Moja twórczość jest jak oścień

Z Michałem Lorencem, kompozytorem muzyki filmowej i teatralnej, autorem
ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów "Jan Paweł II: Szukałem Was", "Czarny
Czwartek", "Różyczka", "Przedwiośnie",

rozmawia Agnieszka Żurek

W hołdzie Janowi Pawłowi II skomponował Pan utwór "Missa Magna
Beatificationis". Światowa premiera tego dzieła odbyła się 2 maja w Rzymie.
Została przyjęta owacyjnie. Co stanowiło tajemnicę tego sukcesu?

– Msza powstała w oparciu o ścieżkę dźwiękową do filmu o Janie Pawle II pt. "Jan
Paweł II: Szukałem Was", która została na nowo zaaranżowana. Ze względu na
misyjny charakter pontyfikatu Jana Pawła II część muzyki do mszy powstała w
Kamerunie z udziałem dwóch chórów i solistów z parafii w stolicy tego kraju –
Yaounde. Niestety, bariery, które dzielą świat, sprawiły, że na koncert udało
się zaprosić tylko jednego tamtejszego muzyka. Brakujące utwory, które mogli
wykonać tylko Kameruńczycy, zastąpiłem innymi swoimi kompozycjami. Na szczęście
najważniejsze części mszy napisane zostały na klasyczny chór i orkiestrę i
wykonały je Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach, zespół
DesOrient oraz Irańczyk Mohammad Rasouli, który zagrał na starym perskim
instrumencie ney. Koncertem dyrygował Tadeusz Karolak. Warto może wspomnieć, że
film "Jan Paweł II: Szukałem Was" powstawał kilka lat. Kręcony we wszystkich
zakątkach świata, jest przejmującym świadectwem obecności Ducha Świętego w
pontyfikacie Karola Wojtyły. Niezwykłego działania Opatrzności doświadczyli
producenci filmu – prywatni inwestorzy, Tadeusz Lampka i Stanisław Szymański,
którzy przystąpili do produkcji tego dokumentalnego filmu kinowego, nie mając
najmniejszego pojęcia o terminie beatyfikacji Papieża Polaka. Kiedy zwrócili się
do mnie w grudniu ubiegłego roku z prośbą o napisanie muzyki filmowej, nikomu z
nas się nie śniło, że w maju zostanie ona wykonana w Rzymie w obecności
kilkutysięcznej publiczności, duchowieństwa i dyplomacji, w bazylice św.
Ignacego, dzień po beatyfikacji, dokładnie w chwili przenoszenia ciała Ojca
Świętego z podziemi watykańskich do Bazyliki św. Piotra.

Skomponowana przez Pana "Missa Magna" jest mszą, ale posiada także lekkość,
jest w tej muzyce przestrzeń. Czy jest to także efekt międzynarodowej współpracy
z muzykami z różnych kontynentów? Czym dla nich był udział w dziele powstającym
ku czci Jana Pawła II?

– Dla wszystkich z nas było to wielkie przeżycie, nie tylko w znaczeniu
zawodowym. Podróż muzyczna do Kamerunu uświadomiła mi rozmiar hipokryzji
zachodniej cywilizacji wobec słabszych i biedniejszych narodów; akceptacji
porządku rzeczy, w którym liczą się tzw. święty spokój i złoty interes. Proszę
zwrócić uwagę, że Kamerun jest potężnym eksporterem bananów i kakao na cały
świat, a każdy z naszych telefonów komórkowych zawiera rudy tantalu wydobywane
tylko w Kongu i Kamerunie. Jednak zyski ze sprzedaży tych surowców nie
przekładają się w żaden sposób na poziom życia ludzi. Oglądamy liryczne historie
w kinie i programy przyrodnicze w telewizji i na tej podstawie budujemy sobie
obraz Afryki, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością, który jednak w
zupełności uspokaja nasze sumienia. Moja podróż muzyczna była odkryciem, że
Papież z Polski wielokrotnymi pielgrzymkami do Afryki próbował zwrócić uwagę
świata na problemy tego kontynentu. Wdzięczność i dziecięcy entuzjazm
Kameruńczyków dla Jana Pawła II sprawiły, że przyjmowano nas wszędzie z
radością, a nagrania były bardzo udane mimo braku prądu, studia, hałasu cykad
czy sów.

