Profilowanie polityki
Wielu polityków traktuje scenę polityczną nie jako przestrzeń do
realizacji wielkich celów, ale jako płaszczyznę gry przypominającej hazard. Nie
chodzi o to, aby zrealizować jakąś wizję przyszłości Polski, ale żeby wygrać,
zaistnieć na scenie politycznej i móc ogłosić sukces. Poglądy są wtórne,
politycy je zmieniają w zależności od zmieniającej się koniunktury. Przykłady
można mnożyć. Janusz Palikot niegdyś sponsorował konserwatywny tygodnik, by dziś
być liderem skrajnej lewicy. Joanna Kluzik-Rostkowska była główną twarzą PiS, by
dziś odgrywać analogiczną rolę w Platformie Obywatelskiej. Barwy polityczne
zmienił również Bartosz Arłukowicz (z SLD na PO) itd. Tak zwane transfery
polityczne dowodzą, że politycy często nie mają własnych poglądów, a ich celem
jest jedynie być w grze.
Wirtualizacja polskiej polityki powoduje, że ci, którzy chcą wpłynąć na bieg
wydarzeń w Polsce, starają się tworzyć własne ugrupowania. Po prostu trzeba
nauczyć się mechanizmów, które rządzą polityką w dobie współczesnej. Scena
polityczna przypomina coś w rodzaju wielkiej wagi. Im więcej na niej ugrupowań
reprezentujących dany kierunek polityczny, tym większe prawdopodobieństwo
zrealizowania konkretnych postulatów. Doskonale zrozumieli ten mechanizm
mocodawcy Janusza Palikota. Jego ugrupowanie głoszące skrajnie lewackie hasła
zyskuje dziś niewiarygodne poparcie medialne, łącznie z pompowanymi sondażami.
Dzieje się tak dlatego, że najprawdopodobniej Palikot ma mocne odniesienia do
zachodnioeuropejskich ugrupowań Nowej Lewicy. Aby dokonać w Polsce rewolucji
kulturalnej, konieczne jest funkcjonowanie w parlamencie partii jednoznacznie
głoszącej hasła proaborcyjne i prohomoseksualne. SLD, ze względu na swoje
obciążenia postkomunistyczne, przestał nadawać się do realizacji tych
rewolucyjnych idei. "Nowoczesny" Palikot – jak najbardziej.
Na prawej flance sceny politycznej dominuje Prawo i Sprawiedliwość, starające
się przed laty definiować jako ugrupowanie pluralistyczne (od Marka Jurka, po
Joannę Kluzik-Rostkowską). Jednakże brak na prawej flance partii, która mogłaby
odgrywać rolę "skrajnej prawicy", powoduje, że w sposób naturalny tak jest
postrzegane PiS. W tej sytuacji, ze względu na prosto rozumianą psychologię
społeczną, bardzo trudno jest tej partii sięgnąć po elektorat centrowy – ze
względu na przypisywanie PiS łatki "skrajnej prawicy". Porównując scenę
polityczną w Polsce do niemieckiej, można stwierdzić, że brakuje po prostu obok
CDU czegoś w rodzaju CSU – partii jednoznacznie odwołującej się do tradycji
konserwatywno-narodowej. Jest to niezwykle ważne od strony wizerunkowej.
Istnienie takiego bytu politycznego absolutnie wytwarzałoby wrażenie, że PiS
jest partią centrową, co dawałoby szybką możliwość przejęcia elektoratu
głosującego na PO ze względu na strach wywoływany medialnie. Po prostu istnieje
olbrzymia grupa ludzi o słabo sprecyzowanych poglądach, która chce głosować na
centrum. Jak bardzo jest to wykorzystywane na polskiej scenie politycznej,
wystarczy się przyjrzeć strategii Platformy. Politycy tej partii uciekają dziś
od nagłaśniania oficjalnych sondaży, dających im zdecydowane zwycięstwo
(przynajmniej wirtualnie, tzn. sondażowo). Wręcz przeciwnie, starają się
twierdzić, że PiS i PO idą "łeb w łeb" i jeśli wyborcy centrowi nie zmobilizują
się, to PiS wróci do władzy i rozliczy (czytaj: zablokuje) wszystkie inwestycje.
W ten sposób marketingowcy PO chcą na tyle przestraszyć ludzi, by ci, mimo
niezadowolenia z rządów Platformy, poszli na wybory i poparli partię Donalda
Tuska jako "mniejsze zło". Gdyby na prawej flance istniała silna, narodowa,
eurosceptyczna partia, takie straszenie byłoby nieskuteczne.
Jeśli zatem Palikot dostanie się do Sejmu, będzie w stanie bardzo szybko
przechylić polską scenę polityczną jeszcze bardziej na lewo. Bynajmniej nie
dlatego że otrzyma duże poparcie, ale dlatego że będzie uczestniczył w
oficjalnej grze medialnej jako podmiot, który waży na scenie politycznej. Bardzo
trudno będzie dla niego znaleźć przeciwwagę bez istnienia jednoznacznie
prawicowej alternatywy, o wyraźnym obliczu ideowym, która pełniłaby funkcję
konsekwentnej prawicy. Jest to dziś dość duży problem dla polityków myślących w
kategoriach interesu narodowego. Liberalni "reżyserzy" polskiej sceny
politycznej tak bowiem ją zaklinowali, aby zawsze rządzili "nasi". Nadzieję
lokuje się w tym, co stało się na Węgrzech, a więc w wielkim wzburzeniu
społecznym, które spowodowałoby odrzucenie szkodliwych rządów lewicowych.
Prof. Mieczysław Ryba
Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II,
Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu
