Wezwanie do katolickiej ofensywy


Z krakowskiego podwórka patrząc, trudno nie zadumać się nad tym, że na
senatora Rzeczypospolitej został wybrany człowiek, pod którego rządami w
resorcie obrony narodowej wydarzyły się dwie największe katastrofy w historii
tegoż resortu (i powojennej Polski), drugim senatorem zaś został człowiek, który
potrafił samobójczą śmierć człowieka skomentować "dowcipnym" wpisem na Twitterze:
"miałeś chamie złoty róg…". Dostaliśmy się w łapy humanistów już dawno. Teraz
ich uchwyt jeszcze się wzmocni.

Zgubne skutki mediokracji
Do głosu dochodzi pokolenie Janusza Palikota "zero" – pokolenie wyborców Janusza
Palikota (wśród głosujących po raz pierwszy uczniów uzyskał podobno zdecydowanie
największe poparcie). To pokolenie tych, którzy wedle badań stanu świadomości
historycznej mają największe trudności z odpowiedzią na pytanie, kto kogo zabił
w Katyniu (chyba Polacy Żydów?). Pokolenie, w którym media, światowa kultura
masowa i lokalna szkoła – ostatnio minister Hall – starały się wyrobić
przekonanie, że to właśnie im się należy: wolność bez odpowiedzialności, kasa
bez pracy, życie bez obowiązków, chwila bez historii (ale i bez przyszłości).
Oczywiście, nie wszyscy reprezentanci tego najmłodszego pokolenia wyborców
podzielają ideały Janusza Palikota "zero". Jednak nie powinniśmy się łudzić: to
właśnie owe "ideały" dziś wygrywają.
Niektórzy pocieszają się: kryzysu nie uda się ukryć, nawet za najgrubszym
parawanem mediów. Zmiana musi w końcu nadejść. Wyborcy jednak zdecydowali, że
nowy rząd będzie kontynuacją starego: PO – PSL. Mamy za to nową opozycję: Ruch
Palikota. To ona będzie teraz wspierana przez media jako jedyna słuszna
odpowiedź na oczywistą kiedyś potrzebę zmiany ekipy Donalda Tuska. Za cztery
lata będzie jak znalazł: Masz już dość Tuska? – Głosuj na Palikota! On jeszcze
nie rządził. On zagwarantuje jeszcze większą nowoczesność niż "stara" PO. W
końcu "uwolnimy konopie".
Czy tak być musi? Nie. Wszystko będzie inaczej, niż planujemy, niż przewidujemy.
Czy mamy jakiś wpływ na to, czy będzie inaczej? Na pewno powinniśmy postępować
tak, jakbyśmy go mieli. Kiedy słuchałem ostatniego werdyktu wyborców,
przypominały mi się natrętnie zdania z listu księcia Jeremiego Wiśniowieckiego
do wojewody Adama Kisiela z Roku Pańskiego 1648: "Nam lepsza rzecz umierać,
aniżeli by pogaństwo i hultajstwo miało nam panować". Przecież jednak książę
Jeremi nie poprzestał na tym. Ruszył ze swych Łubniów, by walczyć o ocalenie
Rzeczypospolitej. Do rodzinnych Łubniów już nie wrócił, ale pomógł polskiemu
Feniksowi odrodzić się raz jeszcze. I my nie powinniśmy rezygnować z naszej
wyprawy. Musimy zachęcić więcej naszych współobywateli, żeby poszli z nami.
Znowu do Zbaraża? Nie. Może jeszcze nie. Do następnych wyborów. Zmierzamy do
nich w naszych codziennych wyborach i decyzjach. Wolności tych wyborów wciąż nam
nikt nie zabrał.
Jak mamy z tej wolności, która nam pozostaje, korzystać? Jak na nową fazę
agresji przeciwko krzyżowi zareaguje Kościół? Czy to rzeczywiście nowa faza?
Może to wciąż ta sama walka? Może powinniśmy z takiej, głębszej perspektywy
spojrzeć na to, co dziś widzimy, co nas otacza, co nas przytłacza? Nie
powinniśmy na pewno ograniczać się tylko do krótkowzrocznych rozrachunków i
połajanek partyjnych. Nie powinniśmy traktować dzisiejszych szyderców – spod
znaku czy to doktora Palikota, czy to profesora Sadurskiego, czy profesor Środy
– jako odkrywców zła, którego wcześniej nie było. Nie powinniśmy siebie
rozgrzeszać łatwym stwierdzeniem, że teraz nadeszły czasy wyjątkowe. Każde czasy
są wyjątkowe: "byt nasz podniebny – bojowanie".

