„Powstaliście do lotu”
Powstaliście do lotu – Wy – z gniazda wyrzucone ptaki – Idziecie ciskać ogień
w przygasłe ogniska
Idziecie jak niegdyś do Świętego Grobu ci szaleńcy Boży
I żaden z Was się nie cofnie,
żaden się nie strwoży…
– ten wiersz, zatytułowany "Biel i czerwień", ukazał się tuż po wojnie, w 1945
roku. Bohaterami ostatniego, V tomu mego cyklu "Wierna rzeka harcerstwa",
zatytułowanego "Gotowi do lotu", są żołnierze – harcerze Batalionu AK "Zośka",
którzy przeżyli. Będą wśród nich: legendarny lekarz powstańczy Zygmunt Kujawski
"Brom", Witold Sikorski "Boruta", autor znakomitych relacji z przebiegu walk
zamieszczonych w "Pamiętnikach Żołnierzy Batalionu "Zośka"", więzień PRL-u,
wybitny lekarz opiekujący się matkami poległych (jego syn Piotr jest obecnie
działaczem Komitetu Opieki nad Mogiłami Żołnierzy Batalionu "Zośka", pięknie
kontynuując sztafetę pokoleń), Jakub Nowakowski "Tomek", zawsze pogodny i
uśmiechnięty, znakomity zoolog – przejął trudną funkcję sekretarza Środowiska
Zośkowego po druhu Stanisławie Sieradzkim "Świście", Henryk Kowal, cudem
uratowany z zagłady Szpitala Wolskiego, inżynier, obecnie skarbnik Środowiska,
Janusz Maruszewski, ciężko ranny w Powstaniu, więziony po wojnie, niezwykle
zaangażowany w działania Środowiska, Maria Urbaniec-Downarowicz "Myszka",
ofiarna sanitariuszka, Witold Bartnicki – bohater akcji pod Arsenałem, członek
plutonu pancernego, po wojnie wybitny inżynier i działacz Środowiska. I wielu,
wielu innych, których znajdą Państwo na kartach mojej książki. Niezwykła więź,
która ich łączyła w czasie wojny, przetrwała. Ochraniają pamięć poległych,
troszczą się o żyjących. Są nieprawdopodobnie skromni. Nie wymagają nagród, nie
oczekują orderów, chociaż jeżeli komuś należy się Order Orła Białego, to właśnie
im!
Oto wybrana garstka.
"Życia lotu nie przetnie żadna siła obca"
Anna Borkiewicz-Celińska, w czasie okupacji prowadząca cały czas skrzynkę
łącznościową, stąd jej pseudonim "Hanka Skrzynkowa", w Powstaniu łączniczka
Andrzeja Romockiego "Andrzeja Morro", przeprowadziła pod ostrzałem cały pluton
na pomoc broniącej się bohatersko Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.
Ciężko ranna na Starówce, zostaje cudem przeniesiona kanałami do Śródmieścia.
Jest córką pułkownika Adama Borkiewicza, bohatera Legionów, redaktora
powstańczego dziennika "Barykada" i autora świetnej monografii Powstania
Warszawskiego. Po wojnie Hania rozpoczyna studia na Wydziale Historii
Uniwersytetu Warszawskiego, przerwane dwukrotnym aresztowaniem. Skazana na 7 lat
więzienia. Uniewinniona przez Sąd Najwyższy w 1958 roku, powraca do swych pasji
historycznych, jest autorką znakomitych prac poświęconych dziejom i bohaterom
Powstania Styczniowego.
Jej mąż, Bogdan Celiński, uczestnik wielu akcji Grup Szturmowych, przeszedł cały
szlak bitewny Batalionu "Zośka" w plutonie "Alek" kompanii "Rudy". Dokonał
niezwykłego wyczynu razem z przyjacielem Staszkiem Lechmirowiczem "Czartem",
przedzierając się po zerwanych przęsłach Mostu Poniatowskiego na Pragę. To on
jest bohaterem epilogu książki Aleksandra Kamińskiego "Zośka i Parasol".
