Zapomniani chłopcy z Dębna
Mam przed oczami ich poważne, skupione twarze, mądre spojrzenia, cierpkie
uśmiechy. I myślę, jak wiele musieli znieść bólu, upokorzeń i zła. Jak ciężko im
było w mrocznych celach, w których szczury skakały po twarzach. Wciąż słyszę ich
opowieści, głosy, relacje, zwierzenia. Z wieloma z nich się spotykałem,
rozmawiałem, wielu słuchałem.
Napisałem powieść, w której umieściłem niektóre z tych postaci. Słychać ich
mowę, sygnały, szepty, ale nie ma ich prawdziwych imion i nazwisk, istotnych
czynów, walki. Bo wtedy nie mogło być. Działała cenzura, zmowa milczenia. A oni
inspirowali mnie, dodawali sił, odwagi, ale nie ujawniali się w całej
okazałości. Jakby byli gdzieś z boku, w cieniu. Stali się symbolami, metaforami,
grą wyobraźni, a nie głównymi bohaterami. Zabrakło konkretu, faktografii,
dokumentu. A przecież z myślą o nich pisałem tę powieść. Nosiła tytuł
"Ladacznica i chłopcy". Po latach w 1991 r. z niemałymi kłopotami się ukazała.
"Ladacznica" to polityka, a chłopcy to oni, uczniowie szkoły średniej, o rok,
dwa starsi ode mnie, koledzy, znajomi. Z mojego liceum. Z mojego sąsiedztwa.
Pisałem z myślą o nich, bo wszyscy o nich zapomnieli. Jakby nie było kaźni,
więzień, strachu i dręczącej samotności.
Nie chcieli być niewolnikami
Dziś słyszymy, jak wielką rolę odegrała polska opozycja marcowa, pomarcowa,
czerwcowa, korowska, solidarnościowa, ale o nich nie słyszymy. Im się nie
przypina najwyższych medali do piersi. Nie stawia pomników. A zasłużyli na nie.
Bo byli pierwszymi z pierwszych. Niektórzy dzisiejsi bohaterowie zakładali wtedy
czerwone harcerstwo. Budowali zręby jedynego słusznego ustroju. Stawali na
baczność i piali z zachwytu. Pisali wiersze o Stalinie i dojarce z PGR-u.
Wznosili hasła "Niech żyje Związek Radziecki". A oni, nie. Oni szli na szaniec,
burzyli ustrój. Młodzi chłopcy, niemal dzieci, krzyczeli: "Precz z komuną!",
"Niech żyje wolna Polska!". A potem siedzieli w więzieniach, bici, torturowani,
poniewierani. Nikt się o nich nie upomniał. Poszli w ślady Szarych Szeregów,
cichociemnych i swoich ojców z AK. Odsłońmy karty. Kim byli? Skąd się wywodzili?
Był rok 1950, 1951, najgorszy okres komunizmu. Szczyt represji, dławienie
gardła, łamanie charakterów, niszczenie sumień. A oni się nie bali. Mieli po
siedemnaście, osiemnaście lat. Uczyli się w Liceum Ogólnokształcącym w Dębnie
Lubuskim, w dawnym województwie szczecińskim, dziś zachodniopomorskim. Z pozoru
tacy sami jak inni. A jednak dojrzalsi, mądrzejsi, głębsi. Wiedzieli, czego
chcą. I czego nie chcą. Nie chcieli się czuć jak w więzieniu. Nie chcieli być
niewolnikami. Chcieli wolności, niezależnego, suwerennego państwa. Dlatego
buntowali się. Sami z siebie. Ale i dlatego, że pochodzili z rodzin, które
zaznały wcześniej represji, cierpień.
Wywodzili się z domów, w których naraz zabrakło ojców, matek, starszych braci,
kuzynów, sióstr zabranych na Sybir, skazanych na kazamaty. W większości
pochodzili z Kresów. Z wierzących, silnie zakorzenionych w tradycji rodzin.
