnym korzystaniu z chińskiej taniej produkcji stwarzającej możliwości
bezstresowego i konsumpcyjnego stylu życia, jaki zapanował na Zachodzie. W
sytuacji gdy prosi się o kolejne pożyczki, jakiekolwiek uwagi o przestrzeganiu
praw człowieka mogą stać się albo śmieszne albo nawet tragiczne. Być może
jedynym krajem, który może sobie pozwolić na pożyczanie pieniędzy i jednoczesne
piętnowanie Chin za nieprzestrzeganie zachodnich standardów, pozostaną USA,
których status supermocarstwa raczej w ciągu najbliższych dekad zostanie
utrzymany.
Mimo tych, wydawałoby się, oczywistych z punktu widzenia Chin korzyści Państwo
Środka nie pali się do zaangażowania w ratowanie Europy. Chińscy przywódcy, np.
premier Wen Jiabao, sugerują, iż Europa sama jest winna sytuacji, w jakiej się
znalazła, i musi sama sobie poradzić. Chiny zajmują pozycję wyczekującą, żądając
konkretnego planu wyjścia z kryzysu, i to bynajmniej nie tylko z obawy przed
nieprzewidywalnością europejskiej polityki (referendum w Grecji na temat
przyjęcia pomocy), ale przede wszystkim ze względu na własne problemy
wewnętrzne. Wbrew lansowanej często w Polsce tezie o Chinach jako drugim ZSRS
lub KRLD istnieje tam opinia publiczna, choćby różne frakcje w partii,
internauci, a także prasa mająca prawo do bezpardonowej czasem krytyki
niektórych posunięć rządu. Tak zresztą skończyła się kompromitacja COVEC-u przy
budowie A2 w Polsce, surowo napiętnowana przez biznesowy tygodnik "Caixing" (po
okładce z chińskim inżynierem z zawiązaną na oczach czarną opaską i niezwykle
krytycznym artykule szef COVEC-u został zdymisjonowany).
Wielu osobom nie podoba się polityka zou chu qi (wychodzenia na zewnątrz) i
fakt, że Chiny swoje nadwyżki inwestują np. w Afryce lub Europie Wschodniej, a
nie w kraju, gdzie istnieje wiele miejsc, do których nie dojeżdża karetka
pogotowia, a dzieci nie mają szans na dobrą edukację. Istnieją także olbrzymie
nierówności między poszczególnymi prowincjami, które ma zmniejszyć olbrzymi
pakiet antykryzysowy (bagatela, 584 mld dolarów przeznaczone głównie na rozwój
biedniejszego interioru), jednakże pomoc bogatej Europie wywołałaby ogromne
rozgoryczenie i mogłaby zdestabilizować sytuację w kraju.
Na arenie międzynarodowej Chiny są znacznie mocniejsze i jak pokazuje sytuacja,
nawet USA nie są w stanie zmusić ich np. do podniesienia kursu własnej waluty.
Jednak zgodnie z doktryną Deng Xiaopinga, architekta chińskiej modernizacji, do
dalszego rozwoju Chiny potrzebują stabilizacji nie tylko u siebie, ale także w
polityce światowej.
Jak mówił sam Deng: "Obserwujcie uważnie, zabezpieczajcie naszą pozycję;
spokojnie załatwiajcie sprawy; ukrywajcie nasze możliwości i czekajcie na
odpowiedni moment; nie wychylajcie się i nigdy nie sięgajcie po przywództwo".
Gdyby Chiny, przy optymistycznym założeniu, że nie będzie miało to negatywnego
wpływu na ich sytuację wewnętrzną, już teraz wyszły przed szereg i wzięły
odpowiedzialność za Europę czy nawet światową gospodarkę, mogłyby sprowokować
kontrreakcję przerażonych perspektywą chińskiego stulecia krajów rozwiniętych.
Wyjście z cienia wiąże się dla Chin z dużym ryzykiem.