Studiował na tajnej Politechnice i zdążył rozpocząć pracę jako konstruktor.
Aresztowany zaraz po "Anodzie" 3 stycznia 1949 roku i skazany na 15 lat
więzienia. Odsiedział 7. Stał się potem wybitnym znawcą sprzętu
rehabilitacyjnego, kierownikiem pracowni w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym. Wiele
lat przewodniczył Komisji Historycznej Środowiska Batalionu "Zośka" i to on
wpłynął na decyzję żony, by opracowała monografię Batalionu "Zośka", która jest
niezastąpionym źródłem do historii tego niezwykłego oddziału. Mój cykl "Wierna
rzeka harcerstwa" zawdzięcza Hannie i Bogdanowi nieskończenie wiele bezcennych
dokumentów, wspomnień, korekt. To do Hani pisał w sierpniu 1943 roku Janek
Lenart, w Powstaniu jeden z dowódców plutonu "Alek" kompanii "Rudy": "…życia
lotu nie przetnie żadna siła obca, z młodej siły, radości i wolności rodzi się
zwycięstwo".
"Pierwszy dzień zwycięstwa"
"W końcu ten dzień – 1 sierpnia – nastąpił. Zbiorowe uniesienie, wspólne
poczucie wielkości tej godziny, w której poczuliśmy się wolni, kiedy nam się
zdawało, że obchodzimy pierwszy dzień zwycięstwa, którego nikt nam już nie
odbierze! I to wspaniałe uczucie jedności z całą Warszawą…" – tak pisze w
swoich wspomnieniach Anna Swierczewska-Jakubowska "Paulinka", sanitariuszka i
łączniczka. 8 sierpnia bierze udział w akcji, która ma na celu unieszkodliwienie
działa pancernego. Wynosi ciężko rannego dowódcę pod ostrzałem niemieckiej
broni, za co dostaje Krzyż Walecznych. Na Starówce pełni służbę w zespole
doktora "Broma". Tam próbują ratować jej starszą siostrę Marynę, także
sanitariuszkę. "Paulinka" chce zostać z nią na Starówce, gdy przychodzi chwila
ewakuacji kanałami. Ale otrzymuje rozkaz pomocy ciężko rannym i wyprowadza ich,
sama ranna. Do końca trwa na posterunku w szeregach "Zośki" walczących na
Czerniakowie.
Po wojnie zdołała zacząć studia na Wydziale Psychologii Uniwersytetu
Warszawskiego. Aresztowana 13 stycznia 1949 roku, zostaje skazana najpierw na 5
lat, a potem za wyjątkowo nieugiętą postawę w czasie śledztwa – na 8 lat
więzienia. Zrehabilitowano ją w roku 1957. Nie mogła jednak znaleźć pracy.
Zaangażowała się do redakcji Słownika Biograficznego Techników Polskich. Ma swój
cenny i ważny udział w Fundacji Filmowej Armii Krajowej, realizującej filmy
poświęcone Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskiemu. W Środowisku Zośkowym
poświęciła wiele trudu, działając w Komitecie Opieki nad Mogiłami Poległych. W
swoich wspomnieniach napisała: "Nam – uczestnikom tamtych wydarzeń, pozostaje
tylko pamięć o tych, którzy nie przeżyli, i oddanie ich pamięci należnego
hołdu".