Urodzili się na Kresach
W wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie z dnia 15 października 1951 r.
w składzie: mgr Tadeusz Nizielski, chor. Eugeniusz Kociuba, ppor. Wiktor
Samborski, w obecności prokuratora wojskowego, mjr. Bolesława Reszka, obrońców:
adw. Zygmunta Warskiego i Tadeusza Nawrota, czytamy nazwiska skazanych: "Wolski
Romuald, ur. w ZSRR, Baranowicz Marian, ur. w ZSRR, Pacewicz Czesław, ur. w
ZSRR, Milczarek Ryszard, ur. w ZSRR, Hryniewicz Stanisław, ur. w ZSRR
[prawidłowe nazwiskoHrynkiewicz – S.S.]". Było ich więcej. Ale zasadnicza grupa
urodziła się w ZSRR. Gdzie? W ZSRR?!
Urodzili się na polskiej ziemi. W większości na polskich Kresach. Ale w ich
dowodach Sowieci wbili pieczątkę: urodzeni w ZSRR. W dowodach ich ojców i matek,
którzy urodzili się grubo przed rewolucją październikową, też wbili pieczątkę,
że urodzili się w ZSRR. To było wielkie oszustwo. Pierwsze wielkie kłamstwo. Bo
Sowieci kłamali od pierwszego dnia. Gdy tylko napadli na Kresy 17 września 1939
r., ogłosili, że nas wyzwolili. Niewolę nazwali wolnością, kłamstwo – prawdą.
Piszę "nas", bo ja też tam byłem. Też tam się urodziłem. I wiem, jak było. Za
tymi pierwszymi kłamstwami poszła cała fala kolejnych kłamstw. Zabrali nam
ziemię, władzę, urzędy, szkoły, uczelnie, podręczniki, język, państwo. Łamali
godła, symbole, znaki pamięci. Niszczyli wiarę, kościoły, kaplice, święte
obrazy, ołtarze. Ze świątyń robili magazyny, stajnie i obory dla bydła.
Profanowali świętości. Polskich oficerów pognali do Katynia, Miednoje. A w 1940
r. zgładzili. I my, na Kresach, o tym wszystkim wiedzieliśmy. Dużo wcześniej niż
powstała tzw. Polska Ludowa. Poznaliśmy ich rządy na własnej skórze.
O tym wszystkim w naszych kresowych domach się rozmawiało. Nawet w
najczarniejszych czasach, już po 1945 r., gdy zostaliśmy wygnani. Rozmawiali o
tym nasi rodzice, krewni i znajomi. Choć na zewnątrz panowała atmosfera strachu
i podejrzeń, w kresowych domach wyrastali i wychowywali się młodzi buntownicy,
licealiści, m.in. z Dębna. Powtórzmy, mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. I
nie chcieli żyć w zniewolonym świecie.
Na przekór terrorowi władzy
Marian Baranowicz przypomina w przekazanym mi tekście przedwojenny klimat ich
domu: "(…) ojciec uczestniczył (…) w uroczystościach patriotycznych… (…)
w latach okupacji sowieckiej większość osadników wojskowych została wywieziona
na Syberię".
Jego kolega, ale i krewniak, Romek Wolski, też "wyrastał w patriotycznej
rodzinie. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego (…) został zamordowany przez
NKWD w Katyniu". A bliskich Romka Wolskiego i Mariana Baranowicza, Jadwigę i
Antoniego Wolskich i ich czworo dzieci, jak pisze Baranowicz, "partyzanci
sowieccy wymordowali 25 października 1943 roku. Przed rozstrzelaniem kazali
rodzinie skupić się w narożniku pokoju. Rodzice i dzieci uklękli do ostatniej
modlitwy. Gdy siepacze otworzyli ogień (…), nieszczęśnicy padali jeden na
drugiego".
Baranowicz przyznaje, że opisane wyżej doświadczenia z dzieciństwa stały się dla
niego i dla jego kuzyna Romka "twardą lekcją historii. Wyrastając w atmosferze
okrucieństwa (…) uczyliśmy się takich pojęć jak tożsamość narodowa i
patriotyzm". Powtórzmy, nie mogli i nie chcieli żyć w zniewolonym kraju. Dlatego
założyli tajną organizację, a właściwie dwie tajne organizacje.