Polski Popielec 2011
Zróbmy własny rachunek sumienia. Do tego potrzebne jest spojrzenie wstecz. Pomóc
nam, zwłaszcza Kościołowi w Polsce, może w takim rachunku słowo, które chciałem
przypomnieć. To słowo Prymasa Augusta Hlonda – pasterza Kościoła w Polsce
niepodległej. II Rzeczpospolita to także nie był raj. Także byli czynni, jakże
energicznie, wrogowie krzyża i wrogowie trwania polskiej wspólnoty historycznej.
Kościół nie spał. Przyjął te wyzwania i potrafił przygotować Polskę do
odpowiedzi na próbę najcięższą. Może warto sięgnąć do tamtej nauki, do tamtej
diagnozy i do tamtej odpowiedzi?
Na zakręcie naszej, także trudnej niepodległości, kiedy widzimy już inny
zupełnie dorobek III Rzeczypospolitej, proszę, by Państwo wczytali się w te
słowa. Słowa Prymasa Hlonda z listu opublikowanego na Środę Popielcową 1932 roku
– listu "O zadaniach katolicyzmu wobec walki z Bogiem". Spróbujmy w ich
kontekście zrozumieć nasze wyzwania i nasze zadania, kiedy przyszła pora na
polski Popielec roku 2011… Posłuchajmy:
"Niestety są w Polsce bezbożnicy i jest bezbożniczy ruch. Oczywiście nie pod tą
nazwą, lecz pod wygodniejszą nazwą wolnomyślicielstwa. (…) Nie przebrzmiało
jeszcze w świecie zmartwychwzbudzające tchnienie: Polsko, wynijdź z grobu (J
11,43), a już odbywa się w łonie wskrzeszonej ojczyzny śmierciorodne zatruwanie
pierwiastków życia i walka z jego stwórczym początkiem: Chrystusem. (…)
Dopiero zaczęliśmy rozumieć swoje nowe posłannictwo narodowe, a już stajemy się
widowiskiem walki z własną przyszłością i z prawdą duszy polskiej, z twórczymi
pierwiastkami postępu i z podstawami własnego rozwoju.
Mówią, że to powiew Europy, a w rzeczywistości wieje tu woń przykra moralnego
rozkładu tej Europy, która już cuchnie (J 11,39). (…)
Jakżeż Polsce nie do twarzy ta wolteryańska mina bezbożnicza! Z wszystkich
brzydactw, którymi fałszowano naszą psychologję, to jest najwstrętniejsze. Dusza
polska, z gruntu religijna, łagodna, z samego przyrodzenia chrześcijańska (Tert.
Apologeticus, c.17), nie jest zdolna do bluźnierstwa, a kto ją do bluźnierstwa
wykrzywia, dopuszcza się potwornej perwersji. Bezbożnictwo to nie tylko nieznany
w tradycjach polskich grzech przeciw Bogu, ale obraza Polski, jej duszy, jej
imienia chrześcijańskiego i całej jej przeszłości. (…)
To, co się w Europie rozgrywa, jest gwałtownym zmierzchem epoki, której ducha
zatruto. Tę niemoc powoduje bezwładność duchowa. To przesilenie jest następstwem
kryzysu moralnego. Ten wstrząs ogólny jest zapadaniem się wszystkiego, co
zawisło w próżni, gdy z życia ludów usunięto Boga i Jego prawo. Ten ostry załom
rozwoju ludzkości to dowód, że bez pierwiastka Bożego narody nie wytrzymują
brzemienia własnych dziejów. Ten bezład, to gmatwanie się stosunków, to
rysowanie i kruszenie się ustrojów jest bankructwem bezbożnictwa wszelkiego
stopnia i wszelkich rodzajów, bankructwem bezbożnictwa w etyce, bankructwem
