Siemoniak chowa się za sztabem

Rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz wzięła w obronę żołnierzy 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który został rozformowany przez
ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka. Minister nie odniósł się do spraw
poruszanych przez RPO, polecając przygotowanie odpowiedzi na list Lipowicz
Sztabowi Generalnemu. Tylko że to nie SG podejmował decyzję o likwidacji
specpułku, ale właśnie szef MON.

Jeszcze miesiąc po decyzji Tomasza Siemoniaka, ministra obrony narodowej, o
likwidacji specpułku żołnierze nie wiedzieli, jaki spotka ich los. Swoje obawy
wyrazili podczas wrześniowego spotkania z przedstawicielem Rzecznika Praw
Obywatelskich. Lotnicy mieli żal, że o decyzji ministra dowiedzieli się z
mediów. Nie godzili się też z tym, że cała wina za katastrofę samolotu Tu-154M
spada na żołnierzy, podczas gdy był to efekt wieloletnich zaniedbań. "W
emocjonalnych wystąpieniach podkreślano, iż katastrofa była wynikiem
wieloletnich zaniedbań, a także wynikiem niepodejmowania we właściwym momencie
decyzji. Po tym tragicznym wydarzeniu całą winą próbuje się obciążyć wyłącznie
żołnierzy pułku" – napisała Irena Lipowicz w liście do ministra obrony. Jak
wskazała, decyzja o rozwiązaniu pułku była zaskoczeniem zarówno dla dowództwa,
jak i służących w jednostce żołnierzy. "Wcześniej bowiem, w różnych dokumentach
pokontrolnych, po stwierdzeniu niedociągnięć, mówiło się jedynie o potrzebie
wprowadzenia niezbędnych zmian organizacyjnych i szkoleniowych. Były też
zapewnienia ówczesnego Ministra Obrony, że jednostka pozostanie" – zaznaczyła
Lipowicz.
Dowodziły tego podjęte czynności naprawcze: zmieniono procedury szkoleniowe dla
pilotów i system szkolenia, wprowadzono korzystniejsze struktury etatowe, a do
jednostki skierowano wielu wyróżniających się żołnierzy, w tym pilotów, z całej
Polski. "Kiedy wprowadzane zmiany zaczynały już być zauważalne, przyszła decyzja
o rozwiązaniu pułku i stworzeniu nowej jednostki (znacznie mniejszej etatowo), o
nie do końca jeszcze sprecyzowanych zadaniach" – zaznaczyła RPO. Na podstawie
informacji pozyskanych w jednostce Lipowicz ustaliła, że po rozformowaniu pułku
bez możliwości zatrudnienia w nowej strukturze pozostaje aktualnie 37 oficerów,
24 podoficerów i 12 pracowników wojska.
Żal żołnierzy budził fakt, że likwidacja pułku dotknie też żołnierzy, co do
których pracy uwag nie było. To piloci latający na samolotach Bryza oraz
śmigłowcach. "Dlatego w trakcie rozmów z pilotami padały postulaty, aby w
strukturach nowo organizowanej jednostki pozostały samoloty Bryza, które
wykorzystane byłyby do wykonywania dotychczasowych zadań" – zaznaczyła Lipowicz.
Problem dotyka też personelu technicznego. Ale nie tylko. "Do najbardziej
rozgoryczonych zaistniałą sytuacją należą piloci jaków. Dalsze pełnienie przez
nich służby wojskowej uzależnione zostało od przeszkolenia się w pilotażu innych
typów samolotów" – napisała RPO.
Irena Lipowicz zaznaczyła, że w pułku pełnią służbę żołnierze, którzy
zdecydowali się przyjść do jednostki po wprowadzeniu nowej struktury etatowej i
którzy byli zapewniani o stabilnych warunkach pełnienia służby. "Zaledwie po
kilku miesiącach sytuacja uległa radykalnej zmianie. Podczas spotkania żołnierze
z rozgoryczeniem mówili, iż do czasu pobytu przedstawicieli Rzecznika w
jednostce nikt z nimi nie rozmawiał na temat możliwości pełnienia dalszej służby
wojskowej. Nie znają, jakie w stosunku do nich są plany przełożonych i czy
znajdzie się dla nich miejsce w nowych strukturach jednostki" – czytamy w
stanowisku. Obawy żołnierzy budzi także możliwość zabezpieczenia nowej jednostki
w sprzęt, bo postawionych zadań nie można będzie wykonać pięcioma śmigłowcami. W
ocenie lotników, powinno być 16 takich maszyn.
RPO zwróciła się do ministra Tomasza Siemoniaka z prośbą o ustosunkowanie się do
poruszonych problemów. Ten jednak uznał, że sprawą zajmie się Sztab Generalny
Wojska Polskiego. – Minister Tomasz Siemoniak polecił zajęcie stanowiska
Sztabowi Generalnemu Wojska Polskiego. Jak je dostaniemy, wyślemy odpowiedź do
RPO – zaznaczył Jacek Sońta, rzecznik MON.
W ocenie gen. dr. Romana Polki, byłego dowódcy GROM, taka postawa ministra
świadczy o braku odwagi do wzięcia pełnej odpowiedzialność za podejmowane
decyzje, bo to on powinien uzasadnić, dlaczego po podjęciu kroków naprawczych,
sprowadzeniu fachowców doszło do likwidacji specpułku. – Szkoda, że pan minister
nie pytał o zdanie Sztabu Generalnego, kiedy podejmował decyzję o likwidacji
specpułku. W taki sposób psuje się armię. Kiedy trzeba skorzystać z wiedzy
ludzi, którzy w tej instytucji są od lat, to nie korzysta się z tego
doświadczenia i podejmuje się wygodne decyzje. Tyle że później muszą się z tego
tłumaczyć wojskowi i uzasadniać rzeczy, których nie da się uzasadnić –
stwierdził Polko.
Jak zauważył były dowódca GROM, nagła zmiana decyzji co do przyszłości pułku
niszczy morale i zaufanie do przełożonych. – Nagle decyzje zmieniają się o 180
stopni, a przecież rząd się nie zmienił. To sprawia, że żołnierze nie wierzą już
szefowi resortu – zauważył Polko. Jak dodał, niestety kierownictwo MON w dalszym
ciągu popełnia błąd ministra Bogdana Klicha – nie słucha rad doświadczonych
żołnierzy albo traktuje je jako uprawianie czarnowidztwa, by potem uznać, że o
niczym nie wiedziało.

 

Marcin Austyn

drukuj