Eurokompromitacja
Niewypał koncepcji wspólnej europejskiej waluty jest przede wszystkim
skutkiem traktowania euro jako narzędzia ostatecznego, trwałego i
nierozerwalnego zintegrowania krajów Unii Europejskiej. Tymczasem tak naprawdę
sens miało wprowadzenie wspólnej waluty tylko w gronie nielicznych państw Europy
Północnej – nie tylko najwyżej rozwiniętych (przecież do takich zalicza się
także Włochy), ale i o podobnej strukturze gospodarczej.
Za podstawowy i właściwie jedyny warunek integracji walutowej uznano tzw.
kryteria z Maastricht, zwane też kryteriami konwergencji nominalnej lub
kryteriami zbieżności, przyjęte w traktacie o Unii Europejskiej. Kryteria te to
– jak mówi wielu ekonomistów – wyssane z palca i pozbawione większego sensu
wskaźniki dotyczące inflacji, wielkości deficytu budżetowego i długu publicznego
oraz stóp procentowych i stabilności kursu własnej waluty. Błąd przyjęcia tych
wskaźników polegał na nieuwzględnieniu aspektów strukturalnych, które decydują o
stanie gospodarki danego kraju w sytuacji kryzysu – i to kryzys ujawnił kruchość
całej tej konstrukcji.
Przykład Grecji jest najbardziej jaskrawym dowodem na kluczowe znaczenie kwestii
strukturalnych. Jest ona krajem, którego gospodarka opiera się głównie na
usługach, w tym przede wszystkim na turystyce, co stanowi główną gałąź greckiej
gospodarki (20 proc. produktu krajowego brutto). Kryzys spowodował ogólny spadek
wydatków w Europie, ludzie zaczęli oszczędzać, także na wyjazdach zagranicznych,
w efekcie czego spadła koniunktura w turystyce. Dla takiego kraju jak Grecja
(podobnie Hiszpania, Portugalia, a także Włochy – czyli południe Europy silnie
zależne od turystyki) jedynym sposobem poprawienia atrakcyjności turystycznej
byłoby obniżenie wartości własnej waluty w stosunku do walut krajów, z których
pochodzą turyści, czyli Europy Północnej – gdyby kraje te miały odrębne waluty.
Tymczasem włączenie ich do jednej strefy walutowej uniemożliwia to.
Utracony mechanizm
Często niestety działanie tego mechanizmu nie jest właściwie rozumiane. Gdyby
Grecja pozostała przy drachmie, a Niemcy przy marce, to osłabienie drachmy
spowodowałoby, że za jedną markę trzeba by zapłacić więcej, a z drugiej strony
turysta z Niemiec taniej kupiłby drachmę. Oznaczałoby to, że grecki podmiot,
który wyeksportował jakiś produkt wart na niemieckim rynku, dajmy na to, 100
marek, otrzymałby przy wymianie w krajowym banku więcej pieniędzy w krajowej
walucie. Potanienie waluty powoduje w takiej sytuacji zwiększenie emisji
krajowego pieniądza, bo bank centralny skupowałby marki po wyższym ich kursie, a
taka emisja pieniądza pobudza własną gospodarkę. Z drugiej zaś strony
umożliwiałaby łatwiejszą ekspansję greckich eksporterów na rynku niemieckim
przez obniżenie cen swoich produktów.
Jeśli głównym produktem eksportowym są usługi turystyczne, to taki kraj jak
Grecja stałby się tani dla turystów z Niemiec, którzy – zwłaszcza w sytuacji
ogólnego kryzysu – chętnie by przyjeżdżali na wakacje do słonecznej Hellady.
Przy osłabieniu własnej waluty wewnętrzne relacje cen i płac pozostają w miarę
stabilne (o ile nie nastąpi inflacja), ale następuje wówczas napływ walut
zagranicznych, a z drugiej strony drożeje import, co sprzyja sprzedaży na rynku
krajowym własnych produktów, bo zagraniczne stają się mniej konkurencyjne.
