Solidarność z polskim Narodem

Na długo przed tym, zanim w Republice Federalnej Niemiec lub w Niemieckiej
Republice Demokratycznej ktokolwiek zaczął poważnie myśleć o upadku muru
berlińskiego, w lecie 1980 r. powstała w Polsce "Solidarność" – ruch, o którym
mówi się dzisiaj, że był początkiem końca komunizmu. Wolny związek zawodowy
zrzeszający polskich pracowników był wówczas politycznym kuriozum, ponieważ wraz
z jego utworzeniem po raz pierwszy w socjalistycznym kraju zaczęła istnieć
organizacja niezależna od narzuconej przez partię komunistyczną ideologii.

Nic więc dziwnego, że "Solidarność" szybko przekształciła się w skupisko różnych
opozycyjnych grup i myśli. Jej logo – biało-czerwona flaga, oraz przywódcy stali
się znani w całym zachodnim świecie jako ikony wolności, mimo że niektórym
ludziom przeszkadzało to, iż do walki o prawa pracownicze stanęli robotnicy z
obrazami Matki Bożej, różańcami i wizerunkami Ojca Świętego Jana Pawła II.
Rewolucja i wiara – to nie pasowało do utartych socjalistycznych stereotypów.

Powiew wolności w NRD
To, co działo się w sąsiedniej Polsce, z zainteresowaniem obserwowali mieszkańcy
NRD. Przy czym ich postawy wobec tych wydarzeń były różne, jak opisują to
chociażby Konstantin Hermann i Christian Kurzweg w wydanej wówczas książce pt. "NRD
i Solidarność". W małych opozycyjnych kręgach utożsamiano się z "Solidarnością",
a polskie pomysły starano się wykorzystać przy organizowaniu antykomunistycznej
opozycji w Niemczech, np. jak efektywnie i bezpiecznie drukować podziemną prasę,
jak szerzyć wolność słowa i zgromadzeń oraz jak domagać się reform. Z kolei
reakcję innych obywateli Niemiec Wschodnich charakteryzował cichy, nieokazywany
na zewnątrz podziw.
Także kierownictwo Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) uważnie
przyglądało się temu, co działo się w Polsce. Począwszy od lata 1980 r.
postanowiło zerwać wszelkie kontakty ze swoim sąsiadem, tak aby jak najmniej
informacji przedostawało się do NRD. Od tego momentu zabronione były również
wyjazdy do Polski, z wyjątkiem sytuacji, kiedy ktoś posiadał zaproszenie.
Przewodniczący SED Erich Honecker domagał się nawet w Moskwie użycia siły wobec
polskich opozycjonistów, których działalność określał mianem "niebezpiecznej
rewolucji". Z tego też powodu kierownictwo partii komunistycznej w Niemczech z
wyraźnym zadowoleniem i aprobatą przyjęło wiadomość o wprowadzeniu w Polsce 13
grudnia 1981 r. stanu wojennego.
W rządzonej przez siebie części kraju Erich Honecker nakazał podejmowanie
radykalnych środków wobec tych, którzy otwarcie wyrażali swoje poparcie dla
"Solidarności". Za przykład może posłużyć urodzony w 1953 r. w Jenie Roland Jahn,
działacz na rzecz praw obywatelskich, którego usunięto z uniwersytetu i
skierowano do pracy. Jahn do swojego roweru przytwierdził chorągiewkę z napisem
"Solidarność z polskim Narodem". Został za to niezwłocznie aresztowany i po
kilku miesiącach spędzonych w areszcie Stasi siłą wydalony na Zachód.
Ale to nie wszystko. W NRD-owskich mediach wręcz rozpętano kampanię przeciwko
"Solidarności" przy użyciu antypolskich, nacjonalistycznych stereotypów z
najniższej półki, np. "Polacy zawsze byli zbyt leniwi, aby pracować". Organ
centralny SED "Neues Deutschland" ostrzegał przed "polską gorączką" i zaczął
używać niemieckiej nazwy miasta Gdańsk, czyli Danzig, chcąc wywołać wrażenie,
jakoby ruch związkowy był grupą pogrążonych w chaosie anarchistów. Strajk był
przedstawiany jako silnie sterowany przez Zachód, odosobniony incydent.
Była to perfidna propaganda, która jednak z perspektywy działaczy na rzecz praw
obywatelskich i reżysera filmowego Konrada Weißa odniosła zamierzony skutek:
"Nie brakowało w NRD takich, którzy nabrali się na to, co mówiła SED i sterowana
przez nią propaganda. Być może była to nawet większość" – trzeźwo oceniał w
artykule dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" Weiß. To może dziwić, tym bardziej
że pod względem technicznym możliwe było uzyskanie dzięki zachodniej telewizji
obiektywnego obrazu sytuacji w Polsce. Pod warunkiem oczywiście, że się tego
chciało.

Solidarność ma swoją cenę
Wszystko wskazuje na to, że trujące krople propagandy w Niemczech Wschodnich
trafiły na podatny grunt. Abstrahując od indywidualnych, utrudnianych przez
państwo akcji pomocowych ze strony tamtejszych kręgów opozycyjnych, o wiele
skuteczniejsze i bardziej widoczne wsparcie dla "Solidarności" płynęło nie z
bratniej socjalistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, ale z Republiki
Federalnej Niemiec. Jednakże i to wsparcie nie było wolne od nieporozumień i
pomyłek. I tak na przykład wydawca "Spiegla" Rudolf Augstein wytknął
"Solidarności", że zagraża pokojowi w Europie, a przewodniczący SPD Willy Brandt
podczas swojej wizyty w Polsce w 1985 r. postanowił uniknąć spotkania z Lechem
Wałęsą tylko dlatego, aby nie zrobić afrontu generałowi Wojciechowi
Jaruzelskiemu.
Wobec tego rodzaju "odwagi" pocieszający może być fakt, że obecnie 57-letni
Roland Jahn z Jeny od stycznia 2011 r. jest pełnomocnikiem do spraw akt Stasi,
tzn. kieruje urzędem opracowującym historię niemieckiej służby bezpieczeństwa.
Jak przyznał sam Jahn, jest to odpowiedzialna i trudna funkcja, zwłaszcza jeżeli
z szacunku dla ofiar i z troski o wiarygodność swojego urzędu chce odciąć od
kierowanego przez siebie urzędu byłych współpracowników Stasi. Nie podoba się to
niektórym politykom. Jak widać, prawdziwa solidarność również dzisiaj ma swoją
cenę. l
 

Dr Stefan Meetschen
niemiecki pisarz, publicysta

tłum. Bogusław Rąpała

drukuj