Godni chwały
30 sierpnia, co roku, na ulicy Zakroczymskiej w Warszawie odbywa się apel
poległych w rocznicę śmierci powstańców z kompanii "Giewonta". Jest wtedy z nami
zawsze jedna z ostatnich żyjących harcerek z tej kompanii – mecenas Lidia
Markiewicz-Ziental "Mała". Wśród wspomnień z Powstania tę chwilę przywołuje jako
jedno z najstraszliwszych przeżyć: – Moja kompania "Giewonta" obejmuje placówkę
przy ulicy Zakroczymskiej, walcząc bez wytchnienia, bez posiłków, pod groźbą
ciągłych nalotów. 29 sierpnia "Giewont" wysyła mnie i sanitariuszkę Lusię do
szpitala na Długą, abyśmy pomogły tam ratującemu rannych zespołowi doktora "Broma"
– Zygmunta Kujawskiego. 30 sierpnia kompania, otrzymawszy zmianę, wreszcie
szykuje się do odmarszu. Nie zdążą… Niemieckie bomby zdruzgotały dom i
zasypały całą moją kompanię. Nie sposób opisać, co się czuje, gdy stoimy nad
grobem przyjaciół, którzy jeszcze wczoraj byli z nami.
We wrześniu 1939 roku, gdy zła siła przecięła bezlitośnie ich lot, Lidka nie
miała jeszcze dziesięciu lat. Gdy wybuchło Powstanie, dodała sobie trzy lata,
żeby dostać przydział do patrolu sanitarnego 3. kompanii Harcerskiego Batalionu
AK "Zośka". Podczas ataku na Gęsiówkę śmiertelnie ranny został Julek Rubini
"Piotruś". Mówi Lidka: – Był taki jasny, słoneczny dzień, a "Piotruś" umierał.
Słabnącym głosem prosi, żeby zawiadomić jego ukochaną dziewczynę i zaczyna się
modlić: "Ojcze nasz…", "Zdrowaś Maryjo…". Już przy "…łaskiś pełna" głos mu
się załamuje i ucicha… To pierwsza śmierć.
Nasz kapelan Zgrupowania "Radosław", do którego należy "Zośka" – "Ojciec Paweł",
ksiądz Józef Warszawski żegnał go: "Ci są, którzy przyszli z ucisku wielkiego i
obmyli szaty swoje i wybielili je we krwi Baranka i służą Mu… Baranek będzie
nimi rządził i poprowadzi ich do źródeł wód żywota i otrze Bóg wszelką łzę z ich
oczu…".
Lidka znajdzie się w centrum walk powstańczych na Starówce. Jej towarzysz broni
Staszek Romanowski "Kajtek" napisze o niej, nazywając ją córką pułku:
"Najmłodszym żołnierzem była Lidka, zwana przez wszystkich Małą. Brała udział w
ciężkich walkach na terenie Woli, Powązek, w gruzach getta, przy natarciu na
Dworzec Gdański, gdzie odznaczyła się szczególnie bohaterską postawą,
wydobywając spod silnego ostrzału ciężko rannych i udzielając im pomocy". Gdy
została ranna – sama założyła sobie opatrunki i nie przerwała ratowania rannych.
Jej rodzeństwo zostało wymordowane przez Niemców w szpitalach. Matka pisała ze
Szwecji po koszmarze obozu Ravensbrźck: "Liduś, pamiętaj, że kto nie zazna
goryczy na ziemi, ten nie zazna słodyczy w niebie, i cieszmy się, że i nam
przypadło w udziale nieść Krzyż, który Jezus Chrystus niósł na Kalwarię. I
pamiętajmy o tym, że Matka Najświętsza ma nas w swej opiece i udziela nam wciąż
swego Nieustającego Ratunku".
Lidka ocalała przed aresztowaniem, ojciec nie pozwolił jej się ujawnić.
Wielokrotnie przychodziła z pomocą uwięzionym kolegom. Ukończyła prawo i jest
doskonałym adwokatem, służącym zawsze walce o sprawiedliwość. Wśród wielu
odznaczeń awansowana do stopnia porucznika, wśród wielu odznaczeń posiada medal
"Godnemu Chwały" – przyznawany "szczególnie zasłużonym żołnierzom Powstańczych
Służb Sanitarnych za męstwo i poświęcenie".