Wzrost sprzedaży to wzrost dochodów obywateli, a jednocześnie poprawienie
sytuacji budżetowej państwa (pod warunkiem, że obywatele ci płacą podatki, a
solidniej wywiązują się z tego obowiązku, gdy są w lepszej sytuacji dochodowej),
poprawia się wówczas bilans handlowy z zagranicą, a to wszystko sprzyja
rozwojowi gospodarczemu.
Takie możliwości działania odebrano jednak Grecji, włączając ją do wspólnej
strefy walutowej z Niemcami. Niemcy to zupełnie inna gospodarka, oparta na
eksporcie – samochodów, nowoczesnych maszyn, produktów chemicznych. To drugi
światowy eksporter po Chinach, ale – trzeba to jasno powiedzieć – kosztem
stagnacji płac niemieckich pracowników. Niemcy zaciskają pasa, by poprzez
eksport uzależniać od siebie inne kraje i zdobywać w ten sposób dominację w
świecie.
Gdy w warunkach wspólnej waluty Grecja nie mogła poprawić swej atrakcyjności
poprzez osłabienie waluty, to w warunkach ogólnego kryzysu nieuchronny był
spadek wpływów z turystyki, ogólne osłabienie gospodarki, która nie miała takiej
siły eksportowej jak gospodarka niemiecka. Spadek wpływów podatkowych zmuszał
rząd do pożyczania pieniędzy dla finansowania swych wydatków – wzrost deficytu i
w konsekwencji długu publicznego były zatem nieuchronne.
Kraj bez własnej waluty
Pozbawienie danego kraju rodzimej waluty czyni go bezbronnym wobec kryzysu, z
jakim mają do czynienia np. Grecja i inne kraje południa Europy. Jedyną
możliwością zwiększenia swej atrakcyjności turystycznej, czy ogólnie
eksportowej, byłoby obniżenie kosztów poprzez redukcję płac – ale to przecież
oczywiste, że w praktyce jest to na szerszą skalę niewykonalne, zatem
alternatywą jest wzrost cen, czyli inflacja – i rzeczywiście, Grecja od początku
doświadczała w Unii najwyższej inflacji. Redukcja płac to postulat też
teoretycznie błędny, bo przecież bezpośrednim jego skutkiem byłby spadek
wydatków obywateli, konsumpcji, a w efekcie spadek wpływów podatkowych i zapaść
fiskalna państwa.
Oczywiście nieuchronną konsekwencją był wzrost deficytu i narastanie długu. Ale
tu pojawiły się dwa problemy. Pierwszy to fakt zadłużania za granicą, głównie w
bankach francuskich i niemieckich, które "trzeszczały w szwach" od nadmiaru
pieniądza zarobionego przez silnie eksportujące gospodarki. Pożyczanie pieniędzy
za granicą kraju unijnego wewnątrz Unii – to jedna z podstawowych unijnych
zasad: swoboda przepływu kapitału. Przepisy unijne powinny ograniczać zadłużanie
się państwa za granicą – np. poprzez obligatoryjne obciążenie takich pożyczek
koniecznością tworzenia funduszu rezerwowego na wypadek kryzysu.
Drugi problem to błędne postulaty cięć wydatkowych. Jedyne, co podtrzymuje takie
gospodarki (dotyczy to zarówno Grecji, jak i Polski, ale też innych krajów), to
popyt wewnętrzny – zarówno osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach rynkowych,
jak i w sektorze publicznym. Cięcia wydatkowe pociągną za sobą spadek
koniunktury i mogą tylko pogłębić kryzys.
Natura długu publicznego
Dług publiczny dąży w sposób naturalny – jest to prawidłowość wynikająca z
matematycznych własności procesu tworzenia długu – do relacji między deficytem a
tempem wzrostu gospodarczego: jeśli pierwszy oznaczymy jako a, a drugi jako b,
to jest to po prostu ułamek: a/b.
Oznacza to, że jeśli przy deficycie 3 proc. tempo wzrostu wynosi 5 proc., to
dług dąży do 60 proc. produktu krajowego brutto, tak jak chcą kryteria z
Maastricht, i stabilizuje się na tym poziomie, ale gdy tempo wzrostu spadnie do
3 proc., to dług będzie nieuchronnie dążył do poziomu 100 procent. Cięcie
deficytu nic nie da, bo jeśli deficyt zmniejszy się do 1 proc., a tempo wzrostu
spadnie do 1 proc., to dług pozostanie na poziomie 100 procent. Obniżanie
deficytu jest zatem ryzykowne, bo spowoduje spadek tempa wzrostu. Na tym polega
też problem Włoch. No bo nawet jeśli obetną deficyt do 1 proc., a tempo wzrostu,
i tak niskie, spadnie do 0,5 proc., to dług będzie "naciskał" tak, że może
osiągnąć nawet 200 procent. A przy wysokim długu problemem stają się koszty jego
obsługi, czyli spłacania odsetek od obligacji.
Tak naprawdę jedynym skutecznym sposobem ograniczenia długu jest zwiększanie
mianownika tej relacji, czyli tempa wzrostu gospodarczego. Wzrost gospodarczy to
tak naprawdę jedyne, co może przeciwstawić się skutkom kryzysu i uratować nas
przed dalszą zapaścią. Trzeba robić wszystko, by pobudzać gospodarkę, a jak się
okazuje prowzrostowo działają także wydatki budżetowe państwa, ale powinny to
być takie wydatki, które budują podstawy trwałego wzrostu gospodarczego, a nie
są tylko swego rodzaju budowaniem piramid (jak jest z naszym wywalaniem
miliardów na stadiony). Cięcia wydatkowe, postulowane przez laików, czyli ludzi
słabo wykształconych ekonomicznie, ale niestety też przez niektórych dość
jednostronnie patrzących na problem ekonomistów, nie wróży niczego dobrego.
Istnieje jeszcze jeden sposób na uratowanie strefy euro w jej dotychczasowym
kształcie. Jest to prawdziwe zintegrowanie fiskalne, czyli wspólne europejskie
podatki i wspólny budżet na poziomie ok. 20 proc. unijnego PKB. Wspólne
progresywne (bo tylko takie mają sens, czego uparcie nie chcą zrozumieć
zwolennicy tzw. podatku liniowego) podatki dochodowe stałyby się narzędziem, jak
to mówią ekonomiści, redystrybucji dochodów między krajami północy i południa
Europy, także między jej zachodem a wschodem. Taka redystrybucja musiałaby
zastąpić te przepływy, które miałyby miejsce w wyniku osłabienia własnych walut
słabszych krajów, gdyby przy nich pozostały, nie przystępując do unii walutowej
– kompensując, przynajmniej częściowo, skutki kryzysu.
Jednakże takie zintegrowanie gospodarek, które dla jednych krajów oznaczałoby
znaczną utratę suwerenności, a dla innych krajów konieczność ponoszenia wysokich
kosztów podatkowych na rzecz "nie swoich", choć żyjących w tej samej Europie –
nie znajduje właściwie zwolenników.
Z kryzysu, który przetacza się przez strefę euro, płyną bardzo ważne wnioski dla
Polski. Nie możemy dać się zwieść iluzjami ekonomicznymi propagowanymi przez
tych, którzy mają zupełnie inne warunki, bo ich gospodarki są silniejsze, ani
nie możemy poddawać się presji tych, którzy forsują swoje jednoznacznie
określone interesy. Polska gospodarka potrzebuje silnego państwa i silnego
budżetu pozwalającego skutecznie realizować politykę wspierania gospodarki w
kształtowaniu struktur sprzyjających długookresowo jej rozwojowi – takich jak
nauka, edukacja, nie tylko wspieranie innowacji, ale i ekspansji innowacyjnej
przedsiębiorczości. To powinny być priorytety nowego rządu. Tak zwana reguła
wydatkowa, która nakazuje zablokować wydatki budżetu na poziomie, który i tak
deprecjonuje funkcje sfery publicznej, a tym bardziej propagowane przez
niektórych proste cięcia wydatków – to polityka, która prowadzi do degradacji
obszarów odpowiedzialności państwa i w efekcie zamiast pobudzić trwałe czynniki
rozwojowe, wprowadzi nas w kryzys głębszy, z którego wyjście będzie później dużo
trudniejsze.
Prof. Jerzy Żyżyński ekonomista
Autor jest posłem (PiS), profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