Jak wspomina Pan tę pracę?
– Afrykanie czują muzycznie niemal wszystko. Można tam przyjechać z nagraniem
klaksonu samochodowego, a oni po swojemu, w mistrzowski sposób to zaaranżują.
Nie znają nut, opierają się jedynie na doskonałym słuchu i wrodzonym
synkopowanym poczuciu rytmu. Kiedy byliśmy na Mszy Świętej w stolicy Kamerunu,
Murzyni śpiewali według skal i rytmów europejskich. Wszystko było bardzo ładne i
bardzo poprawne, ale nie było w tym za grosz ducha. Tuż obok odprawiana była
Msza Święta przybyłych do stolicy w interesach ludzi ze wsi, z północy. Tam był
duch. Inkulturacja Afrykanów przez Europejczyków raczej ich kaleczy, niż im
pomaga. Natomiast edukacja jest dla nich wodą życia. Uczy porządku, pomaga
funkcjonować w ich świecie, w którym my, Europejczycy, coraz gorzej sobie
radzimy. Narzucanie Afrykańczykom wraz z dobrodziejstwem wiary naszych kanonów
piękna chyba nikomu nie wychodzi na dobre.

Jakie wrażenie zrobił na Panu pobyt w Kamerunie?
– Kamerun jest bardzo biednym krajem. Nie ma tam głodu, ale jest bieda. Nie
wiedziałem, że są jeszcze na świecie całe kraje, gdzie nie ma banków,
bankomatów, sklepów – tego wszystkiego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nigdy
nie myślałem o Afryce w tych kategoriach, miałem w wyobraźni raczej kraj znany z
"National Geographic". Sądziłem, że jest to kontynent malowniczy, ale jakoś
uporządkowany i trochę biedny. Okazało się, że Afryka to inna planeta.

W jakim sensie?
– Kiedy przyjechaliśmy do Kamerunu i zobaczyliśmy mieszkających tam ludzi,
muzyka przestała być ważna. Najważniejsi byli ludzie. Chrześcijaństwo
współistnieje tam z islamem i z lokalnymi sektami afrykańskimi i nie rodzi to
żadnej agresji. Ludzie są bardzo przyjacielscy, może dlatego, że poza
misjonarzami w ogóle nie ma tam białych. Kiedy wchodziliśmy do jakiejś,
krzyczeli: "O, biali!", i dzieci wybiegały nam na spotkanie. Przyjmowali nas z
serdecznością, jakiej w europejskim obszarze kulturowym nie doświadczamy. Ludzie
są piękni, wspaniale się poruszają, są pełni zmysłowej, pierwotnej ekspresji.
Kiedy wracaliśmy z Afryki i przesiadaliśmy się na lotnisku w Szwajcarii, uderzył
nas ogromny kontrast pomiędzy relacjami ludzi Czarnego Kontynentu a
Europejczykami. Zobaczyliśmy, że my, Europejczycy, często pod maską uprzejmości
kryjemy wrogość i dystans wobec innych, będąc jednocześnie pewnymi swej
wyższości kulturowej i cywilizacyjnej.

Nie umiemy też albo nie chcemy zaradzić problemowi biedy w Afryce…
– Cały świat w sposób bezwzględny żeruje na tym kontynencie. Pozyskuje surowce
mineralne, diamenty, złoto, miedź. W Kamerunie chodzi głównie o rudy tantalu.
Gdyby nie istniał układ białych ludzi z wąską grupą czarnych dyktatorów i
przywódców uzbrojonych band wywołujących wojny plemienne – Afryka byłaby bogata
jak Szwajcaria. Tymczasem społeczeństwa afrykańskie żyją sterroryzowane przez
wojskowe dyktatury i jeśli pojawia się jakiś problem, do wioski wysyłany jest
oddział z karabinami, który "rozwiązuje" go siłą, mordując ludzi. Afryka
uświadomiła mi także, że nie chcemy zobaczyć wielkich problemów świata.

Czy istnieją zjawiska dające nadzieję na jakąkolwiek zmianę?
– Jedyną poważną inicjatywą jest działalność misyjna Kościoła katolickiego,
która zresztą przeżywa kryzys z uwagi na brak powołań w krajach Europy
Zachodniej. Pozostali jeszcze księża z Polski i z Włoch. Kiedyś najsilniejsze
były tam misje francuska i brytyjska. To się już jednak dawno skończyło. Zostało
trochę wolontariuszy, którzy z kolei uwikłani są w specyficzne zależności
finansowe. Z wielkich pieniędzy przeznaczanych przez organizacje charytatywne na
rzecz pomocy mieszkańcom Afryki trafia do nich jedynie ok. 5 procent.

Poznał Pan ludzi pracujących na misjach. W jaki sposób mógłby ich Pan opisać?
– Misja jest czymś niezwykłym. Pracujący tam ludzie oddają jej całe swoje życie.
Są jak bohaterowie z powieści Josepha Conrada – ludzie światli, bardzo
inteligentni, zmagajacy się z życiem, samotni i według logiki tego świata
przegrani. Ksiądz Krzysztof Zielenda, który nas gościł, choruje bez przerwy na
malarię, a mimo to niestrudzenie pracuje. Poznałem także księdza oblata
zajmującego się człowiekiem chorym psychicznie, z obsesją samobójczą. Ksiądz ten
był już wielokrotnie przez niego pobity, a mimo to nie odrzuca go, gdyż wie, że
jeśli pozbawi tego człowieka swojej opieki, prawdopodobnie popełni on
samobójstwo albo zabije kogoś innego. Przeżywa ogromną udrękę, a jednocześnie
jest radosny.

Skomponował Pan ostatnio muzykę do filmu "Matka z Auschwitz-Birkenau" o
Stanisławie Leszczyńskiej, położnej, która uratowała w Oświęcimiu 3 tys. dzieci.
Czy napisanie muzyki do tego filmu było także manifestacją Pana światopoglądu?

– Tak, ruch pro-life jest mi bliski. Podziwiam radykalne ruchy związane z obroną
życia. Świat współczesny dostarcza nam różnych atrakcji. Można żyć, zanurzając
się całkowicie w hedonizmie i nie zauważając niczego dookoła. A tym ludziom nie
chodzi o kasę czy karierę, ale o coś fundamentalnego, o życie człowieka. Ich
wybór jest zarazem bardzo romantyczny, bardzo mądry i odważny.

A co Panu pomaga żyć na co dzień "według Ducha"?
– W Kościele jestem od 15 czy 16 lat. I od razu na dzień dobry trafiłem do
neokatechumenatu. Moja żona, katoliczka od urodzenia, która modliła się o moje
nawrócenie, powiedziała po moim wejściu na drogę neokatechumenalną: "Panie Boże,
modliłam się o nawrócenie Michała, ale otrzymałam zbyt wiele". Po dwóch latach
dołączyła do naszej wspólnoty. Neokatechumenat daje mi poczucie pewności – to są
tory, które prowadzą w dobrym kierunku. To ja mogę gdzieś skręcić, ale tory te
nie zmienią swojego biegu. A walka trwa codziennie. I nie chodzi tu o drobiazgi,
chodzi o życie.

Czy sztuka, poezja mogą prowadzić człowieka do Boga?
– Kiedy zaczyna się czytać codziennie brewiarz, okazuje się, że nie ma głębszej
poezji. Pismo Święte, poza całym znaczeniem, symboliką i świętością, ma
niesamowitą siłę literacką. Zanim znalazłem się w Kościele, miałem swoich
ulubionych poetów, o których teraz nawet nie chcę myśleć.

