Lewicowa reedukacja Hiszpanii
Są takie wydarzenia historyczne, które odciskają piętno na życiu nie tylko
tych, którzy bezpośrednio w nich uczestniczyli, ale także wielu następnych
generacji. W Polsce taką rolę odegrała z pewnością II wojna światowa, natomiast
w przypadku Hiszpanii – tamtejsza wojna domowa z lat 1936-1939 oraz będące jej
bezpośrednią konsekwencją państwo frankistowskie. Teoretycznie ten wewnętrzny
konflikt – choć wyjątkowo zażarty i krwawy – skończył się przed ponad 70 laty,
jednak okazuje się, że stanowi on wciąż istotny punkt odniesienia dla bieżącej
polityki i życia społecznego za Pirenejami.
W połowie roku chylący się ku upadkowi socjalistyczny rząd premiera José Luisa
Zapatero wystąpił z inicjatywą usunięcia z dotychczasowego miejsca pochówku –
bazyliki w Valle de los Caidos – ciała zmarłego w 1975 roku gen. Francisco
Franco i przeniesienia go w inne miejsce. Spotkało się to z protestami rodziny
zmarłego generała. Kilkakrotnie zabierała w tej sprawie głos jego córka Carmen
Franco, opowiadając się przeciw wszelkim zmianom miejsca, w którym spoczywa jej
ojciec. Środowiska miłośników tego miejsca, mającego status zabytku, rozważają w
przypadku podjęcia działań przez władze złożenie doniesienia do wymiaru
sprawiedliwości o profanację grobu. Napięcie rośnie, władze jednak nie
rezygnują.
Głównym inicjatorem tego kroku jest szef hiszpańskiej kancelarii premiera Ramón
Juaregui, który ostateczną decyzję w tej sprawie pozostawił komisji ekspertów,
oczywiście sformowanej przez rząd i przychylnej kryteriom istotnym dla
środowiska sprawującego obecnie władzę w Hiszpanii. W skład komisji wchodzą
historycy, filozofowie, prawnicy. Jednak wszyscy reprezentują wrażliwość
antyfrankistowską: jest tam feministyczna filozof, obrońcy praw człowieka,
historycy zajmujący się wyłącznie frankistowskimi represjami wobec przeciwników
politycznych. Członkiem komisji eksperckiej jest także benedyktyn, ale
sympatyzujący z nacjonalizmem katalońskim, krytycznym wobec Franco, który sam
siebie określa przede wszystkim mianem antyfrankisty. Jednocześnie duchowny ten
jest chętnie cytowany na portalach gejowskich, a sam przyznaje się do fascynacji
brazylijskim biskupem Helmerem Camarą, który zasłynął głównie ze społecznego
radykalizmu i poparcia tezy, że marksizm jest tym dla Kościoła współczesnego,
czym w średniowieczu dla tomizmu był arystotelizm. Trudno więc spodziewać się,
że decyzja komisji będzie miała choćby ślady obiektywizmu.
Zemsta na pogromcy komunizmu
Antyfrankizm, do którego przyznają się członkowie komisji, wydaje się słowem
kluczowym dla zrozumienia intencji hiszpańskiego rządu. Zapatero konsekwentnie
buduje swój wizerunek spadkobiercy ofiar reżimu frankistowskiego i tradycji
republiki hiszpańskiej. Powołuje się przy tym na swojego dziadka –
republikanina, który został rozstrzelany przez frankistów. Nie wspomina jednak o
tym, że jego drugi dziadek był funkcjonariuszem państwowym – oficerem gwardii
cywilnej – jednej z hiszpańskich formacji policyjnych. Wybiórcza pamięć premiera
doskonale obrazuje problem z doświadczeniem dziejów najnowszych, z jakim boryka
się współczesna hiszpańska demokracja.
Socjaliści, a mówiąc nieco szerzej – hiszpańska lewica, przyjęli bardzo
konsekwentną politykę historyczną, starannie dezawuując pamięć o Franco,
obciążając go za wszystkie popełnione i niepopełnione czyny. Udało im się
ostatecznie wyrugować pozostałe jeszcze w przestrzeni publicznej symbole ancien
régime´u. Za rządu Zapatero padł ostatni pomnik Franco, ponieważ zaś jednak z
ich punktu widzenia jest to niewystarczające, teraz zajęli się jego ciałem. Jest
to jakby pośmiertna zemsta na zwycięzcy wojny domowej i pogromcy hiszpańskiej
lewicy z lat 30.
Franco był bowiem przez długie lata jedynym mężem stanu, który zdołał pokonać
komunistów i ich lewicowych sojuszników w otwartym boju, mimo zaangażowania
przez nich wielkich sił i środków. To, co proponuje dziś minister
socjalistycznego rządu – ekshumacja zwłok caudillo i zmiana miejsca jego
pochówku – można rozumieć jako chęć ostatecznego symbolicznego triumfu nad
człowiekiem, który miał odwagę przeciwstawić się radykalnej lewicy i
towarzyszącemu jej mitowi, że triumf jej ideologii jest nieuniknioną dziejową
koniecznością. Można się tu doszukiwać elementów pierwotnego barbarzyńskiego
instynktu – żądzy wzięcia rewanżu na wrogu i triumfu nad ciałem przeciwnika,
znanego jeszcze z mitologii greckiej. Można też doszukiwać się bardziej
racjonalnych pobudek – chęci wykorzystania czynnika "antyfrankizmu" dla
zmobilizowania własnego elektoratu przed zbliżającymi się wyborami
parlamentarnymi, elektoratu, który wydaje się odpływać od hiszpańskich
socjalistów w najrozmaitszych kierunkach ze względu na beznadziejną sytuację
społeczno-gospodarczą kraju.
Sięgnięcie w tym kontekście do antyfrankizmu jest zrozumiałe, ponieważ
niewątpliwie jest on spoiwem hiszpańskiej lewicy, a nawet szerzej – jest jednym
z filarów hiszpańskiej współczesnej demokracji. W wielu poprzednich kampaniach
wyborczych stałym elementem propagandy socjalistycznej było eksponowanie
niechęci do "frankistowskiej dyktatury" i z jednej strony uwiarygodnianie siebie
jako konsekwentnych demokratów, a zarazem oskarżanie centroprawicy hiszpańskiej
o domniemany frankizm, z którym hiszpańska Partia Ludowa nie miała w
rzeczywistości od lat nic wspólnego, raczej prześcigając się z lewicą w
antyfrankistowskiej retoryce.
Zacieranie pamięci
Jednak wydaje się, że inicjatywa socjalistyczna ma też inne konteksty. Wpisuje
się ona w chęć zmiany charakteru samej Valle de los Caidos – Doliny Poległych.
Miejsce to powstało w latach 40. i 50. XX wieku jako symbol pojednania po
tragicznym konflikcie między Hiszpanami. W górach na południe od Madrytu
wzniesiono monumentalną bazylikę i klasztor benedyktyński, które stały się
zarazem symbolem pojednania w duchu chrześcijańskim, wzajemnego wybaczenia win
przez zwaśnione strony konfliktu (spoczęły tam prochy przedstawicieli obu stron
konfliktu), ale także odbudowania jedności narodowej w oparciu o wartości
narodowe i katolickie ważne dla strony zwycięskiej i w tym znaczeniu triumfu
strony przyznającej się do chrześcijaństwa i do Kościoła nad ateistycznym
kolektywizmem strony republikańskiej.
Po latach szczególne emocje zwolenników lewicy budzą dwa fakty związane z Valle
de los Caidos. Po pierwsze, przy budowie pracowali więźniowie polityczni
republikańscy (co prawda pracujący tam dobrowolnie, zachęceni lepszymi warunkami
życia i skróceniem kary, o czym lewicowcy już nie wspominają), po drugie,
znalazł tam miejsce pochówku właśnie znienawidzony przez nich zwycięzca wojny –
gen. Francisco Franco.
Trudno jednak skromny, surowy grób Franco, umieszczony w centralnym miejscu
benedyktyńskiego kościoła, porównywać z mauzoleami przywódców totalitarnych
potęg – takimi jak Mao, Lenin czy Tito. Nie ma tam żadnego wizerunku generała, a
jego intencją było to, by ludzie mogli się modlić za jego duszę, a nie oddawali
mu bluźnierczy hołd jako nieśmiertelnemu władcy. Mimo to nie osłabia to
nienawiści do Franco ze strony lewicowych propagandystów, którzy odpowiadają za
politykę historyczną w Hiszpanii.
Dziś bazylika jest świątynią, ale zarazem jednym z najchętniej odwiedzanych
przez turystów zabytków hiszpańskich. Władze w ostatnich latach nie dopuszczają
jednak do niej turystów pod pretekstem konieczności remontu. Jak się okazuje,
remont ten ma stać się okazją do głębszych zmian.
