Libii grozi chaos

Z Gianandreą Gaianim, historykiem, dziennikarzem, autorem analiz
historyczno-strategicznych, byłym reporterem wojennym, rozmawia Agnieszka Żurek

Sytuację w Libii określił Pan mianem katastrofalnego zwycięstwa. Czy ogrom
wyzwań, przed jakimi stanął kraj, przerósł libijskich rebeliantów?

– Taki tytuł nosi mój artykuł o wydarzeniach w Libii, ale określenie to nie
pochodzi ode mnie. Tak ocenili sytuację w tym kraju dyplomaci brytyjscy
przebywający w Bengasi. Najgorszy możliwy scenariusz dla Libii to upadek
dyktatury i niezdolność do wyłonienia sił będących w stanie rządzić krajem.
Libijscy rebelianci nie są odpowiednio zorganizowani, nie wytworzyli struktur i
instytucji państwowych. Nie są w stanie rządzić krajem. Gwałtowny upadek
Kaddafiego grozi pogrążeniem Libii w anarchii. Sporządziłem ostatnio analizę
sytuacji od strony militarnej. Moim zdaniem, Zachód za późno uświadomił sobie
istnienie zagrożenia, z którym obecnie przychodzi nam się zmierzyć. Jeśli
sądzimy, że w Libii nastąpi teraz płynne przejście od dyktatury do powołania
demokratycznie wybranego rządu i parlamentu, jesteśmy zbytnimi optymistami.
Reagujemy za późno – dopiero po sześciu miesiącach prowadzenia operacji
militarnej w Libii Zachód zaczął zadawać sobie pytanie o to, kim w istocie są
ci, którym zbrojnie pomagamy.

Problem dotyczy rosnących w siłę ekstremistów islamskich?
– Na samym początku, w lutym, kiedy wybuchła rewolucja, opierała się ona na
klanach pochodzących z Cyrenaiki, marginalizowanych wcześniej i pozbawionych
możliwości sprawowania władzy. Na ich czele stanęli jednak eksministrowie rządu
Kaddafiego. To tak, jakby po upadku Hitlera na jego miejscu pojawił się Goebbels
i ogłosił: "A teraz nadchodzi demokracja!". Żeby dobrze zrozumieć, jak wygląda
sytuacja w Libii, trzeba sobie uświadomić, że istnieje co najmniej 40 ośrodków
oporu, a każdy z nich dysponuje swoją policją, każdy jest autonomiczny. Na ich
czele stoją przywódcy klanów. Obraz, jaki się rysuje, stanowi zatem bardzo
zróżnicowaną mozaikę. W tej mozaice wyraźnym elementem są grupy ekstremistów
islamskich. Są oni nieźle zorganizowani militarnie. Udowodnili wręcz, że ich
zdolność do organizowania się na planie militarnym przewyższa zdolność bojową
innych sił wojskowych działających na tym terenie. To właśnie grupy
fundamentalistów islamskich pobiły wojska Kaddafiego. W 2003 roku, po upadku
reżimu Saddama Husajna w Iraku, byli oni w stanie walczyć z wojskami
amerykańskimi. Zdobyli doświadczenie i dziś walczą przeciwko Kaddafiemu w Libii
– razem z Amerykanami, których wcześniej mordowali w Iraku. 11 września 2001
roku rozpoczęła się wojna z islamskim terroryzmem, która w pewnym wymiarze trwa
do tej pory. W Afganistanie walczymy z talibami – w tej wojnie bierze udział
także 2500 polskich żołnierzy – a jednocześnie w Libii pomagamy podobnym do nich
grupom fundamentalistów. I dzieje się to w Trypolisie, który znajduje się dwa
kroki od wybrzeży włoskich. Jest to dość paradoksalne.

