Dlaczego nie palma zwycięstwa
Gdy opadną emocje, sztaby wyborcze i kierownictwa wszystkich partii będą
zmuszone do wyciągnięcia wniosków ze swojej pracy i sformułowania planu
aktywności politycznej na najbliższe miesiące. Dla Prawa i Sprawiedliwości,
które przegrało wybory, może okazać się to zadaniem bardzo trudnym, wymagającym
redefinicji dotychczasowej strategii. Eksperci są zgodni: konieczna jest budowa
szerokiego frontu i odwołanie się do tych, którzy nie głosowali.
Politycy Prawa i Sprawiedliwości wydają się zgodni: o zmianie przywódcy nie
ma mowy. Część z nich przegraną upatruje w antypisowskiej nagonce. Końcówka
kampanii była niewątpliwie bardzo napięta, również przez eskalację medialnej
histerii, chociażby wokół nieszczęsnego zdania z książki prezesa PiS na temat
kanclerz Niemiec, wyrwanego z kontekstu i przemielonego w mediach na milion
sposobów. Oczywiście przegraną można rozpatrywać w kategoriach braku
odpowiednich środków do przezwyciężenia dominacji Platformy i wszystkich sił,
które za nią stoją. Teraz kluczowy jest jednak wybór strategii na kolejne cztery
lata. Jak ona powinna wyglądać i na ile niezwykle niewygodny układ sił
politycznych będzie blokował formułowanie konsekwentnego przekazu? Dziś
kierownictwo PiS musi odpowiedzieć sobie na jeszcze jedno zasadnicze pytanie:
czy jest gotowe wezwać Polaków do takiej samej odnowy kraju, jaką może
realizować dziś Viktor Orbán.
Cztery lata w opozycji PiS to niemało. Zwłaszcza że czeka nas kolejna fala
kryzysu i jest oczywiste, że nieudolna koalicja PO – PSL, której kontynuacja
jest więcej niż prawdopodobna, z nim sobie nie poradzi. – Nie zgadzam się z
wypowiedziami polityków PiS po ogłoszeniu wyników wyborów. To politycznie
niewłaściwa postawa, aby w klęsce widzieć moralne zwycięstwo. PiS poniosło
poważną porażkę i teraz powinno z niej wyciągnąć wnioski na przyszłość. Mamy do
czynienia z powtórzeniem układu między dwoma głównymi siłami ugruntowanym przed
czterema laty (z zastrzeżeniem, że PO zwiększyła swoje zdolności koalicyjne).
Biorąc pod uwagę fakt, że ostatni rząd był gabinetem katastrofalnym, najgorszym
w ostatnim dwudziestoleciu, skrajnie nieudolnym, jak również to, że PiS było
właściwie jedyną sensowną alternatywą, niewątpliwie możemy mówić o klęsce partii
Jarosława Kaczyńskiego – ocenia Bartłomiej Radziejewski, politolog, redaktor
naczelny kwartalnika "Rzeczy Wspólne". Jego zdaniem, złożyło się na to kilka
przyczyn, m.in. to, że kontrakt postpolityczny, który Platforma zaoferowała
społeczeństwu, polegający na zaproponowaniu Polakom cztery lata temu, aby
"oddali politykę politykom, a zajęli się prywatnością", okazał się trwały. – Ów
kontrakt trochę trzeszczał, pojawiały się przecież sondaże wskazujące na spadek
PO i wzrost PiS, ale końcówka kampanii zaważyła ostatecznie na wyniku. Kolejną
przyczyną porażki PiS jest sama słabość tej partii. Pomimo naprawdę niezłej
kampanii wyborczej – dużo lepszej od przekazu PO – zabrakło odwołania się do
szerokiego frontu centroprawicowego – diagnozuje politolog.
Oczywiste wydaje się, że przy niskich frekwencjach – a z takimi mamy do
czynienia w ostatnim latach – Prawo i Sprawiedliwość nie może liczyć wyłącznie
na mobilizację elektoratu trwałego, pewnego. Aby zbudować front naprawdę silny i
przede wszystkim zdolny przełamać hegemonię Platformy, należy zbudować własny –
w oparciu o liczne środowiska prawicowe.
Odpór histerii
– PO w ostatniej fazie kampanii zaprezentowała standardowy w istocie repertuar
histerii antypisowskiej. Niestety, Prawu i Sprawiedliwości, choć jego strategia
wizerunkowa szła ostatnio w lepszym kierunku, nie udało się znaleźć odpowiedzi
na stare i zgrane już chwyty Platformy – uważa Radziejewski. Jarosław Kaczyński
lepiej diagnozuje sytuację gospodarczą i społeczną niż Donald Tusk. Jednak
najwidoczniej jeszcze PiS jest za słabe, by wziąć wszystko. Trzeba mieć
świadomość, że układ medialny nie sprzyja, ale warto wyciągnąć z tego wnioski. –
Wynik wyborów pokazuje również podatność społeczeństwa na manipulacje mediów.
Kampania PO była bardzo słaba, a jednak kilka prostych ruchów wystarczyło. Z
drugiej strony zdarzało się, że PiS niewłaściwie i za późno reagowało, jak
chociażby w sprawie fragmentu książki Jarosława Kaczyńskiego na temat Angeli
Merkel. Ciekawe, jaki byłby wynik PiS, gdyby otwarcie na nowe twarze i
środowiska dokonało się wcześniej niż w przeddzień kampanii wyborczej –
zastanawia się nasz rozmówca.
Scenariusz węgierski
Wśród politologów pojawiają się również głosy, że gdyby nie odejście polityków
dzisiejszego PJN (wyłączając Joannę Kluzik-Rostkowską), PiS byłoby silniejsze.
Wydaje się jednak, że secesja była nieunikniona. Jej skutkiem było niewątpliwie
wyciszenie wewnętrznych napięć partii, które przestały być numerem jeden
programów informacyjnych. PiS stał się bardziej zwarty. – Scenariusz węgierski,
do którego nawiązał Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów, i którego
powtórzenie w Polsce jest celem jego partii w najbliższej kadencji, będzie
trudny w realizacji, ale oczywiście nie niemożliwy. Wymagałby nowej strategii
opartej na krokach, które już kierownictwo partii podjęło – kampania wyborcza
PiS naprawdę była niezła. Teraz PiS czeka mobilizacja, ale nie tylko elektoratu,
który nazywamy "twardym". Chodzi o aktywizację różnych ruchów prawicowych i
konserwatywnych, również tych bliżej centrum – o budowę szerokiego ruchu
obywatelskiego wokół formacji politycznej. Taką drogą poszedł Orbán, przy
zachowaniu bardzo silnego przywództwa w partii – przypomina Bartłomiej
Radziejewski.
Czy PiS zdoła przełamać własne ograniczenia i wykorzystać możliwości, których
jest niemało? Szereg instytucji, stowarzyszeń, ruchów, ale również partii
prawicowych, które są w rozproszeniu, powinno stanąć razem, aby nie tylko
przezwyciężyć niezwykle niebezpieczną dla Polski lewacką koalicję. Jarosław
Kaczyński powinien wskazać pozytywny, oparty na trwałych fundamentach kierunek,
który przekona te 50 procent, które nie wybrało się do urn wyborczych w ostatnią
niedzielę. To jest kapitał, o który warto dziś walczyć.
Paulina Gajkowska
