Euro nad głową marszałka
Czyta pani Pismo Święte? – zaczepiły mnie dwie kobiety pod blokiem. Znane
pytanie, zadawane zwykle przez… no właśnie, świadków Jehowy. A tu
niespodzianka. Panie przedstawiły się jako emisariuszki grupy parafialnej, która
co tydzień pod kierunkiem księdza spotyka się w pobliskim kościele. Cel tych
zebrań: lepiej poznać Pismo Święte. Namawiają kolejne osoby. Podobno kto raz tam
zajrzał, wraca. Proszę przyjść – zachęcały z uśmiechem.
Miałam jeszcze żywo w pamięci tę optymistyczną rozmowę, gdy na zakończonym
wczoraj I Kongresie Biblijnym usłyszałam, że publikacje na temat Pisma Świętego
przeżywają właśnie w Polsce prawdziwy renesans. Innymi słowy, jest wielu
zainteresowanych, aby po nie sięgać. Ostatni hit wydawniczy to "Nowy leksykon
biblijny" (wyd. Jedność, Kielce 2011): 5 tys. haseł w porządku alfabetycznym, do
tego 100 haseł tematycznych przynoszących klarowny wykład teologii biblijnej,
najnowszy stan badań, mapy, dodatki, ponad 1000 ilustracji. Zawsze jest
odesłanie do konkretnych fragmentów Pisma Świętego, w których dana postać,
przedmiot, nazwa, zjawisko czy symbol występuje. Wszystko zajmuje blisko 900
stron. Redaktorem polskiego wydania publikacji opracowanej przez najwyższej
próby specjalistów z Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Włoch, Kanady i Boliwii jest
ks. prof. Henryk Witczyk, szef Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II. We wstępie
ks. kard. Gianfranco Ravasi, światowej sławy biblista i przewodniczący
Papieskiej Rady Kultury, porównał ten leksykon do skarbca, z którym nie powinni
rozstawać się pragnący samodzielnie i ze zrozumieniem czytać Pismo Święte. Do
skorzystania w rodzinie, szkole, grupie parafialnej.
Naprawdę dobra książka na nasze czasy, gdy kosztami transakcyjnymi walki
politycznej nowy ruch drapieżnego ateizmu próbuje obarczać katolików,
definiowanych jako wrogowie postępu i neutralności. Zważywszy na to, że jesteśmy
konfrontowani z coraz to nowymi informacjami o aktach agresji wobec Biblii,
krzyża, Kościoła, które reżyserują ludzie formalnie wykształceni czy operujący w
sferze kultury – dostajemy świetne narzędzie do pogłębienia i zachowania własnej
tożsamości. A to sprawa dziś kluczowa dla całego świata zachodniego. Kardynał
Ravasi stawia diagnozę: poprzez braki typu kulturowego Europa odcina się od
swoich chrześcijańskich korzeni (także w dokumentach traktatowych), a w
konsekwencji szarzeje, blaknie, obojętnieje, pozbawia się własnego "kodu". W tym
sensie zdjęcie krzyża ze ściany nie jest niczyim sukcesem, bo biała ściana "nie
ma sensu". Natomiast próby umieszczania obok krzyża innych znaków kulturowej
obecności byłyby kolejnym przejawem erozji tego, co stanowi o europejskości.
Według bliskiego współpracownika Papieża realna jest obawa, że w przyszłości
jedyne symbole dopuszczalne w sferze publicznej będą miały charakter czysto
komercyjny, ekonomiczny. Czy wtedy wszyscy będą zadowoleni? Proponuję mały
eksperyment. Niech Janusz Palikot powiesi już dziś nad głową marszałka Sejmu
banknot euro. Po pierwsze, pieniądz ten nie jest "neutralny światopoglądowo",
jak widać na przykładzie fali protestów greckich. Po drugie, do jutra może się
zdewaluować. Oto naga prawda o wartości symboli komercyjnych.
Jolanta Tomczak
