„Widełki” zachęcą techników?
Brak stabilności i możliwości rozwoju powoduje, że dowódcy jednostek
wojskowych mają problemy z obsadą etatów personelu technicznego. Do służby w
wojsku zniechęca też zamknięta droga awansów, których nie ma, bo musi za nimi
iść zmiana obowiązków. Sprawę mogłyby rozwiązać tzw. widełki etatowe. Ale i tak
najlepszym wyjściem jest kompleksowa reforma całego systemu kadrowego.
Obowiązująca w wojsku struktura etatowa nieprzewidująca możliwości awansu na
zajmowanych przez żołnierzy stanowiskach (tzw. widełek etatowych) powoduje duże
trudności z obsadą etatów personelu technicznego. Na problem zwróciła uwagę
Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich, po wizycie w likwidowanym 36.
Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Problem nie dotyka tylko jednostek
Sił Powietrznych, ale całych Sił Zbrojnych. "Duże trudności mają dowódcy z
obsadą etatów personelu technicznego, zajmującego się obsługą samolotów. Proces
szkolenia podoficerów jest długotrwały, a stanowiska, na których pełnią służbę,
nie zapewniają im poczucia stabilności i możliwości rozwoju" – zaznaczyła
Lipowicz w liście skierowanym do Tomasza Siemoniaka, ministra obrony narodowej.
W ocenie RPO, zgodnie z obowiązującymi obecnie procedurami kadrowymi "podoficer
nie ma możliwości awansu na zajmowanym stanowisku, aby bowiem awansować, musi
być wyznaczony na inne stanowisko (zazwyczaj niezwiązane z tym, które zajmuje
aktualnie)". Lipowicz dostrzegła jednak możliwość usprawnienia działań kadrowych
i lepszego wykorzystania posiadanych żołnierzy specjalistów, poprzez
wprowadzenie na stanowiskach technicznych tzw. widełek etatowych, otwierających
żołnierzom drogę awansu bez konieczności zmiany stanowiska pracy.
Tylko awans
W ocenie jednego z pilotów wojskowych, z którym rozmawiał "Nasz Dziennik",
wprowadzenie widełek etatowych to dobre i realne rozwiązanie. – Jeżeli żołnierz,
podoficer skończył szkołę techniczną, potem dokształca się i uzyskuje np. tytuł
inżyniera w danej specjalności, to dlaczego nie awansować go na wyższy stopień
za to, co osiągnął, za to, że pogłębił swoją wiedzę? – zaznacza. Jak podkreśla,
żołnierz służy także z myślą o rozwoju i awansie, a dodatkowo zdobyta wiedza
powoduje, że ten sam człowiek na zajmowanym stanowisku lepiej i bardziej
świadomie wykonuje swoje obowiązki. – Taki żołnierz ma większą wiedzę
techniczną, przestaje działać jak automat, potrafi myśleć analitycznie i
przewidzieć pewne sytuacje. To cenne umiejętności – dodaje nasz rozmówca.
Dlaczego rozwój i kształcenie kadry technicznej jest bardzo ważne? O ile dawniej
fachowców od lotnictwa różnych specjalności kształciły techniczne szkoły wojsk
lotniczych, o tyle obecnie do Sił Powietrznych trafiają osoby po różnych
szkołach technicznych, bez specjalistycznej lotniczej wiedzy. – Takie osoby są
przyuczane do wykonywania podstawowych czynności serwisowych i je poprawnie
wykonują. Często jednak nie potrafią samodzielnie rozwiązać trudnego problemu
technicznego czy dokonać bardziej skomplikowanej naprawy. "Widełki" na pewno
będą jakąś zachętą do samorozwoju, będą pchały żołnierzy do podnoszenia
kwalifikacji, a nie ma wątpliwości, że prawdziwych fachowców nam potrzeba – mówi
pilot.
Wcześniej w wojsku obowiązywał system klasowy, a osoby z klasą mistrzowską w
danej dziedzinie były specjalistami najwyższych lotów i stale uaktualniały swoją
wiedzę. Za tym szło też lepsze wynagrodzenie, ale zrezygnowano z takiego
rozwiązania. Obecnie żołnierze specjaliści zachęcani są do pracy w armii poprzez
dodatki motywacyjne. – One sprawy nie załatwią. Przede wszystkim są to
niewielkie pieniądze, a do tego jest to tylko dodatek, który raz jest, a raz go
nie ma. Co innego awans. Z nim wiąże się to, że kiedy żołnierz przechodzi na
emeryturę, to jego uposażenie wyliczane jest w zależności od posiadanego stopnia
i zajmowanego stanowiska. Dodatek nie ma tu znaczenia. Widać zatem, że
otworzenie drogi do awansu jest właściwą zachętą do pracy w wojsku – dodaje
major.
Problem zamkniętej ścieżki kariery wojskowej nie dotyka wyłącznie korpusu
podoficerów. – Proszę sobie wyobrazić, że w Siłach Powietrznych podporucznikiem
albo porucznikiem jest się przez 10-12 lat, jakby za karę. A ktoś, kto skończy
wrocławską oficerską szkołę wojsk lądowych, po 3-4 latach jest porucznikiem,
potem kapitanem, majorem… Tak mija 15 lat służby. Spotykają się rówieśnicy po
wyższej szkole w Dęblinie i we Wrocławiu i okazuje się, że "zielony" jest już
podpułkownikiem albo pułkownikiem, a pilot jest porucznikiem albo kapitanem.
Może różnice w uposażeniu nie są duże, z uwagi na lepsze zarobki w lotnictwie,
ale idąc na emeryturę, pilot traci, bo ta liczona jest według stopnia – tłumaczy
pilot. Zdaniem naszego rozmówcy, rozważnych zmian wymaga cały system. – Nie
można tu również zapomnieć o tym, że w lotnictwie pilot lata, póki ma zdrowie, a
gdy to szwankuje, staje się tak naprawdę zbędny, bo nie ma możliwości zrobienia
roszady na stanowiskach, ponieważ te są obsadzone – zauważa. W podobnych
wypadkach w wojskach lądowych o etaty "biurkowe" jest znacznie łatwiej.
Stan destabilizacji
Nieco inaczej problem postrzega gen. Jan Baraniecki, zastępca dowódcy Wojsk
Lotniczych w latach 1997-2000. Jego zdaniem, potrzebna jest kompleksowa reforma
systemu kadrowego. – Na pewno coś trzeba zrobić i nie ma wątpliwości, że cały
system kadrowy obowiązujący obecnie w Wojsku Polskim musi zostać zmieniony, i to
od A do Z – podkreśla. Jak zauważa, wszystkie kraje rozwinięte stawiają na naukę
i rozwój kadry. Tymczasem w polskich warunkach najpierw trzeba pokonać
przeszkody, by dostać się do szkoły wojskowej, by potem przekonać się, że
pokonanie owych trudności nie przynosi żadnych korzyści.
W podobnym tonie wypowiada się Marek Opioła, poseł PiS, członek sejmowej Komisji
Obrony Narodowej. Według niego, "widełki" są jakimś wyjściem, ale nie eliminują
wszystkich problemów. – Jest to rozwiązanie krótkoterminowe. Trzeba przecież
pamiętać o tych technikach, którzy obecnie się szkolą i oczekują jasnych reguł
na przyszłość. Z pewnością problem trzeba rozwiązać, ale należy to uczynić w
sposób kompleksowy. Leczeniem tylko objawów nie wyleczymy choroby i system
będzie nadal kulał – ocenia. Jak zaznacza poseł, takiego kompleksowego
rozwiązania oczekuje od nowego ministra obrony narodowej. – Podobnie było ze
zlikwidowaniem specpułku. No i co dalej? Nie wiemy. Sprzedajemy stare samoloty,
ale nikt nie mówi, czy będą nowe, kto na nich będzie latał. Czy przyszli
oficerowie, obecnie kształcący się w Dęblinie, mają przyszłość w Siłach
Powietrznych? Odpowiedzi nie ma. I to jest główna bolączka wszystkich reform
wprowadzanych "na szybko" w armii – zauważa. W opinii Opioły, resort obrony nie
może kierować się jedynie myślą o załagodzeniu kryzysu na danym odcinku, bo
potrzebne jest myślenie długofalowe. – Problem związany z personelem technicznym
nie powstał teraz, ale nikt się nad nim dotąd nie pochylił. Jeśli jednak teraz
zajmiemy się tylko grupą techników, to za chwilę znajdą się kolejne grupy z
podobnymi problemami. Dlatego tę kwestię trzeba potraktować całościowo. Dowódcy
poszczególnych rodzajów Sił Zbrojnych powinni zdiagnozować trudności i przyjąć
jednolitą strategię – dodaje Opioła. Jak zauważa, z pewnością problem trzeba
rozwiązać, bo obecny stan powoduje destabilizację armii.
Marcin Austyn
