IPN – cisza przed burzą?
Instytut Pamięci Narodowej należy do sukcesów III Rzeczypospolitej. Jednak od
początku istnienia IPN stało się jasne, że ten sukces III RP odniosła trochę
malgré soi – wbrew sobie. Establishment stojący na straży "etosu transformacji
ustrojowej", rozumiany jako trwała i skuteczna koalicja
postkomunistyczno-liberalna (skuteczna zarówno przy Okrągłym Stole, jak i
podczas uchwalania Konstytucji RP w 1997 r.), dość szybko uznał, że Instytut –
głównie z powodu zawartego w nazwie zobowiązania dbałości o pamięć narodową –
może stanowić poważne zagrożenie. IPN ma dbać o pamięć Narodu, a credo dużej
części elit politycznych III RP stała się postawa, którą lapidarnie ujął niegdyś
redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" słowami: "Odp(…)rzcie się od generała".
Stąd też pierwszą próbę zniszczenia IPN podjął prezydent Aleksander Kwaśniewski,
wetując ustawę powołującą do życia Instytut. Objęcie prezesury w IPN przez śp.
prof. Janusza Kurtykę, który radykalnie zdynamizował pracę badawczą, edukacyjną
oraz pion śledczy IPN, było kolejnym sygnałem do ataku na tę instytucję. W
krótkim czasie IPN, obok CBA oraz Komisji Weryfikacyjnej WSI, stał się jednym z
symptomów "nadciągającej IV RP", a więc państwa – jak głosiły wszystkie
zaprzyjaźnione media – opanowanego przez "chorych z nienawiści lustratorów".
W latach 2005-2010 przypuszczono na IPN zmasowany atak propagandowy, przede
wszystkim dlatego, że Instytut (czytaj: jego władze) nie posłuchał wezwania, by
odp(…) rzyć się od wszystkich "ludzi honoru", którzy zaczynali swoje kariery w
Informacji Wojskowej. Zniekształcano obraz Instytutu, starając się wyrobić u
czytelników i widzów przeświadczenie, że głównym polem działania tej placówki
jest lustrowanie osób ze świecznika – rzecz jasna – "zasłużonych dla polskiej
demokracji". Ożywiona działalność naukowa prowadzona w ramach IPN, mierzona
setkami wartościowych publikacji naukowych, z których tylko drobna część
dotyczyła szeroko pojmowanej tematyki lustracyjnej – całkowicie znikała. Nie
pasowała do tworzonej właśnie "czarnej legendy". Jej nieodłącznym elementem było
również ukute w tym czasie pojęcie "młodych historyków z IPN" – jako synonim
niefachowości, pisania pod tezę i "wysługiwania się PiS-owi". Termin ten wraz z
jego siostrzanym odbiciem w postaci "starszych osób, z małych miast, z niskim
wykształceniem", był dowodem na to, że hasło IV RP to obciach i żenada.
Po 2007 roku IPN w oczach rządzącej PO stał się "jedną z resztówek PiS-owskiego
państwa" – jak orzekł nieoceniony prof. Stefan Niesiołowski. Wzmożonemu atakowi
propagandowemu przeciw Instytutowi i personalnie przeciw prezesowi Kurtyce
(tutaj nie wahano się sięgnąć po najbardziej obrzydliwe metody) towarzyszyły
prace nad nową ustawą o IPN, która miała go "odpolitycznić" (tj. bardziej
podporządkować go aktualnej większości rządowej).
Nowej ustawy przeforsowanej w parlamencie przez PO nie zdążył skierować do
Trybunału Konstytucyjnego prezydent Lech Kaczyński. Zginął 10 kwietnia 2010
roku, m.in. razem z prezesem Kurtyką. Dodajmy, że wśród pasażerów feralnego lotu
był również poseł PO Arkadiusz Rybicki – główny projektodawca nowej ustawy.
Bronisław Komorowski, jeszcze jako p.o. prezydent państwa, nową ustawę
niezwłocznie podpisał. Powstała nowa Rada IPN, która zastąpiła dotychczasowe
Kolegium. Wybór w 2011 roku przez Radę IPN dr. Łukasza Kamińskiego jako
kandydata na prezesa IPN, a następnie zatwierdzenie tej kandydatury przez
parlament nie było z pewnością po myśli wielu z tych, którzy od początku
zwalczali istnienie IPN jako takiego. Dla postkomunistów z SLD to ciągle "zbędne
obciążenie dla budżetu". Niespokojne są też serca i umysły obrońców "ludzi
honoru". Wystarczy przypomnieć sobie ton artykułów w czerwcu tego roku w
"Gazecie Wyborczej" o wybranym przez Radę IPN kandydacie na prezesa, w których
nie brakowało przestróg, że przecież to "człowiek Kurtyki", żeby zaś ostatecznie
skompromitować dr. Kamińskiego, zamieszczono jego zdjęcie w otoczeniu prof.
Janusza Kurtyki oraz prof. Jana Żaryna.
Na razie wokół IPN panuje cisza, choć może okazać się, że jest to cisza przed
burzą. Można paraliżować instytucje na różne sposoby. Na przykład poprzez
systematyczne redukowanie środków budżetowych przeznaczonych na ich
funkcjonowanie. Wobec IPN po 2007 roku ten środek był systematycznie stosowany.
Zobaczymy, jak będzie w tym roku i w latach następnych.
Pozostaje jeszcze do zastosowania metoda "za, a nawet przeciw". Któż pamięta, że
pierwszą po 1989 roku ustawę lustracyjną uchwalił w 1997 roku całkowicie
zdominowany przez postkomunistów Sejm II kadencji, a podpisał ją wywodzący się z
SLD prezydent Aleksander Kwaśniewski? Nie stało się tak jednak z powodu nagłego
przejrzenia postkomunistów oraz ich determinacji, by przeprowadzić w Polsce
systematyczną akcję oczyszczania jej z delatorów. Chodziło o dokładnie coś
odwrotnego. Zabezpieczono się na dwa sposoby. Formowanie sądu lustracyjnego
oddano całkowicie w gestię środowiska sędziowskiego, które rzeczywiście nie
zawiodło pokładanych w nim nadziei i podjęło faktyczny rokosz wobec ustawy
lustracyjnej, nie wyłaniając stosownej liczby sędziów. Po drugie, przyjęta w
ustawie z 1997 roku definicja lustracji powoduje, że jest ona tak nieprecyzyjna,
że aż uniemożliwia w wielu wypadkach dokonanie rzetelnej lustracji. Nic w tym
względzie nie zmieniła nowelizacja ustawy lustracyjnej przez koalicję AWS – UW
(nieoprotestowana przez A. Kwaśniewskiego).
Można się obawiać, że podobny scenariusz zostanie zastosowany wobec IPN.
Rządzący wyrazili zgodę na nowego prezesa IPN zaproponowanego przez radę. To
było "za". Ale jest i "przeciw", a konkretniej sprzeciw prezydenta Komorowskiego
wobec kandydatury na szefa pionu śledczego IPN. W ten sposób Instytut może
zostać pozbawiony istotnego pola działania, jakim było np. ściganie zbrodni
komunistycznych w Polsce po 1939 roku. Następne miesiące będą dla rządzących
czasem próby, jak bardzo poważnie traktują własne zapewnienia o szanowaniu
kompromisu wokół IPN.
Prof.
Grzegorz Kucharczyk
historyk
Polska Akademia Nauk