Akt oskarżenia skrupulatnie wylicza: "W początku marca 1951 r. oskarżony
Wilewski Antoni zawiązał na terenie Dębna nielegalną organizację pod nazwą
Samodzielna Organizacja Podziemna (…). W skład tej organizacji wchodzili (…)
uczniowie 9-tej klasy: [nieczytelne nazwisko – S.S.] Zbigniew, Korzeniowski
Bohdan, Nożejko Eugeniusz [chodzi chyba o Możejkę – S.S.], Sebastian Janusz
(…), którym udowodniono winę, lecz ze względu na ich młody wiek (…) umorzono
dochodzenie".
Dalej dowiadujemy się, że "w tym czasie już na terenie 10-tej klasy osk. Wolski
Romuald zawiązał również nielegalną organizację". A w jej skład weszli:
"Baranowicz Marian, Pacewicz Czesław, Zatryb Eugeniusz, Szantyr Anzelm, Sapa
Władysław". A wiedzieli o niej: "Milczarek Ryszard, Hryniewicz Stanisław".
Zakładali tajne organizacje wtedy, gdy w Polsce szalał najstraszniejszy terror,
gdy komuniści niszczyli ludzi i wsadzali do więzień, gdy aresztowali księży,
biskupów, przedwojennych oficerów, żołnierzy AK, a nawet chłopów za to, że
spóźniają się z oddawaniem państwu komunistycznemu zboża. Ludzi siłą zapędzali
do kołchozów. Rugowali religię ze szkół.
Jedyną niezależną instytucją był jeszcze Kościół, ale i nad nim zbierały się
czarne chmury. Niebawem zapadnie wyrok na Prymasa Polski, ks. kard. Stefana
Wyszyńskiego.
I w takiej atmosferze grupka chłopców postanawia wystąpić przeciwko władzy.
Jakaż musiała być ich determinacja, skoro wiedzieli, czym to grozi. Bo słyszeli
wokół siebie o surowych wyrokach. Radio i prasa bębniły o tym cały czas. A oni
wbrew wszystkiemu postanowili walczyć. W większości mieszkali w internacie przy
ul. Bieruta. W jednym pokoju gnieździli się: Romek Wolski, Czesiek Pacewicz,
Rysiek Milczarek, Józek Widziewicz i Marian Baranowicz.
Do 1948 r., jak pisze Baranowicz, panowały tam jeszcze zwyczaje przedwojenne.
Rano i wieczorem odbywały się apele połączone z modlitwą. W niedzielę szli
grupami do kościoła. W roku szkolnym 1949/1950 nastąpiła radykalna zmiana.
Skończyły się modlitwy, zbiorowe wyjścia na Mszę Świętą. Wyżywienie w internacie
było kiepskie, kawa zbożowa, chleb z marmoladą i na obiad na ogół dania
bezmięsne. Byli jednak nauczyciele, którzy w tajemnicy organizowali coś na
kształt tajnych kompletów. Pod pozorem korepetycji sybiraczka Zofia Pełkowa,
osoba głęboko wierząca, organizowała u siebie w domu, przy herbatce, spotkania
towarzyskie, w trakcie których wybrani uczniowie czytali dzieła Mickiewicza i
poznawali działalność filomatów i filaretów. Uczyli się, jak się organizować.
Pod czujnym okiem bezpieki
W dokumentach IPN znajdują się dziś informacje o tym, że byli śledzeni, a liceum
inwigilowane. Tajne ulotki ukazywały się w Dębnie już w 1948 roku. Bezpieka je
przechwytywała. Nadzór nad szkołą wzrósł. Kierownictwo UB zobowiązało dyrekcję
do informowania, ilu uczniów szkoła posiada (480 w klasach dziennych i 200 w
wieczorowych). Umieściło też tam swoich informatorów, a oni donosili, że np.
Józef Widziewicz wyraża się źle o marszałku Konstantym Rokossowskim, którego
Moskwa przysłała do Polski, by pilnował wojska, podczas kiedy on, Widziewicz,
nie może sprowadzić swoich braci. Bezpieka natychmiast to odnotowała. Irena
Rzeczycka miała dwie siostry w Anglii i brata w Ameryce i opowiadała, że tam
dużo lepiej się żyje niż w Polsce. Bezpieka też to odnotowała. Osaczała młodzież
ze wszystkich stron. Wiedziała, kto miał ojca granatowego policjanta, a kto był
wrogo nastawiony do ówczesnej rzeczywistości.