bezbożnictwa w życiu prywatnym i zbiorowym, bankructwem bezbożnictwa w życiu
publicznym i w stosunkach międzynarodowych.
Ratunek? Przy rozpływaniu się autorytetów, nawet religijnych, tylko katolicyzm
zachował pełną świadomość swego powołania. Wszyscy inni poczynili już ustępstwa
na rzecz naturalizmu, zdają neopogaństwu obronne okopy wiary i obyczajów i idą w
służbę tego, co modne, łatwe, władne i popłatne. Na szańcu pozostał katolicyzm.
Na nim spoczął cały ciężar obrony prawa przyrodzonego, przyrodzonych praw
jednostki i rodziny.
(…) Błędnie pojmuje zadania katolicyzmu w chwili obecnej kto sądzi, że Kościół
powinien dbać przede wszystkim o to, by się ostać, i że w tym celu powinien się
jak najmniej narażać, ograniczać swą działalność do spraw najistotniejszych, a
zresztą jak najdalej uciekać od złości dzisiejszych czasów. Błądzą i ci, którzy
mniemają, że Kościół powinien dziś całą uwagę i siły kierować ku obronie
pozycji, które ma w ręku, wylewając się w mniejszej mierze na inne akcje i
odkładając na lepszą chwilę nowe przedsięwzięcia. Jedni chcieliby głos Kościoła
tłumikiem oportunizmu przygłuszyć, aby oszczędzać tych, którzy zdrowej nauki nie
cierpią (2 Tym 4,3), a drudzy pragnęliby go zamienić w wielki obóz warowny,
odgrodzony zasiekami od świata, a tym jedynie zajęty, by napady odpierać i tak
poprzez burzliwe czasy ocaleć.
Kościół nie jest cieplarnianą roślinką, lecz drzewem, które Bóg zasiał na roli
swojej (Mt 13,31), by się rozrosło na świat cały. Na jego gałązkach mieszkają
ptaki niebieskie (Mt 13,32), ale i wichry szarpią jego konary. Katolicyzm był
zamknięty na modlitwie w wieczerniku tylko do zesłania Ducha Świętego, a potem
wyszedł zeń na zawsze i stał się wiekuistym apostolstwem, które dla pozyskania
ludu niewiernego i sprzeciwiającego się (Rz 9,21) wychodzi z Chrystusem poza
obóz, niosąc urąganie Jego (Hbr 13,13).
Za wiele jest w pewnych kołach katolickich nastawienia na obronę, a za mało
zrozumienia zdobywczych zadań Kościoła. Skoro wywrót i bezbożnictwo coraz
śmielej uderzają w chrześcijaństwo, musi być i obrona, i to obrona zwarta,
dostojna, mocna w dowodach, którymi walczy, potężna pierwotnym duchem
ewangelicznym. Ale obrona to nie wszystko. Nie wystarcza zasłaniać się i ciosy
odbijać. Kościół ma odnieść i ustalić zwycięstwo, które zwycięża świat (2J 5,4),
a to zwycięstwo osiągnie tylko walną ofensywą na całym froncie katolickim.
Naczelnym nakazem dzisiejszej chwili jest uruchomienie powszechnej ofensywy
katolickiej".
Nie cofajmy się, nie chrońmy za zasiekami ostatnich okopów, nie rozpaczajmy, nie
zadowalajmy się "chronieniem substancji", która nam jeszcze została. Rozważmy te
słowa.

 

Prof. Andrzej Nowak historyk
Uniwersytet Jagielloński


Autor jest historykiem, rosjoznawcą i sowietologiem z Uniwersytetu
Jagiellońskiego, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Arcana".

drukuj