Co wynika z tej interesującej gry?
Istnieją dwie szkoły i dwa konkurujące ze sobą opisy rzeczywistości. Pierwsza z
nich mówi o status quo, czyli, że nic się nie zmieniło. Wkład Chin w Europejski
Fundusz Stabilizacyjny miał wynieść około 100 mld euro, a więc zaledwie 10
procent potrzebnej kwoty (440 mld Europa uzbierała sama). O żadnym uzależnieniu
od Chin nie mogłoby więc przy tych proporcjach być mowy. Po drugie, Chiny były
tylko jedną z opcji. Zaraz po wizycie w Pekinie Klaus Reggling udał się do
Tokio, gdzie uzyskał od liderów Japonii zapewnienie, iż ci będą nadal kupować
obligacje EFSF (Japonia posiada 20 proc. obligacji EFSF). W grę wchodzą także
wspominana przez ministra Rostowskiego Brazylia czy kraje arabskie.
Sam Reggling zdawał się dziwić medialnej wrzawie i podkreślał, że jego wizyta w
Pekinie nie była w żadnym wypadku negocjacjami, ale… zwyczajnymi
konsultacjami.
Druga szkoła przedstawia bardziej sensacyjny opis rzeczywistości. Mówi bowiem o
powolnym zmierzchu Zachodu i nadchodzącym chińskim stuleciu. Taką opinią
zaszokował w czerwcu tego roku, kierowany przez europejską opinię publiczną do
zakładu psychiatrycznego, premier Węgier Viktor Orbán.
Pogląd ten zakłada, że wzrost znaczenia Chin będzie powolny, ale wpływ na
światową gospodarkę i globalny ład będzie nieubłaganie się zwiększał. Ponieważ
rozciągnie się w czasie, to w przyszłości może sprawić historykom olbrzymie
kłopoty z ustaleniem cezury Chińskiego Wieku. Czy zaczął się w 2008 r. w czasie
igrzysk w Pekinie, które miały się zakończyć wielką klapą, a były wielkim
sukcesem, czy po pierwszej fali światowego kryzysu, czy po zaangażowaniu Chin w
ratunek Europy (jeśli ono nastąpi)?
Jedno jednak nie ulega wątpliwości. Przy założeniu, że uda się utrzymać
stabilność w polityce wewnętrznej (to będzie znacznie trudniejsze niż w polityce
międzynarodowej), czas będzie pracował na korzyść Chin, a ich pozycja
negocjacyjna wobec zadłużającej się, żyjącej ponad stan Europy będzie coraz
mocniejsza.
Czego mogą w zamian żądać Chińczycy (bo pewne jest, że tych ciężko wypracowanych
pieniędzy nie oddadzą wyłącznie za dobre słowo i przyjacielskie poklepywanie po
ramieniu)?
Istnieje cały pakiet spraw, dla których nadchodzi teraz dobra koniunktura dla
Chin – otwarcie europejskich rynków zamówień publicznych dla chińskich firm,
zniesienie wprowadzonego po 1989 r. embarga na broń, wykup zaawansowanych
technologicznie europejskich firm i korporacji, przyznanie statusu gospodarki
wolnorynkowej, co zniesie bariery wejścia na rynki europejskie dla chińskich
firm i koncernów.
Czy Europa zechce oszczędzać i ciężko pracować, by zmierzyć się z chińskim
wyzwaniem? Kto mógłby w warunkach demokracji parlamentarnej wygrać wybory i
utrzymać przez dłuższy czas władzę z takim programem?
Obecnie Polska znajdująca się na rubieżach Europy i poza strefą euro korzysta z
dobrodziejstw tej sytuacji i niezłej kondycji gospodarczej, żyjąc innymi
problemami, takimi jak uliczne walki w Święto Niepodległości, happeningi Janusza
Palikota czy kiboli. Ale wkrótce i do nas dotrą konsekwencje zmieniającego się
układu sił, w którym do głosu dochodzą kraje BRiC – Brazylia, Rosja (ten wpływ
od 2009 r. jest już bardzo widoczny) Indii i Chin, nie mówiąc już o kryzysie w
Europie.
Ostatnie 20 lat to polityka integrowania się z Zachodem, ale obecnie chyba nawet
jej najwięksi entuzjaści muszą przyznać, że ta formuła powoli się wyczerpuje.
Dziś Europa nie gwarantuje niczego, a przykład Słowacji pokazuje, że mogą to być
nawet kłopoty. To już nie jest świat lat 80., gdzie bycie w Europie równało się
uczestnictwu w ekskluzywnym klubie.
W tej sytuacji grudniowa podróż prezydenta Bronisława Komorowskiego za Wielki
Mur może być pierwszą od wielu lat wizytą polskiego polityka tej rangi, w kraju
pozaeupejskim, która nie zostanie przez media głównego nurtu wyśmiana. Jak
pamiętamy, tak właśnie było z azjatycką wizytą śp. Lecha Kaczyńskiego w
Mongolii, Japonii i Korei, gdzie śmiano się z egzotycznych strojów czy Donalda
Tuska na szczycie UE – Ameryka Łacińska (słynne Słońce Peru). Prawdziwym
ewenementem była zeszłoroczna wizyta premiera w Indiach i Wietnamie, której
właściwie w ogóle… nie relacjonowano.
Z pewnością grudniowa wizyta prezydenta będzie podróżą w nieznany świat XXI
wieku, gdzie coraz większe znaczenie mają nowe potęgi (Brazylia), jak i
państwa-cywilizacje, które po długiej przerwie wracają do gry (Chiny i Indie).
To zupełnie nowe wyzwanie, jakie stoi przed nami w XXI wieku. Wyzwanie, którego
nie uda nam się uniknąć…

 

Radosław Pyffel
socjolog, konsultant ds. rynku chińskiego


Autor jest prezesem Centrum Studiów Polska-Azja

drukuj