Z frontu walki z bałwochwalstwem

Nie ma nic gorszego niż bałwochwalstwo. Może dlatego, że chyba nie ma nic
równie głupiego. Bałwochwalstwo bowiem polega na tym, że człowiek zaczyna czcić,
to znaczy – korzyć się przed swoimi własnymi wytworami, a nawet – składać im
ofiary, np. ze swojej wolności. Proces odchodzenia od bałwochwalstwa, a nawet od
politeizmu, został bardzo ładnie opisany przez Tomasza Manna w książce "Józef i
jego bracia".

Jest tam scena, jak Pan Bóg przygląda się Abrahamowi, a właściwie nie tyle
jemu samemu, co procesowi myślowemu przebiegającemu w jego głowie. Abraham myśli
tak: skoro jest wielu bogów, to któryś z nich musi być najważniejszy. Skoro tak,
to nie ma sensu oddawać czci bogom stojącym w hierarchii niżej. Skoro podlegają
mocy i woli tego najważniejszego i najwyższego, to – powiedzmy sobie szczerze –
jacy tam z nich "bogowie"? Skoro tak, to nie ma wielu "bogów", a tylko ten
Jeden.
Ostatnio zostaliśmy ostrzeżeni przed "bałwochwalstwem rynku". Ano, przyjmujemy
to ostrzeżenie do wiadomości, a właściwie przyjęlibyśmy je z pokorą, gdyby nie
dwie okoliczności. Wprawdzie bałwochwalstwo rynku jest możliwe, bo rynek też
jest wytworem ludzkim, ale jeśli nawet ono występuje, to musi być chyba
zjawiskiem niezwykle rzadkim. Trochę znam środowisko zwolenników wolnego rynku,
ale nie spotkałem wśród nich ani jednego, który by uważał, że rynek jest
omnipotentny, tzn. że jest w stanie rozwiązać wszystkie problemy. Na przykład –
problem zdrady małżeńskiej albo braku wzajemnej miłości. Ci ludzie uważają
tylko, że rynek dość dobrze rozwiązuje różne problemy gospodarcze. Jeśli, dajmy
na to, chcę kupić buty za 300 zł, to dla mnie buty przedstawiają wartość wyższą
niż 300 złotych. W przeciwnym razie nigdy bym się w ten sposób nie zamienił. Z
kolei dla sprzedawcy butów – odwrotnie. Dla niego 300 zł przedstawia wartość
znacznie większą niż buty – bo w przeciwnym razie nigdy by się w ten sposób nie
zamienił. Zatem jeśli dochodzi do dobrowolnej transakcji, to znaczy, że obydwie
jej strony – po pierwsze – uważają, iż zrealizowana została zasada
sprawiedliwości, a po drugie – każda ze stron ma subiektywne poczucie korzyści.
Może to nie jest jakiś ideał, ale – powiedzmy sobie szczerze – czegoż chcieć
więcej? I to jest pierwsza okoliczność, dla której ostrzeżenie przed
"bałwochwalstwem rynku", wprawdzie teoretycznie słuszne, wydaje się jednak
szalenie przesadzone. Tym bardziej że, po drugie, na świecie szerzy się epidemia
całkiem innego bałwochwalstwa – bałwochwalstwa państwa – również będącego
ludzkim wytworem – przed którą nie tylko nikt nie przestrzega, ale nawet można
odnieść wrażenie, że wielu ludzi, a może nawet bardzo wielu, pada tej epidemii
ofiarą. O ile bowiem zwolennicy wolnego rynku nie uważają, by rynek był
wszechmocny, o tyle przekonanie o omnipotencji państwa jest bardzo
rozpowszechnione. Żeby nie być gołosłownym, przypomnę wynurzenia pewnej naszej
Umiłowanej Przywódczyni, która w rozmowie zamieszczonej w ogólnopolskim
dzienniku dała wyraz przekonaniu, że zboże rośnie, kury się niosą, krowy dają
mleko, a słońce wschodzi i zachodzi dlatego, że odpowiednie urzędy wydały na to
zezwolenia. Gdyby tych zezwoleń nie było, świat zatrzymałby się w bezruchu – aż
do odwołania. To przekonanie musi podzielać wielu ludzi, skoro uważają, że
najlepszym remedium na trapiące świat patologie byłby rząd światowy. Jest to
jednak dość ryzykowne, bo skoro mamy tyle paroksyzmów i zgryzot z jednym w końcu
– powiedzmy sobie szczerze – prowincjonalnym i nieposiadającym większego, a
prawdę mówiąc – żadnego ciężaru gatunkowego rządem pana premiera Tuska, to cóż
dopiero musiałoby się dziać w przypadku rządu światowego?
 

Stanisław Michalkiewicz

drukuj