Urząd Bezpieczeństwa wziął pod lupę polonistę Antoniego Dobrowolskiego,
żołnierza AK, od 1951 r. dyrektora szkoły, i prof. Karola Winnickiego. Obu
podejrzewał o niebezpieczny wpływ na młodzież. Ukazywały się ulotki
antykomunistyczne, UB nie mógł jednak wykryć sprawców.
Młodzi buntownicy śledzą, co się dzieje w mieście. Wiedzą, że istnieje jakaś
tajna grupa, która działa. Po cichu się naradzają, jakby się w ten ruch wpisać.
Ulotki antykomunistyczne wiszą na ścianach domów okolicznych miast i wsi, m.in.
Mieszkowic, Boleszkowic, Kędzierzyna-Koźla. Młodzież buntuje się przeciwko
systemowi. Im bardziej komunizm zaciska pętlę na gardle, tym więcej młodocianych
tworzy tajne organizacje. Wiele lat później Krzysztof Szwagrzyk z IPN napisze,
że młodych więźniów politycznych, uczniów różnych szkół, było w tym czasie ok.
czterech tysięcy. Ale przecież badania trwają. Baranowicz zaś pisze: "Obserwując
życie polityczne w Polsce, zaczęliśmy się zastanawiać z Romkiem [Wolskim – S.S.]
nad nielegalną działalnością".
Proszę zwrócić uwagę, sami zaczęli się zastanawiać. Nikt im nie kazał. Nikt ich
do tego nie namawiał. Widzą i wiedzą, co się dzieje. Słyszą o procesach
politycznych. Ich ojców zapędza bezpieka do kołchozów. Następuje "rozkułaczenie"
wsi, bogatszych rolników wsadza się do więzienia za to, że dobrze gospodarzą.
Wzmaga się walka z Kościołem. Niedługo zacznie się sfingowany proces przeciwko
kieleckiemu ks. bp. Czesławowi Kaczmarkowi. Szykują się procesy polityczne
przeciwko generałom: Jerzemu Kirchmayerowi, Stanisławowi Tatarowi, Stefanowi
Mossorowi i Franciszkowi Kwirynowi Hermanowi, za wydumane przez komunistów
szpiegostwo i dywersję. Radio i prasa donoszą o "karłach reakcji" i wrogach
politycznych ze szkół, uczniach z liceów. Propaganda straszy.
Działają ostrożnie i skutecznie
Chłopcy z Dębna widzą oszustwo i obłudę zalewające Polskę. Widzą, jak propaganda
kłamie w żywe oczy. Z tym się nie mogą pogodzić. Takie życie jest bez sensu.
Byli wychowywani w innej tradycji. Liczyły się godność, honor, wolność.
Analizują działalność poprzedników, którzy wpadli. Postanawiają działać
ostrożnie, ale skutecznie. Naradzają się w internacie. Nie mają żadnej drukarki,
powielacza, maszyny do pisania. Ulotki wykonują własnoręcznie. Piszą, że w
Polsce panuje terror. Nawołują do buntu. Mówią, że Warszawą rządzi Moskwa, a
Katyń to zbrodnia Stalina. Protestują przeciwko wojskom sowieckim w Polsce.
Walczą o powrót religii do szkoły. Chcą, by ludzie wiedzieli, że jest opozycja.
Wbrew terrorowi, torturom, więzieniom, podziemie działa. Ulotki piszą odręcznie,
ale tak, by nie można poznać charakteru pisma. Rozrzucają po mieście lub
wywieszają po ulicach. Rozsyłają po urzędach, komitetach partii, domach
prywatnych. Szczególnie aktywni są przed 1 maja. Ulotek przybywa. Miasto szumi.
