Archeolodzy wrócą do Wołynia
Włodzimierz Wołyński do 17 września 1939 r., a więc do napaści Rosji
Sowieckiej na Polskę, był w polskich granicach. W 1997 r. pierwsze,
niedokończone wykopaliska w tym miejscu doprowadziły do odkrycia 97 szczątków.
Ich polskość potwierdziły m.in. mundury polskie, guziki polskie i pagony
policyjne.
W maju br. ukraińscy archeolodzy podczas prac badawczych na terenie tzw.
grodziska Kazimierza Wielkiego odkryli sześć masowych grobów ofiar mordów NKWD,
w tym także obywateli polskich. Prace polskich archeologów pod kierownictwem
prof. Andrzeja Koli, finansowane przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa,
rozpoczęły się na przełomie sierpnia i września. Wstępne oględziny miejsca
przeprowadzone w czerwcu br. przez ukraińskich archeologów wskazywały, że są to
masowe groby polskich ofiar mordów NKWD, niewykluczone, że z tzw. listy
katyńskiej. Jednak podczas wykopalisk okazało się, że mogą to być również
zamordowani przez Niemców Polacy pochodzenia żydowskiego. – Kobiety były
pozbawione obrączek, brakowało też guzików na ubraniach mężczyzn, które
pozwalałyby na dokładną identyfikację. Była to zatem rzeź, po której nie miał
pozostać żaden ślad – mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Maciej Dancewicz,
naczelnik wydziału zagranicznego Rady. Podkreśla, że szczególne wrażenie robił
widok szczątków kobiety – co zresztą potwierdziły badania antropologiczne, która
próbowała chronić w ramionach dwoje malutkich dzieci. Wszystkie ciała ułożone
zostały warstwami w dużym zagęszczeniu. – Tak czy inaczej zamordowane ofiary to
obywatele II Rzeczypospolitej, którym należy się godne upamiętnienie – dodaje
Dancewicz. Po zakończeniu prac odbył się pogrzeb ofiar na cmentarzu komunalnym.
Strona ukraińska wydzieliła i ogrodziła kwaterę, w której pochowano szczątki 367
obywateli II Rzeczypospolitej. W przyszłym roku na terenie grodziska we
Włodzimierzu Wołyńskim znów pojawią się polscy archeolodzy. – Najpierw chcemy
dokończyć prace rozpoczęte w rym roku, a następnie wyeksplorować groby, które
prof. Kola ze swoim zespołem namierzył ostatnio. Prawdopodobnie są to ofiary z
1940 r., a więc ofiary NKWD. Najpierw jednak musimy się postarać o stosowną
zgodę. Po zakończeniu prac powstanie wspólne godne miejsce upamiętnienia
wszystkich ofiar dwóch totalitaryzmów, do którego zostaną przeniesione także
szczątki polskich oficerów odkryte w 1997 r. – zakłada Dancewicz.
Mariusz Kamieniecki
***
Policjant z Włodzimierza zginął w Ostaszkowie
Z prof. Andrzejem Kolą z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu, szefem zespołu prowadzącego prace
archeologiczno-ekshumacyjne we Włodzimierzu Wołyńskim, rozmawia Mariusz
Kamieniecki
Jakie są końcowe wyniki ekshumacji we Włodzimierzu Wołyńskim?
– Przyznam, że wyniki są dla nas nieco zaskakujące. Kiedy bowiem 2 czerwca br.
spotkaliśmy się we Włodzimierzu Wołyńskim z archeologami ukraińskimi i
zapoznaliśmy się z wynikami ich badań, zresztą ukierunkowanych na struktury
średniowieczne (przypomnę, że chodziło o zbadanie średniowiecznego zamku
Kazimierza Wielkiego), byliśmy przekonani, że znalezione szczątki kostne są
związane z martyrologią 1939 roku. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że są to
przede wszystkim ofiary mordu dokonanego na nieznanej grupie, prawdopodobnie
nawet nie miejscowej, a być może przywiezionej z zewnątrz. Również skład wiekowy
pomordowanych jest zróżnicowany: począwszy od dzieci aż po starców. Są tam także
kobiety.
W jakim czasie dokonano tego mordu?
– Jeżeli chodzi o datę, to w tym wypadku archeologia niewiele ma do powiedzenia.
Przypomnę tylko, że archeologia datuje na podstawie wyposażenia grobów, na
podstawie zabytków kultury materialnej. W tym przypadku wszystko wskazuje na to,
że skazani na śmierć byli bez odzieży. Nie ma zatem ani medalików, ani guzików i
w zasadzie jedynym materiałem, który pozwala datować to wydarzenie, są łuski od
niemieckiego pistoletu parabellum kalibru 9 mm, które zostały wyprodukowane w
1941 roku. Jeżeli w 1941 r., to trudno przypuszczać, że były w gestii NKWD.
Wszystko zatem wskazuje, że mordu dokonali Niemcy po 1941 r. albo w drugiej
połowie 1941 roku. Niestety, archiwalne źródła historyczne milczą na ten temat.
Nie otrzymaliśmy też żadnych informacji ani od historyków ukraińskich, ani też
od historyków lubelskiego IPN. Brak także przekazów miejscowej ludności.
Kim są ofiary?
– Ponieważ w dołach śmierci odkryliśmy dzieci i młodzież, które stanowią
kilkanaście procent wszystkich szczątków, kobiety – ok. 47 proc., a pozostałe to
szczątki mężczyzn w zróżnicowanym wieku od 20 do 70 lat, przypuszczamy, że mogli
to być obywatele Polski narodowości żydowskiej przywiezieni z zewnątrz, nie
wiadomo jednak skąd, wtłoczeni do więzienia we Włodzimierzu, a następnie
wyprowadzani i prawdopodobnie nago, partiami rozstrzeliwani i wrzucani do dołu,
który stał się ich mogiłą. Przyznam, że z taką sytuacją dotyczącą okresu II
wojny światowej spotkaliśmy się pierwszy raz.
Co Pana najbardziej zaskoczyło podczas prac?
– Nieprzewidzianą okolicznością jest rozmiar samego grobu. Podczas wspomnianego
już wcześniej wstępnego spotkania z archeologami ukraińskimi wskazano nam
rozmiar grobu 3,5 m szerokości na 6 m długości. W praktyce okazało się, że grób
ten jest poszerzony w obu kierunkach. Zatem na obszarze długości 16 m i
szerokości 4 m odsłoniliśmy 367 szkieletów. To jednak nie koniec prac.
Przeprowadziliśmy dodatkowe sondaże wiertnicze i okazało się, że szczątki
również tam występują. Mogiła jest zatem dwukrotnie większa, niż pierwotnie
zakładano.
To oznacza, że prace będą kontynuowane?
– Wszystko na to wskazuje. Przedstawiciele ROPWiM zadeklarowali możliwość
sfinansowania i dokończenia tych prac w przyszłym roku. Mogiła ta łącznie ze
szczątkami odkrytymi w br. może zawierać ok. 700-800 szkieletów. Prawdopodobnie
narodowościowo będzie to ta sama grupa.
Niezależnie od tego archeolodzy przeprowadzili też inne badania sondażowe.
Jakie są ich wyniki?
– Owszem, przeprowadziliśmy wstępne badania w miejscach, gdzie w 1997 r.
natrafiono na ofiary ewidentnie polskie, polskich żołnierzy zamordowanych przez
Sowietów. Przypomnę tylko, że kilkanaście lat temu na potwierdzenie tych faktów
odkryto polskie przedmioty. Sądzimy, że na terenie tegoż grodziska znajdują się
jeszcze inne groby, które w dwóch miejscach zlokalizowaliśmy podczas sondaży. Na
razie nie wiemy, czy należy je wiązać z akcją likwidacji więzienia i odkrytymi w
tym roku grobami, czy raczej z martyrologią polską z 1939 r., podobnie jak to
miało miejsce podczas odkryć we wspomnianym 1997 r., gdzie ekshumowano, a
następnie pochowano 97 osób.
Wspomniał Pan wcześniej, że nie znaleziono zbyt wielu przedmiotów. Skąd zatem
identyfikatory polskich policjantów odnalezione we Włodzimierzu?
– Rzeczywiście przedmiotów nie było. Jeżeli zaś chodzi o identyfikatory, to
okazało się, że były one w wykopie, ale znajdowały się w warstwach zmieszanych
nad grobem, jak gdyby w warstwie śmietnikowej. To wskazuje, że te osoby były w
więzieniu we Włodzimierzu Wołyńskim, a ich identyfikatory zostały usunięte wraz
ze śmieciami. Natomiast jeżeli chodzi o same osoby, to mamy pewność przynajmniej
co do jednego policjanta, że był i zginął w Ostaszkowie. Tak to już było w tym
czasie, że umieszczano różne kategorie polskich oficerów w Starobielsku,
policjantów i służbę graniczną w Ostaszkowie itp. W ramach tych właśnie
przemieszczeń te osoby znalazły się w innych miejscach i tam zginęły. Nie ma
jednak wątpliwości, że przynajmniej chwilowo były też przetrzymywane we
Włodzimierzu Wołyńskim.
Co stanowiło największą trudność w trakcie prac we Włodzimierzu?
– Jednym z problemów była nonszalancja pracowników ukraińskich, którzy stanowili
grupę pomocniczą. Były przypadki, kiedy ich po prostu nie było. Jednakże
jesteśmy już przyzwyczajeni do uciążliwości tego typu współpracy i choć
planowany termin zakończenia wykopalisk się wydłużył, to koniec jest pozytywny,
wykonaliśmy nasze założenia, i to jest najważniejsze.
Dziękuję za rozmowę.