Naruszenie miru bazyliki i spokoju zmarłych przez ewentualną realizację projektu
socjalistycznego rządu wskazuje także na zjawisko znajdujące się u samych
podstaw współczesnej hiszpańskiej demokracji. W Hiszpanii zbudowano współczesny
porządek polityczny, mówiąc najbardziej delikatnie, na świadomym
niedopowiedzeniu na temat jej najnowszej historii, które to przemilczenie
towarzyszy hiszpańskiemu państwu od czasu słynnego pokojowego "przejścia do
demokracji" w drugiej połowie lat 70., po śmierci generała i demontażu
stworzonego przezeń państwa.
Prawica skapitulowała
Z jednej strony w zapirenejskiej demokracji w porównaniu z frankizmem
praktycznie zachowano znaczną kontynuację elit politycznych. Począwszy od króla,
poprzez polityków prawicowych, a na lewicy skończywszy, w ogromnej większości
członkowie dzisiejszych elit hiszpańskich uczestniczyli w życiu publicznym,
gospodarczym i kulturalnym poprzedniej epoki i sami pełnili – lub w wypadku
młodszych ich rodzice – istotne funkcje publiczne w czasach frankizmu. Po 1978
r. nie odbyły się żadne poważniejsze rozliczenia z funkcjonariuszami
frankistowskimi, nie istnieje też w świadomości opinii publicznej ani opinii
elit problem, który w Polsce nazywamy lustracją, mimo że frankiści kontrolowali
działalność środowisk opozycyjnych za pomocą agentury… Po śmierci caudillo
przedstawiciele dawnego reżimu i ówczesnej opozycji demokratycznej umówili się,
że w imię wspólnej demokratycznej przyszłości nie będą rozdrapywać ran
przeszłości – stawiając, ze względu na niemożność uzgodnienia wspólnej wizji
przeszłości, na przyszłość oraz zamierzoną zbiorową amnezję społeczną.
Jednocześnie jednak w praktyce w sferze kultury, symboliki publicznej i w sferze
werbalnej prawica ustąpiła całkowicie miejsca antyfrankistowskiej lewicy, która
przez ostatnie 30 lat nieustannie bombarduje przeciętnego Hiszpana zarzutami pod
adresem generała i stworzonego przezeń porządku politycznego. Zbiorowa amnezja
dotyczyć ma więc w praktyce nie tyle całej elity politycznej czy hiszpańskiego
społeczeństwa, co głównie jej prawicowej części, która jest całkowicie
ubezwłasnowolniona i obezwładniona przez długotrwałą agresywną politykę
historyczną środowisk lewicowych.
Dowodem absolutnej kapitulacji prawicy jest fakt, że różnice między prawicą i
lewicą w Hiszpanii dotyczą od wielu już kadencji wyłącznie spraw gospodarczych i
polityki zagranicznej. W sferze wartości, a także pamięci historycznej panuje
zgoda na paradygmat proponowany przez lewicę, początkowo marksistowską, ostatnio
postmodernistyczną. W ten sposób formułowane są programy szkolne, według których
wyedukowani zostali nie tylko współcześni młodzi, ale także ludzie w średnim
wieku. Symbolicznego znaczenia nabiera fakt, że kulturą i pamięcią historyczną w
rządach centroprawicy zajmowali się byli lewacy, którzy doskonale zgadzali się
ze swymi byłymi towarzyszami, jeśli chodzi o ocenę dziejów swojego kraju.
Dwukrotny premier Hiszpanii José Maria Aznar, chcąc się publicznie uwiarygodnić,
przedstawiał nawet siebie jako wielbiciela dorobku intelektualnego lewicowego
prezydenta republiki z lat 30. Manuela Azanii, osoby współodpowiedzialnej za
rozpętanie antyklerykalnej nagonki, która w czasie wojny domowej przerodziła się
w masowe prześladowania katolików po stronie republikańskiej. Prawica oddała
całkowicie nie tylko programy szkolne, ale także symbolikę publiczną. Dokonania
Zapatero w tej materii – usuwanie pomników, hojne finansowanie programów
edukacyjnych i badawczych naświetlających jedynie wady dyktatury, a nawet
ostatni pomysł usunięcia grobu Franco – stanowią jedynie ukoronowanie wysiłku
trwającego już ponad 30 lat.
Prawda jest inna
Niedługo lewicowa reedukacja będzie trwała dłużej niż sam frankizm. Jej skutkiem
jest kompletne rozejście się wizerunku reżimu stworzonego w mediach, edukacji i
przestrzeni publicznej i tego, który wynika z badań historyków. Środowisko
historyczne jest o wiele bardziej ostrożne w ocenach dorobku gen. Franco i
trudno postawy badaczy uznać za zgodne z oficjalnym antyfrankizmem hiszpańskiej
przestrzeni publicznej. Oficjalne programy badawcze, mające między innymi
udowodnić tezę o bezprzykładnej brutalności reżimu frankistowskiego, przynoszą
bardzo dyskusyjne efekty.
Okazuje się bowiem, że jednak możemy mówić o większościowym poparciu dla reżimu
przez dobrych kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny. Trudno też dyskutować z
faktem ogromnego rozwoju ekonomicznego kraju (przez pewien czas w latach 60.
gospodarka Hiszpanii frankistowskiej rozwijała się równie szybko jak przodująca
wówczas ekonomia Japonii), a także z faktem, że poza wpływem na władzę
wykonawczą społeczeństwo hiszpańskie cieszyło się sporymi sferami wolności,
nieporównywalnymi z reżimami komunistycznymi, które popierała lewicowa większość
tzw. opozycji demokratycznej w Hiszpanii. Generała trudno było więc nazwać po
prostu bezdusznym "mordercą" i "zamordystą", któremu kraj nic nie zawdzięcza.
Politycy, przedstawiciele mediów i luminarze kultury niezwykle rzadko chcą
pamiętać nie tylko o dorobku frankizmu, ale także o tysiącach ofiar wojny po
stronie narodowej, o największych – porównywalnych z Rosją bolszewicką –
prześladowaniach Kościoła i wiernych, jakich dopuściła się republika i jej
zwolennicy, oraz o tym, że sami są dziećmi frankizmu, który zapewnił im w
znacznej mierze dobrobyt i wolność. Hiszpańskie społeczeństwo żyje więc w
świadomości historycznej zbudowanej na przekazie stronniczym i celowo
zmanipulowanym.
Oskarżanie Kościoła
Problem z tak poprowadzoną polityką historyczną ma również Kościół katolicki.
Jednym z elementów oficjalnej "antyfrankistowskiej" wizji historii jest bowiem
oskarżenie Kościoła o współpracę z brutalnym reżimem niedemokratycznym.
Hierarchia i wierni musieli się przez lata nieustannie tłumaczyć z lat
współpracy z katolickim w końcu reżimem, uwiarygodniając się w oczach Hiszpanów
nie tyle ewangelizacyjną i duszpasterską aktywnością, ile skwapliwym odcinaniem
się od "frankistowskiej przeszłości". Ginęły gdzieś fakty prześladowań
antykatolickich ze strony republikanów, stanowiące przyczynę nawiązania tej
kooperacji, a także fakt, że nie wszyscy duchowni byli zwolennikami Franco.
Dziś apetyty lewicy sięgają dalej niż kiedykolwiek, socjaliści uznają bowiem, że
wnętrze czynnego kościoła, jakim jest przecież przede wszystkim benedyktyńska
bazylika w Valle de los Caidos, musi zostać dostosowane do antyfrankistowskiej
poprawności, wymaganej przez sprawujących władzę socjalistów.
Argument o obciążeniu Kościoła katolickiego związkami z frankizmem jest też
wykorzystywany w bieżących sporach cywilizacyjnych i moralnych. Socjaliści
starają się zdezawuować poprzez przypominanie o frankistowskiej przeszłości
przedstawicieli Kościoła – tej prawdziwej i tej wyimaginowanej – katolickie
protesty wobec wprowadzenia układów homoseksualnych, poszerzania dopuszczalności
aborcji, ułatwień w sferze ustawodawstwa rozwodowego, nadużyć w sprawach tzw.
edukacji seksualnej itp. Kłamliwość polityki historycznej lewicy utrwalona przez
lata bojaźliwością prawicy i katolików dostarcza teraz narzędzi w sporach w
zupełnie innych sferach.
Polityka historyczna Zapatero jest więc owocem asymetrii praw w debacie
publicznej – prawica ma zapomnieć i nie upominać się o swoich bohaterów, lewica
zaś może ich kreować i podtrzymywać o nich pamięć, manipulując niejednokrotnie
faktami w celu uzasadnienia swych tez. Nie można się jednak łudzić, że to
zaspokoi apetyty ideologiczne lewicy – nie dadzą spokoju nawet zmarłym, jeśli
tylko uznają, że jest to potrzebne do utrwalenia ich ideologicznych tez. Jedynym
wyjściem jest więc podjęcie próby przywrócenia równowagi w debacie publicznej i
powrót do dyskusji o faktach, a nie o ideologicznych mirażach. Nie będzie to
jednak łatwe po kilku dekadach politycznej reedukacji społeczeństwa i budowania
go jako swoistej "wspólnoty wstydu" za frankizm.
Dr Paweł Skibiński historyk,
Uniwersytet Warszawski
