Komendant w ogniu pytań

Policja próbowała "ukrócić" piątkowe zamieszki za pomocą pałek, armatek
wodnych i gazu łzawiącego. – Już po zapadnięciu zmroku przeszliśmy pod pomnik
Romana Dmowskiego. Zauważyłem, jak w tłum uczestników marszu wjeżdżają na
sygnałach policyjne armatki wodne, chociaż w mojej ocenie nie było ku temu
żadnego powodu. Wywołało to nieprzychylne wobec policji okrzyki. Po kilku
minutach usłyszeliśmy komunikat policji o rozwiązaniu demonstracji – relacjonuje
poseł PiS Stanisław Pięta, uczestnik Marszu Niepodległości. Później informacja o
delegalizacji okazała się nieprawdziwa. – To była legalna manifestacja. Pod
wpływem fałszywej informacji uległa skróceniu, ludzie zaczęli się rozchodzić.
Policja podała tę informację, kiedy członkowie komitetu honorowego marszu
zostali poproszeni o zabranie głosu – dodaje polityk.
Według innych uczestników, przed czołem marszu szła grupa zamaskowanych osób.
Tuż przed nimi jechał wóz policyjny, który całość rejestrował kamerą wideo. –
Dlaczego więc policja ich nie zrewidowała? Przecież ci ludzie nie wyglądali
pokojowo – zastanawiają się nasi rozmówcy. – Dlaczego żadne służby nie
reagowały, kiedy autokary z bojówkarzami niemieckimi wjeżdżały do Warszawy?
Stały one na Tamce, tam już było widać wysiadających uzbrojonych ludzi –
słyszymy. Również na forach internetowych można znaleźć opisy osób podających
się za świadków napaści zamaskowanych i uzbrojonych w kije mężczyzn na zwykłych
przechodniów i uczestników marszu trzymających flagi narodowe. "Przyjaciel
opowiedział mi przebieg wydarzeń. Szli sobie spokojnie ulicą. Nagle wypadło
skądś pięciu zamaskowanych osobników z jakimiś czarnymi pałami w rękach. Mieli
emblematy tzw. antify. Wszystko działo się błyskawicznie. Napastnicy, mówiący
między sobą po niemiecku, krzyczący coś do Polaków w tym języku, zaczęli ich
bić. Walić pałkami, kopać, rzucać na ziemię" – opisuje jeden z internautów.

Braki w prewencji
Od sprawców zamieszek zdecydowanie odcięli się organizatorzy marszu,
zapewniając, że jego uczestnicy nie brali udziału w burdach. – Zdecydowanie
potępiamy bandyckie zachowania, do jakich doszło w Warszawie. Potępiamy
ekstremistów, chuliganów i prowokatorów, którzy z główną kolumną marszową nie
mieli nic wspólnego – powiedział Robert Winnicki.
– Premier Donald Tusk i rząd nie potrafili zagwarantować bezpieczeństwa Polakom,
którzy chcieli w sposób godny, często z dziećmi, uczcić Święto Niepodległości.
Pierwszy wniosek to brak profesjonalizmu, z którego – mam nadzieję – pan premier
Tusk wyciągnie wnioski – stwierdził europoseł Zbigniew Ziobro, były minister
sprawiedliwości. Jak podkreślił, nie od wczoraj było wiadomo, że grupy lewackie
i ekstremistyczne szykują się, by wykorzystać Święto Niepodległości do
organizowania "agresywnych, chuligańskich ekscesów". – Gdzie były odpowiednie
służby państwa, by to monitorować? Dlaczego w stosownym czasie nie podjęto
działań prewencyjnych, by uniemożliwić spotkanie się tych ludzi z manifestacją,
która miała czcić Święto Niepodległości? – pytał Ziobro.
Z kolei Prawo i Sprawiedliwość zapowiada wniosek o zwołanie nadzwyczajnego
posiedzenia sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. Posłowie będą
domagać się wyjaśnień od komendanta głównego policji. Andrzej Jaworski skierował
interpelację do premiera w sprawie prowokacji i brutalnej reakcji policji wobec
przechodniów i manifestujących 11 listopada w Warszawie. Według posła,
wydarzenia, które miały miejsce w piątek, pokazują nieudolność władz Warszawy i
służb, które pozwoliły na zorganizowany przyjazd niemieckich bojówek lewackich.

Policja rozliczy?
W związku z zamieszkami w stolicy zatrzymano 210 osób. Znacząca część to Niemcy
– aż 92 osoby, był też jeden obywatel Hiszpanii, obywatel Węgier i Duńczyk. 40
policjantów zostało lekko rannych. Do szpitali przewieziono 29 rannych.
Jeszcze dzień przed demonstracjami Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
zapewniała, że "w przypadku pozyskania informacji o sprzecznej z prawem
aktywności członków ugrupowań ekstremistycznych zarówno prawicowych, jak i
lewicowych, ABW przekazuje stosowną informację wraz ze zgromadzonym w sprawie
materiałem do odpowiedniej terenowo prokuratury".
Komendant główny policji gen. insp. Andrzej Matejuk zlecił przeprowadzenie
kontroli działań funkcjonariuszy. – Kontrolerzy ze sztabu komendanta głównego
policji analizują całość przedsięwzięcia i dokładny przebieg piątkowych wydarzeń
– mówi rzecznik KGP insp. Mariusz Sokołowski. Jest to standardowa procedura w
tego typu sytuacjach. – Chodzi o ustalenie minuta po minucie m.in. tego, jakie
podejmowano decyzje, jak reagowano na zmiany w sytuacji, która była dynamiczna,
i jak realizowano przyjęty plan – dodaje Sokołowski.
Policja deklaruje, że jeszcze przed 11 listopada była w ścisłym kontakcie z
funkcjonariuszami z innych krajów. Analizowano m.in. informacje o osobach, które
mogą przyjechać do Polski na demonstracje. – Byliśmy przygotowani na różnego
rodzaju scenariusze – zapewniał rzecznik komendanta stołecznego policji mł. insp.
Maciej Karczyński.
W sobotę premier Donald Tusk spotkał się z ministrem sprawiedliwości Krzysztofem
Kwiatkowskim, ministrem spraw wewnętrznych i administracji Jerzym Millerem,
władzami stolicy i komendantami policji. Premier pozytywnie ocenił pracę policji
podczas piątkowych zamieszek w Warszawie. – Sprawcy piątkowych zamieszek w
Warszawie będą surowo ukarani – zapewnił szef rządu.
Już w dniu zajść prezydent Bronisław Komorowski zlecił prawnikom prace nad
znalezieniem rozwiązań, które – bez zmiany Konstytucji – nowelizowałyby Prawo o
zgromadzeniach. Na razie wiadomo tylko, że nowe przepisy mają iść w kierunku
zwiększenia odpowiedzialności organizatorów za szkody i zniszczenia w miejscach
objętych zgodą na przeprowadzenie demonstracji. Zdaniem prof. Zdzisława
Krasnodębskiego, należy uważać, by przy okazji nie doszło do ograniczenia praw
opozycji. – Zapraszanie do Polski grup lewackich w takiej sytuacji było zupełnie
nieodpowiedzialne. Obawiam się, że będzie to wykorzystane do ograniczenia swobód
obywatelskich. Nie zgadzam z tym, iż za tego rodzaju incydent obciąża się
organizatorów, bo to może być dla władzy wygodne. Wówczas różne komitety czy
ludzie, którzy chcieliby coś zorganizować, będą się obawiali to robić – zauważa
profesor Ksanodębski.

 

Anna Ambroziak

drukuj