Służba do końca
"Biegnę myślami do Przyjaciół moich i pytam – dlaczego tak młodo ginęli? –
dlaczego tak nielicznych los przy życiu pozostawił? A los odpowiada nam –
zostaliście, by prawdę o Tamtych głosić". Tak pisał mi w liście nasz druh, nasz
przyjaciel, nasz wzór. Harcerz – powstaniec – bohater. Major Stanisław Sieradzki
"Świst".
Znała go i kochała cała harcerska Polska. Na pożegnaniu w katedrze polowej 25
lutego 2009 roku było 51 pocztów sztandarowych. Dzisiaj na Rajdzie Arsenał czy 1
sierpnia na Powązkach ciągle widzimy jego wysoką postać w mundurze
instruktorskim i rogatywce otoczoną przez tłum młodzieży zasłuchanej w
opowieści, dzięki którym spod białych brzozowych krzyży powstawali żywi
bohaterowie Batalionu "Zośka".
Był jedną z najbardziej charakterystycznych postaci batalionu. Zawsze pełen
humoru i wigoru. Pseudonim "Świst" zyskał, bo koledzy uważali, że świetnie
pasują do niego słowa harcerskiej piosenki: "Choć skaut ma na głowie/ kłopotów
ze trzysta,/ nic się nie turbuje/ i tak sobie śwista".
8 sierpnia na Woli biegły za nim podniecone głosy kolegów: – Podać po linii,
"Świst" zdobył karabin maszynowy! 11 sierpnia czołgał się pod ostrzałem przez
pole. Opowiadał: – Leżę i odmawiam "Pod Twoją obronę…". Pociski gwiżdżą mi nad
głową… Skokiem dopadam do szkoły świętej Kingi, którą nazywaliśmy "Twierdzą",
taranuję jakieś zamknięte drzwi, wywalam je i jak na łodzi wjeżdżam. I nagle
słyszę krzyk Witka Sikorskiego-Boruty: – Nie strzelać! To Staszek "Świst"!
31 sierpnia dwudziestotrzyletni podchorąży "Świst" otrzymuje zadanie –
przeprowadzić kanałami ze Starówki do Śródmieścia grupę 63 powstańców. Są wśród
nich ranni. On sam ledwo wyszedł ze szpitala na Miodowej, ranny dwukrotnie.
Stanęliśmy ze "Świstem" przy włazie do kanału na placu Krasińskich. Wspominał: –
Wleczemy się. Pełzamy na kolanach. Opatrunki mi przemokły, rany bolą. Wreszcie –
jasność. Wrzeszczę – Starówka! Swoi! Doszliśmy!
Na Czerniakowie seria z czołgu zmiotła go z balkonu. Trzeci raz stanęła nad nim
śmierć. 18 września żołnierze z 1. dywizji im. Kościuszki przeprawili
pogruchotanego "Śwista" na drugą stronę Wisły.
Po wojnie odnalazł się ze swoim przyjacielem "Anodą" i razem grzebali poległych
przyjaciół. Zaczął studia w Szkole Głównej Handlowej. Aresztowano go 13 stycznia
1949 roku. Przeszedł straszliwe śledztwo na Rakowieckiej. Został skazany na 10
lat więzienia i wywieziony do Wronek. Nagle w 1953 roku przewieziono go do
Rzeszowa. Tam spotkał kolegów ze swej kompanii Oficerskiej Szkoły Saperów, do
której był wcielony w 1945 roku i z której uciekł do oddziałów leśnych ROAK. Tym
razem 26 lutego 1954 roku dostał wyrok śmierci. "Ułaskawiono" go na 15 lat
więzienia. Jako ostatni z uwięzionych zośkowców w listopadzie 1956 roku siłacz
batalionu wyszedł z więzienia ze zrujnowanym zdrowiem, zniszczonymi płucami.