A teraz których poetów Pan ceni?
– Thomasa Eliota i Zbigniewa Herberta. W ich poezji obecny jest biblijny
pierwiastek głębi i piękna. Istnieją poszczególne wiersze innych poetów, które
także dotykają tego wymiaru tajemnicy. Norwid dotyka go w całej swojej poezji.
Kiedy zestawię "Bema pamięci żałobny rapsod" z pogrzebem Lecha i Marii
Kaczyńskich w Krakowie, utwór okazuje się proroczy. Widzę w tym nieustanny
profetyzm naszej narodowej poezji. Wspaniałą muzykę do tego poematu skomponował
Czesław Niemen. Chciałbym na nowo zinstrumentować ten utwór i mam nadzieję, że
żona śp. Czesława Niemena tym razem się zgodzi.

Ostatni rok był bardzo szczególny – skomponowany przez Pana do filmu
"Różyczka" utwór przeprowadził Polaków przez żałobę narodową, teraz z kolei
skomponowana przez Pana msza towarzyszyła nam w przeżywaniu beatyfikacji Jana
Pawła II – czy te dwa wydarzenia w jakiś sposób są według Pana związane ze sobą
na płaszczyźnie duchowej?

– Mam poczucie, że te wydarzenia są ze sobą powiązane. Nie mam, niestety,
zdolności analitycznych, odbieram rzeczywistość emocjonalnie i argumentacja, że
ci ludzie zginęli rycerską śmiercią, że zginęli razem, jest przejmująca. Nie
wystarcza jednak do tego, żeby zawrzeć to, co się stało w jakiejś logicznej
puencie czy w jakimś szeregu znaczeń wyższego porządku. Nie potrafię tego
zaakceptować. Jeden z ojców paulinów powiedział mi: "A jeżeli oni są święci,
jeżeli poszli prosto do Nieba, to co ty z tym zrobisz?". A ja się wciąż na tę
śmierć nie zgadzam. Nie wierzę w żaden wypadek. I nie potrafię się z tym
pogodzić. Może to brak wiary, ale nie potrafię…

W jaki sposób powstała melodia do filmu "Różyczka"?
– Tę melodię napisałem dwa lata temu na Mazurach. Czuję osobisty związek z
postacią Pawła Jasienicy. Widywałem go na klatce schodowej, kiedy chodził z
wizytą do pana Jana Józefa Lipskiego, który był naszym sąsiadem. Przyjaźniłem
się z jego dziećmi i do dzisiaj mam z nimi kontakt. Poruszający był dla mnie
wątek żydowski w tym filmie. Odkrył przede mną pewne znaczenia biblijne, o
których sami autorzy filmu być może nie wiedzieli, że je w nim zawarli. Utwór, o
którym mowa, napisałem na końcu, kiedy cała ścieżka dźwiękowa była już gotowa.
Ten temat przyszedł do mnie rano. Nigdy tego nie zapomnę. To jest dłuższy temat,
który miał mieć trzy części, natomiast jego instrumentację postanowiłem napisać
na samym końcu. Układała mi się ona w głowie. Źle niestety obliczyłem czas do
nagrań. Okazało się, że orkiestra będzie już za godzinę i że po prostu nie
zdążę, że muszę zrobić repetycję pierwszej części. I całe szczęście, że tak się
stało. Możliwe, że ta druga i trzecia część przeniosłaby ten utwór w inny
wymiar. Czasem nie widzimy, czemu pewne rzeczy się dzieją, a one mają ukryty
sens. Instrumentację do filmu "Różyczka" napisałem sam. Nie robiłem tego od
wielu lat. Właściwie od czasu skomponowania muzyki do filmu "Bandyta" pisałem
jedynie fragmenty – ze strachu, z lenistwa, z różnych innych powodów korzystałem
z pracy mojego dyrygenta. Kiedy miałem skomponować muzykę do "Różyczki",
doszedłem do wniosku, że nie mogę dalej tak żyć, że nie mogę odpuszczać sobie i
zwalać pracy na kogoś innego, dając mu temat, określając jedynie harmonię, tempo
i instrumenty. Sam od wielu lat boję się pisać. Napisałem jednak tę muzykę,
wyszło pięknie.

