Gdzie jest premier?
Podczas ostatniego, wtorkowego posiedzenia rządu Rada Ministrów wydała
jedynie dwa rozporządzenia dotyczące rolnictwa i rybołówstwa, a tydzień
wcześniej zdecydowała o odroczeniu podjęcia decyzji w sprawie uchwały dotyczącej
przyjęcia "Koncepcji Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2030". Biorąc pod
uwagę, iż takie właśnie decyzje podejmuje po przeprowadzonych wyborach
parlamentarnych jeszcze stary rząd, każdy postronny obserwator mógłby z
pewnością stwierdzić, iż to odchodząca ekipa, która straciła mandat do
rządzenia, jedynie administruje przed objęciem rządów przez nowych ludzi, którzy
wygrali wybory zupełnie inną wizją Polski.
W rzeczywistości jest jednak inaczej. Scena polityczna po wyborach pozostała
praktycznie niezmieniona. Oba ugrupowania tworzące do tej pory koalicję rządzącą
zdecydowanie deklarują chęć dalszej współpracy, ma być ten sam premier, a
koalicjant zapewniający zwycięskiej partii większość w parlamencie chce mieć w
rządzie dokładnie tych samych trzech ministrów, których miał do tej pory. Czy
cokolwiek stoi na przeszkodzie, by rząd, już w nowej kadencji, mógł
funkcjonować? To podobno polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej nie
pozwala na zmianę choćby jednego ministra bez szkody dla naszego przywództwa w
UE. Dlatego też premier i prezydent postanowili maksymalnie wykorzystać terminy,
które na powołanie nowego gabinetu daje Konstytucja. To jednak, zdaje się, tylko
argument formułowany dla gawiedzi, aby wytłumaczyć trwającą piąty rok grę na
czas Donalda Tuska. Nikt bowiem nie rozdzierał szat i nie pytał, co teraz będzie
z polską prezydencją, gdy po blisko miesiącu od jej rozpoczęcia ze stanowiska
ustępował minister obrony narodowej Bogdan Klich. I to mimo że przygotowane w
MON priorytety polskiej prezydencji należały do najbardziej akcentowanych przez
rząd. Jeśli przyjrzymy się ostatnim czterem latom, to stwierdzimy, iż ekipie
Donalda Tuska zawsze coś przeszkadzało. Najpierw prezydent z wrogiego obozu
politycznego, później, gdy "złego" prezydenta już nie było, kłody pod nogi
rzucała opozycja, która w Sejmie była i tak skutecznie pacyfikowana przez
blokowanie jej inicjatyw. Gdy Bronisław Komorowski sposobił się do przejęcia
Pałacu Prezydenckiego, apelował o 500 "dni spokoju" (czytaj: nieczepiania się
rządu i niezadawania niewygodnych pytań). Gdy prezydentem został, można było
usłyszeć postulaty 300 "dni spokoju". Teraz "musi być spokój", bo mamy
prezydencję. Czy po zakończeniu przewodnictwa w Radzie UE Donald Tusk w swojej
grze na czas pójdzie jeszcze dalej, wzywając tym razem np. o 1000 "dni spokoju"?
Efekty takich rządów można było wyczytać w jednym z ostatnich komunikatów
Głównego Urzędu Statystycznego, z którego wynika, iż tylko w ciągu 3 pierwszych
lat pod rządami w polskiej gospodarce Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego
zadłużenie instytucji rządowych i samorządowych wzrosło aż o połowę. Rządząca
obecnie ekipa konsekwentnie stara się też znaleźć dodatkowe źródła dalszego
finansowania swojej działalności – stąd m.in. podwyżka podatku VAT czy też
przechwycenie części środków, które trafiały do otwartych funduszy emerytalnych.
Oznaki życia Donald Tusk – premier daje obecnie, jedynie pokazując się na
unijnych szczytach. Później na konferencjach prasowych słyszymy jednak tylko
niezwykłe opowieści o wielkich sukcesach polskiego rządu – jakoby to Polska
najpierw doprowadziła do tego, że na dodatkowym szczycie w Brukseli spotkali się
nie tylko przywódcy państw strefy euro, lecz całej Unii, a następnie, iż zasługą
naszego rządu jest doprowadzenie do wypracowania i przyjęcia porozumienia w
sprawie działań antykryzysowych, mimo że gdy przywódcy Niemiec i Francji
ogłaszali zakończenie rozmów w tej sprawie, premiera Tuska już od kilku godzin w
Brukseli nie było. O niezwykłym wkładzie Donalda Tuska w sfinalizowanie tych
rozmów nie wiedzą – najprawdopodobniej – np. Nicolas Sarkozy czy Angela Merkel,
gdyż wątpliwe, by byli słuchaczami konferencji prasowych członków polskiego
rządu przekazujących Polakom swoją propagandę.
To, co robi rząd – a właściwie czego nie robi – zdaje się, że nie bardzo
interesuje w tej chwili opozycję. Dwie do tej pory największe partie opozycyjne
pochłonięte są wewnętrznymi rozliczeniami do tego stopnia, że obecnemu szefowi
MSZ nie zostawią nawet przyjemności z zapowiadanego przez niego "dorznięcia
watahy", gdyż – jeśli tak dalej pójdzie – ta wataha dorznie się sama. Trzecie
ugrupowanie – przynajmniej na razie opozycyjne – postanowiło skoncentrować się z
kolei na kreowaniu wirtualnych problemów, które dla dobra Polaków chciałoby,
przez cztery lata w nowym Sejmie, rozwiązywać.
Ale żeby nie odniósł nikt wrażenia, iż premier Donald Tusk zupełnie nic od
trzech tygodni nie robi, a jedynie posługuje się propagandą dla podkreślenia
rzekomych sukcesów na arenie międzynarodowej, należy oddać szefowi rządu
sprawiedliwość i przyznać, że zdołał spełnić już jedną ze swoich wyborczych
obietnic. Donald Tusk obiecał w czasie kampanii pomoc "paprykarzom", którym
wichura zniszczyła plantacje. W ówczesne zapewnienia premiera o pomocy chyba nie
bardzo wierzyli, zwracając się z problemem również do opozycji. Premier
obietnicy dotrzymał i w pomoc po wyborach zaangażowana została służba
bezpośrednio podległa premierowi Tuskowi – Centralne Biuro Antykorupcyjne. CBA
sprawdza teraz plantatorów, czy aby nie zawyżyli swoich strat w celu wyłudzenia
odszkodowań.
Na drugi raz każdy – nie tylko "paprykarz" – będzie już wiedział, iż nie ma co –
zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej – zawracać głowy w jakiejkolwiek sprawie
opozycji czy też pytać: "Jak żyć?". Premier może przecież bardzo dużo, a nawet
jeszcze więcej, i prędzej czy później, tak czy inaczej, pomoże. Do rozwiązania
pozostaje jednak inny palący problem, który zaistniał w okresie kampanii
wyborczej. Chodzi o sprawę wzrostu opłat za przedszkola. Wprowadzonych przez
Sejm zmian ustawowych, które pozwoliły samorządom na podwyżkę tych opłat,
premier Donald Tusk nie chciał odwrócić przez dokonanie zmian w ustawie. Może w
tej sytuacji szef rządu zdecyduje się wesprzeć rodziców – przynajmniej tych,
którzy przed telewizyjnymi kamerami najgłośniej wyrażali swoje niezadowolenie –
pomocą funkcjonariuszy tym razem na przykład Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego.
Artur Kowalski