W czerwcu 1966 roku ta niezwykła garstka, która przeżyła, stworzyła Środowisko
Batalionu "Zośka". "Świst" został sekretarzem. Odnaleźli rodziny poległych,
opiekowali się matkami. "Świst" stał się najpopularniejszym w Polsce
instruktorem harcerskim. Dostawał setki listów i zaproszeń. Jechał i wygłaszał
wspaniałą, barwną gawędę. Kiedy złościłam się, że nie oszczędza zdrowia i tłucze
się znowu kędyś na skraj Polski, uśmiechał się i mówił krótko: – Służba!
I pełnił tę służbę szlachetnie, mądrze i pięknie do końca. O jej plonie świadczy
zbiorowy list młodzieży zebranej na Arsenale Pamięci w Łodzi: "I jesteś z nami –
zawsze! Krzepiący się Twą odwagą, wytrwałością, brawurą, poczuciem humoru i tą
wielką godnością, z jaką przetrwałeś powojenne więzienia. Widzimy Twoją wysoką
postać w zielonym instruktorskim mundurze, która od tylu lat jest wspaniałym
drogowskazem ukazującym, jaką drogą powinni iść dziś młodzi Polacy, by "Polska
umiała znów żyć" – jak marzył Twój kolega z Batalionu "Zośka", ten, któremu
pomagałeś dźwigać karabin na Bazie Leśnej – Krzysztof Kamil Baczyński.
Tak i nam dzisiaj pomagasz dźwigać różne problemy, jakie niesie trudne życie w
ojczyźnie skłóconej i tak dalekiej od "ideału Polski godnej szacunku", o którą
walczyliście!".
Jego siew trwa
W 1983 roku, podczas stanu wojennego, Honorowy Medal Batalionu "Zośka" wręczał
Ojcu Świętemu w Rzymie prof. Kazimierz Łodziński. Powiedział Jan Paweł II:
"Lekarz to jest wielki miłosiernik. Samo imię lekarz – mówi o pomaganiu
człowiekowi, uzdrawianiu, przywracaniu sił". Takim miłosiernikiem był druh prof.
Kazimierz Łodziński, który łączył cechy najwspanialszego lekarza ratującego
życie dziecka z wiernością towarzysza broni i opiekuna tradycji swego batalionu.
Był wieloletnim ofiarnym i niestrudzonym przewodniczącym Środowiska "Zośki" i
Komitetu Opieki nad Mogiłami Żołnierzy Batalionu. W czasie okupacji tajnie
studiował medycynę. Po wojnie, kiedy stanie się sławnym lekarzem, powie: "Jestem
szczęśliwy, że moim kolegom, poległym Żołnierzom Batalionu "Zośka", zwłaszcza
tym ze Szkoły Zaorskiego, medykom, mogę powiedzieć – cały czas o was myślałem i
czułem, jak mnie wspomagaliście". Brał udział w sławnych akcjach: pod Arsenałem,
w Sieczychach i "Góral" – gdy żołnierze Armii Krajowej w brawurowy sposób
zdobyli na potrzeby konspiracji ogromną sumę w ataku na konwój z banku. Przed tą
akcją, jak wspominał druh Łodziński, grupka zośkowców poszła do katedry św. Jana
i tam modliła się o pomoc do Matki Najświętszej: "Spraw, abyśmy każdego dnia w
szczęściu i bólu byli braćmi. Wtedy nasze szpitale będą także Twoimi katedrami,
a nasze laboratoria świadkami Twojej wielkości". Należał do 80. Warszawskiej
Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego, której tradycje podtrzymywał do
końca życia. Mówił: – Moi koledzy odeszli na wieczną wartę, ale trzeba podnieść
głownię ogniska, rozżarzyć ją płomieniem zapału i rzucić do nowego ogniska
harcerskiego! W Powstaniu niósł bohatersko pomoc rannym. Jego żona – śliczna
Staszka – swego pierwszego syna urodziła w płonącej, powstańczej Warszawie.
Po wojnie Kazimierz Łodziński stał się sławą polskiej chirurgii dziecięcej – jej
współtwórcą i europejską znakomitością w tej dziedzinie. Kierował Kliniką
Chirurgii Dzieci i Młodzieży Instytutu Matki i Dziecka. Wykładał na kongresach
naukowych w wielu krajach ze Stanami Zjednoczonymi i Japonią na czele. Ocalił
życie dziesiątkom polskich dzieci. Do końca życia jako naczelny chirurg
dziecięcy współpracował z 89 oddziałami chirurgii dziecięcej w Polsce. Na
wielkim Medalu Honorowym, jaki otrzymał w Krakowskim Instytucie Pediatrii,
wyryto słowa: "Nie zapominaj o siewie, jeśli chcesz zbierać". Wielki jest siew
prof. Kazimierza Łodzińskiego, bohatera Batalionu "Zośka".
Z nadzieją i wiarą
"Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy padł rozkaz "Sosny": Baczność, dzisiaj o
godzinie 17.00 rozpoczynamy jawną walkę! A więc nareszcie. Jawna walka. Jakże
będzie inna niż pod Arsenałem, Sieczychami czy w Wilanowie. Nie będziemy już
małym wydzielonym oddziałem, będziemy walczyć ramię przy ramieniu z ludnością
Warszawy, tej Warszawy, która już tylekroć pokazała światu, że potrafi walczyć.
O wolność swoją i wolność całej Polski" – tak witał dzień 1 sierpnia 1944 roku
jeden z najmłodszych żołnierzy Batalionu "Zośka" Tytus Karlikowski. Miał 17 lat,
gdy poszedł do Powstania. Pisze: "Jaka radość, jak dziękować Bogu, że pozwolił
nam przetrwać i doczekać tej chwili. Żegnam się z rodzicami, mówiąc, żeby byli
dobrej myśli, że wszystko minie za dwa, trzy dni. Biorę opaskę biało-czerwoną z
orzełkiem, na której widnieje kotwica – symbol Polski Walczącej. Idę w bój – z
nadzieją i wiarą niezachwianą w zwycięstwo!". W Śródmieściu zdobywa karabin
maszynowy z płonącego samochodu i przedziera się do "Zośki" na Wolę. Ranny już 8
sierpnia, jeszcze prowadzi chłopców do ataku. 11 sierpnia jest dosłownie
poszarpany odłamkami. Traci oko, ma bezwładną nogę i rękę. Uratowany przez
doktora "Broma" i przeprowadzony kanałami przez "Śwista" – ocaleje. Wielokrotnie
przesłuchiwany przez Urząd Bezpieczeństwa w sprawie ekshumacji i pogrzebów
przyjaciół, zażartuje: – Jakoś się przeturlałem i nie siedziałem w więzieniu.
Stanie się sławą w dziedzinie ocalania lasów. Z tytułem profesora doktora
habilitowanego Instytutu Badawczego Leśnictwa przewodniczy Working Group for
Forest Fire przy ONZ w Genewie, pełni znakomicie funkcję kierownika Katedry
Profilaktyki Pożarniczej w Szkole Głównej Służby Pożarniczej. Wspiera go w pracy
i życiu wspaniała żona Ala, łączniczka z Pułku "Baszta". Tytusowi Karlikowskiemu
zawdzięczamy brzozowe krzyże na kwaterze Batalionu "Zośka", jedyne, jakie na
cmentarzu Wojskowym ocalały.
Dziś, gdy zabrakło już i "Śwista", i Kazika Łodzińskiego, Tytus Karlikowski
wziął na barki obie funkcje – jest przewodniczącym Środowiska Batalionu "Zośka"
i przewodniczącym Komitetu Opieki nad Mogiłami "Zośki", autorem wielu cennych
opracowań naukowych, promotorem 250 prac magisterskich i inżynierskich. Zawsze
spokojny, zrównoważony i skromny, posiada ponad 30 odznaczeń bojowych i
pokojowych, wśród nich Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari.
Jeden z "kamieni na szaniec"
Był w Batalionie "Zośka" harcerz, który wybrał pseudonim sienkiewiczowski –
"Laudański". To harcmistrz Juliusz Bogdan Deczkowski, jedna z najpiękniejszych
postaci batalionu, jego kronikarz, opiekun matek poległych kolegów, dowódca
Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, wspierający druha Aleksandra Kamińskiego przy
pracy nad monografią "Zośka i Parasol". 9 maja 1941 roku Bogdan został
aresztowany, gdy z kolegami rozrzucał ulotki. Przeżył 10 strasznych miesięcy na
Pawiaku, po uwolnieniu natychmiast wrócił do walki. Znalazł się w kręgu
bohaterów "Kamieni na szaniec". Brał udział w akcji "Sieczychy" i pierwszy
podbiegł do Tadeusza Zawadzkiego "Zośki", gdy ten zginął.
Od matki Krzysztofa Kamila Baczyńskiego otrzymał tomik jego wierszy "Śpiew z
pożogi" z dedykacją: "Towarzyszowi i przyjacielowi mego syna – Stefania
Baczyńska".
Zapytany przez harcerzy o odznaczenia, powiedział, że ma aż trzy, dotykając
dłonią trzech blizn po trzech ranach. Uciekł ze szpitala z przestrzelonym
płucem, przeszedł kanałami ze Starówki, walczył do ostatnich chwil na
Czerniakowie. 20 lutego 1950 roku Wojskowy Sąd Rejonowy skazał "Laudańskiego" na
pięć lat więzienia z pozbawieniem praw "za to, że od lata 1945 roku do jesieni
1948 w Warszawie i Zakopanem przez uczestnictwo w pracach ekshumacyjnych,
udzielanie swego mieszkania członkom konspiracyjnego Batalionu "Zośka", przez
uczestnictwo w zjeździe zośkowców w Zakopanem, przez prace
fotograficzno-historyczne dotyczące Batalionu "Zośka" oraz przez udział w
herbatkach, imieninach i weselach byłych zośkowców, świadomy utrzymywania w ten
sposób więzi grupowej oddziałów, których działalność była skierowana na
dokonanie przemocą zmiany ustroju Państwa Polskiego, usiłował wraz z innymi ten
cel osiągnąć". Bity, lżony, siedział w więzieniu na Rakowieckiej w jednej celi z
generałem SS Ottonem Geiblem, następcą kata Warszawy Kutschery. W kamieniołomach
doznaje ciężkiego urazu kręgosłupa, który go będzie prześladował do końca życia.
W grudniu 1956 roku Sąd Najwyższy uniewinnia i rehabilituje "Laudańskiego". W
roku 1960 kończy studia na Wydziale Chemii Uniwersytetu Warszawskiego z
wyróżnieniem. Jest jednym z czołowych twórców polskiej sztucznej nerki. Działał
do końca w środowiskach harcerskich, był współtwórcą Komitetu Opieki nad
Mogiłami Żołnierzy Batalionu "Zośka", jest współautorem pamiętników zośkowców i
autorem cennego tomu "Wspomnienia żołnierza Baonu AK "Zośka"". Był wcieleniem
dobroci, łagodności, tolerancji, promiennym optymistą.
* * *
Przeszedłszy wszystkie kręgi piekieł – nie załamali się, nie uciekli z kraju,
nie popadli w nałogi. Są żywym zaprzeczeniem gorzkiej konstatacji Norwida, że
Polak w Polaku to często olbrzym, ale człowiek w Polaku to jakże często karzeł.
Są przykładem, że Polak w Polaku i człowiek w Polaku może być olbrzymem.
Barbara Wachowicz