W jaki sposób ta melodia stała się muzycznym motywem przewodnim żałoby
narodowej?

– W przeddzień katastrofy zadzwoniła do mnie pani dyrektor "Wiadomości" TVP1 i
powiedziała, że polski hymn narodowy, który opracowałem do filmu o pułkowniku
Ryszardzie Kuklińskim, chciałaby wykorzystać podczas relacji z wizyty prezydenta
w Katyniu. Zapytała, czy wyrażam na to zgodę. Zgodziłem się, a ona wykorzystała
ten utwór w zupełnie już jednak innym kontekście – tragedii smoleńskiej.
Przypadek sprawił, że wydawcy użyli mojej muzyki z "Różyczki" do ilustracji tych
zdarzeń, a pewna rozgłośnia radiowa żaliła się, że taka muzyka nawet krowę
doprowadza do łez.

Był Pan członkiem honorowego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w
wyborach prezydenckich. Dlaczego zdecydował się Pan na ten krok?

– Zdecydował o tym Smoleńsk i histeria medialna wokół osoby prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Miałem i mam do polityki dystans, i chociaż dzisiaj dużo wyraźniej
widzę sens i jakość tej prezydentury, to moje uczestnictwo w komitecie poparcia
Jarosława Kaczyńskiego było jednorazowym aktem. Zajmuję się muzyką, o polityce
nie mam większego pojęcia, mam poczucie, że powinienem stawać po stronie
słabszych, plugawionych, oczernianych, ale taka postawa nie dotyczy wyłącznie
polityki. Wypowiedzi zaczynające się od słów: "najbardziej boję się…" to
przykłady manipulacji, które wykluczają demokrację. Kiedy słyszę: "Najbardziej
boję się Macierewicza, bo ma straszne oczy", to pytam o konkretne argumenty. Na
ogół rozmówca wówczas wstaje, ubiera się i wychodzi, mówiąc, że nie da się ze
mną rozmawiać, bo jestem faszystą.

Co sądzi Pan o naszym obecnym rządzie?
– Śmieszy mnie, a nawet wzrusza. To jest dla mnie Monty Python w najlepszych
swoich skeczach. Nie jestem politykiem. Jednak przełomowym momentem była dla
mnie afera hazardowa, kiedy przewodniczący, pan Mirosław Sekuła, napisał
sprawozdanie z prac komisji, z którym sam się nie zgadzał…

Czy ma Pan poczucie, że dzisiaj Polska, podobnie jak w roku 1920, znowu staje
się przedmurzem chrześcijaństwa?

– Chrześcijaństwo nie wznosi murów. Tak jak pisał Jerzy Liebert – sytuacja
wyboru jest sytuacją wiary. Panem historii jest Pan Bóg. Kiedy dzieje się
krzywda, On nie stoi daleko, ale cierpi razem z nami.

A jaki jest Pana stosunek do mediów?
– W czasie Wielkiego Postu regularnie odłączam się od świata. Nie słucham
wówczas radia, telewizora w ogóle nie mamy. I wtedy okazuje się, że żyję w
Polsce, która jest wspaniała.

Co sprawia, że zależy Panu na Polsce?
– Kocham Polskę. Fakt, że urodziłem się właśnie tu, traktuję jako wyróżnienie i
dar. Szczególne są tutaj relacje z ludźmi. Nie wiem, czy gdzie indziej
znalazłbym tylu przyjaciół. Nie jestem doskonały, ale może tak to ma być, może
to jest ten mój oścień, o którym pisał św. Paweł. Ale tak naprawdę to dziękuję
za to, co mam. Za dzieci, które mi powierzono, i żonę, którą kocham.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj