Historia zatoczyła koło

Przed tygodniem, 11 listopada, w Święto Niepodległości w Królewskim
Mieście Krakowie, przed Grobem Nieznanego Żołnierza, na placu Matejki, na oczach
kilku tysięcy ludzi, w tym żołnierzy, policjantów, harcerzy, weteranów walk o
wolną Polskę, na oczach polskich parlamentarzystów i zagranicznych dyplomatów,
na oczach dzieci niesionych przez rodziców na barana, na oczach władz Krakowa –
zostałem zaatakowany przez dwóch funkcjonariuszy państwowych po cywilnemu chwilę
przed tym, gdy miałem wraz z osobami towarzyszącymi oddać hołd prochom tych,
którzy polegli za naszą wolność. Dlaczego mnie zaatakowano? Bo trzymałem nad
głową portret śp. pary prezydenckiej Marii i Lecha Kaczyńskich.

Usiłowano mi wyrwać ten portret, a mnie siłą usunąć z grona osób składających
cześć poległym za Ojczyznę. Podobno stworzyłem zagrożenie dla bezpieczeństwa. To
nie żarty, nie zły sen, to naprawdę się wydarzyło. Przez kilkanaście sekund
trwała walka o portret Prezydenta, który spoczywa wraz z małżonką na Wawelu,
obok Marszałka Józefa Piłsudskiego, wśród królów, świętych i ukochanych
wieszczów. Jednak nie pozwoliłem sobie odebrać portretu, choć ich było dwóch i
każdy z nich był z pewnością dwa razy młodszy ode mnie. Wizerunek pary
prezydenckiej został sprofanowany tym gwałtownym atakiem i próbą usunięcia go z
przestrzeni publicznej. Naruszono moją godność osobistą i nietykalność, wywołano
głęboki stres. Miałem poczucie, że wrócił czas miniony, czas pogardy dla
człowieka, kiedy starano się zgiąć nasze plecy, byśmy chodzili zgarbieni, a
najlepiej pełzali. Przypomniał mi się 21 marca 1980 roku, gdy na krakowskim
Rynku spalił się Walenty Badylak, protestując przeciwko kłamstwu o zbrodni
katyńskiej. Chwilę po tym fotografowałem to miejsce. Osmolona studzienka, do
której przykuł się, by nikt go nie uratował w czasie palenia, pierwsze świece,
znicze, kwiaty, biały proszek i ślady po pianie gaśniczej. Gęstniejący gniewny,
milczący tłum. I spojrzenia ludzi. Zapłakane, zamyślone, zacięte w bólu lub
oniemiałe. Fotografowałem otwarcie, nie ukrywając tego ani przed spojrzeniami
ludzi, w których wyczułem aprobatę, ani przed przenikliwymi i nienawistnymi
spojrzeniami esbeków, których było tam już wielu. Wyczuwałem ich. Byli inni niż
my wszyscy, wstrząśnięci tym zdarzeniem. Ale nie przestawałem fotografować. To,
żeby uwiecznić tę niezwykłą i bardzo ważną dla nas, dla Polaków, chwilę, było
silniejsze niż lęk przed nimi. Gdy skończyłem robić zdjęcia, gdy skończyłem
modlitwę i gdy odszedłem – dorwali mnie. Było ich dwóch. Silnych i brutalnych.
"Do bramy, k… z nim, do bramy", usłyszałem i poczułem ból w ramionach i
plecach. Rozpoczęła się szamotanina. Wezwałem na pomoc przechodniów, choć
zatykali mi usta. Ludzie pospieszyli mi z pomocą. Szarpanina umożliwiła mi
ucieczkę. Uratowałem zdjęcia. Dziś można je obejrzeć w moim albumie, wydanym z
okazji zwycięstwa "Solidarności" w 1980 roku, a zatytułowanym "Ku wolności!".
Minęło 31 lat i historia zatoczyła koło. Znów jesteśmy my i oni. Znów jesteśmy
otaczani pogardą i nienawiścią za to, że chcemy prawdy i szacunku dla Polski.
Doskwiera im ta Polska, oj doskwiera! Ale my nie możemy pozwolić na jej dalsze
hańbienie. Nie możemy milczeć! Nie możemy się zniechęcać i zamykać w sobie.
Musimy krzyczeć, musimy głośno krzyczeć: Dość!

 


Autor jest artystą, fotografem.

drukuj