Bezpieka szaleje. Domyśla się, że to liceum. Zabiera nauczycielom klasówki z
języka polskiego. I porównuje pismo. Nic to nie daje. Bo jedna z nauczycielek
mówi do klasy: "Te prace nie tylko ja będę sprawdzać". Chłopcy wiedzą, co to
znaczy. Bezpieka jest na ich tropie. Muszą zmienić sposób działania. Idą na
boisko sportowe. Udają, że grają w piłkę, a konspirują, naradzają się. Zdobywają
drukarkę, szukają broni, materiałów wybuchowych. W początkach 1951 r. aktywizują
się. Drukują na powielaczu, także w bursie. Ale tu jest niebezpiecznie. Za duży
ruch. Spotykają się w prywatnym mieszkaniu jednego z nich, Eugeniusza Zatryba.
Dalej drukują ulotki.
Później w opracowaniu MSW widzą na własne oczy odnotowane setki takich
organizacji jak ich. W latach 1945-1956 nastąpił masowy bunt młodzieży. I oni,
chłopcy z Dębna, brali w tym buncie udział. Nie sądzili tylko, że zbliża się
koniec ich konspiracji.
Za wolność płacą wysoką cenę
W szkole nie brakowało kapusiów. Konfidentami byli niektórzy nauczyciele.
Konspiratorzy zbyt mocno zaufali swoim kolegom. Wciągali do siatki nowych.
Chwalili się, że są dobrze zakonspirowani. Krąg wtajemniczonych powiększał się.
Musieli wpaść. Za wielu już wiedziało o ich działalności. I wpadli.
Pierwsze aresztowania nastąpiły 13 maja 1951 roku. Bezpieka wyłapała wszystkich.
Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie 15 października 1951 r. skazał za
przygotowania do obalenia przemocą ustroju: Antoniego Wilewskiego na 2 lata i 6
miesięcy, Romualda Wolskiego na 3 lata, Mariana Baranowicza, Czesława Pacewicza
i Eugeniusza Zatryba na 2 lata, Ryszarda Mielczarka i Stanisława Hrynkiewicza na
rok i 6 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata.
Podczas śledztwa chłopców katowano. Bezpieka podrzucała im naboje, łuski. Biła
pięściami, ciągała za nogi, kopała. Spali na betonie, tracili przytomność.
Polewani wodą, znowu byli przesłuchiwani. Na śniegu rozbierali ich do naga,
budzili w środku nocy, chłopcy tracili przytomność, dostawali zapalenia płuc.
Jeden zwariował.
Represjonowano również nauczycieli. Pani Derwichowej zabroniono nauczania
śpiewu, ponieważ młodzież śpiewała "Czerwone maki". Wyjątkowymi restrykcjami
został objęty internat. Mieszkałem tam. W 1951 r. zdałem egzamin do klasy ósmej.
Działalność starszych kolegów odbiła się szerokim echem. Rozmawialiśmy o tym w
domach, internacie i w szkole. Każdego dnia rano na apelu urządzano nam
prasówki, straszono, grożono ostrymi konsekwencjami za takie czyny. Chcieli, by
sparaliżował nas strach. A jednak młodzież się nie ugięła. Tajne organizacje
powstawały w innych szkołach. W Boleszkowicach na jej czele stanął Jan Żak.
Twierdził, że kontynuuje konspiracyjną pracę kolegów z Dębna. Kolejną tajną
grupę założyli uczniowie z Barnówka. Przewodził jej Antoni Wojnicki.
Po odbyciu ciężkiej kary więzienia w Szczecinie, Goleniowie, Sosnowcu i przede
wszystkim w Jaworznie uczniowie z Dębna znosili dalsze represje. W Jaworznie
osadzono, jak wylicza Krzysztof Szwagrzyk, 10 tys. 17 osób (K. Szwagrzyk,
"Jaworzno. Historia więzienia dla młodocianych więźniów politycznych 1951-1955",
Wrocław 1999).
Chłopcy z Dębna nie od razu mogli się dostać na studia. Poszli do wojska,
musieli pracować w kopalniach, zdarzały się dezercje. Byli pod stałą kontrolą do
1989 roku. Niektórzy już nie żyją. Za wolność zapłacili wysoką cenę. Ale ich
postawa dla wielu z nas była znakiem orientacyjnym, który wskazywał, jak należy
bronić podstawowych wartości człowieka, prawdy, wolności, godności i
niezależności.
Stanisław Srokowski
poeta, prozaik, dramaturg