Opinie o wejściu Libii na drogę demokracji są wygłaszane przedwcześnie?
– Jestem pragmatykiem. Obserwuję to, co dzieje się gdzie indziej. W Syrii, gdzie
ruchy społeczne są ostro represjonowane, nikt nie interweniuje i nie pomaga tym
ludziom. Manifestanci wychodzą na ulice, żeby wyrazić swój sprzeciw wobec reżimu
przypominającego niektórym system nazistowski, innym – terror komunistyczny. I
są pozostawieni sami sobie. W Libii natomiast rewolucjonistom pomaga Wielka
Brytania, Francja, interweniuje cały świat zachodni. Rewolucje w świecie
arabskim mają specyficzny przebieg. Wielu miało nadzieję na przemiany
demokratyczne w Egipcie, obecnie jednak władza podzielona została między wojsko
a Braci Muzułmanów. W Tunezji natomiast sytuacja jeszcze się nie wyklarowała.
Musimy poczekać do wrześniowych wyborów, wtedy będzie można powiedzieć coś
więcej o kondycji tego kraju. Zachód w przeszłości miał wiele problemów z
Kaddafim, jednak w ostatnich latach wypracowaliśmy jakiś rodzaj wygodnego dla
obu stron kompromisu – my nie sprzeciwialiśmy się jego dyktaturze, a on
gwarantował nam zapewnienie buforu między nami a ekstremizmem islamskim. Nie
wiadomo, czy kolejny rząd libijski będzie skłonny do tego rodzaju współpracy.
Gdyby tak się nie stało, my, Włosi, znaleźlibyśmy się w trudnej sytuacji.
Mogłoby zostać zagrożone nasze bezpieczeństwo energetyczne. Istnieje także
ryzyko związane z terroryzmem. Możliwe, że Libia stanie się państwem o słabej
demokracji i nie będzie potrafiła sprawować kontroli nad swoim terytorium.
Istnieje ryzyko przekształcenia państwa w zlepek kilkudziesięciu czy kilkuset
wspólnot klanowych. Jest to ewentualność, którą trzeba poważnie brać pod uwagę.
Nie jest to scenariusz korzystny dla Europy.

Czy można powiedzieć, że reżim Kaddafiego rzeczywiście już upadł?
– Nie można jeszcze stwierdzić tego z całą pewnością, natomiast jest bardzo
prawdopodobne, że stanie się tak w niedalekiej przyszłości. Trzeba będzie wtedy
bacznie obserwować, czy i w jaki sposób NATO oraz siły militarne Europy
zaangażują się w działania na rzecz ustabilizowania sytuacji w tym regionie. Do
tej pory nasze zaangażowanie polegało głównie na zrzucaniu bomb. Nikt nie chce
jednak wysyłać na ten teren sił lądowych. Kaddafi gwarantował stabilizację,
niemającą oczywiście nic wspólnego z demokracją. Po upadku jego reżimu będziemy
mieć do czynienia z wieloma niewiadomymi i z niewielką liczbą punktów oparcia.

Kto w społeczeństwie libijskim mógłby stać się bazą do stworzenia grupy
otwartej na przemiany demokratyczne?

– Myślę, że sytuacja społeczna w Libii jest podobna do tej w Egipcie i w
Tunezji. Najmłodsza generacja, także dzięki internetowi, który stał się swego
rodzaju oknem na świat, miała okazję zobaczyć, w jaki sposób żyją mieszkańcy
innych krajów – mam tu na myśli przede wszystkim państwa zachodnie. Ci młodzi
ludzie w Egipcie i w Tunezji stali się motorami przemian kulturowych dających
podwaliny także pod zaistnienie procesów społecznych, których następstwem stały
się działania rewolucyjne. Ta młodzież – przynajmniej w Egipcie – została
natomiast w pewien sposób zdradzona. Była potrzebna, aby wywołać protesty
przeciwko reżimowi, natomiast po jego upadku władza przeszła w zupełnie inne
ręce – w ręce ludzi związanych z poprzednim systemem. Podejrzewam, że podobna
sytuacja może mieć miejsce także w Libii. W tym kraju przez 40 lat panowała
dyktatura, a wcześniej monarchia. Jest to kraj, który nigdy nie doświadczył
demokracji. W kraju, który nie wykształcił nawet odpowiednich dla demokracji
systemów biurokratycznych, tymi, którzy przejmą władzę, będą przywódcy klanów.
Można przypuszczać, że dla przyszłych partii politycznych punktem odniesienia
także będzie identyfikacja klanowa, a nie wspólnota ideologiczna.

Kiedy, Pana zdaniem, stanie się realne przeprowadzenie w Libii wyborów?
– Myślę, że nastąpi to w ciągu sześciu, siedmiu miesięcy. Przeprowadzenie
wyborów nie musi jednak oznaczać, że uda się stworzyć rząd, powołać parlament
etc. Tego rodzaju prognozy byłyby zbyt optymistyczne. Wielu młodych Libijczyków
z pewnością chciałoby, żeby ich kraj stał się demokracją na wzór zachodni,
jednak na tym etapie najbardziej prawdopodobne wydaje mi się przejęcie w Libii
władzy przez przywódców klanowych. Możliwe jest także, że będzie między nimi
dochodziło do konfliktów, np. między klanami z Trypolisu i tymi z Cyrenaiki.
Punktem zapalnym może stać się także południe, dokąd mogą wycofać się siły
Kaddafiego. Jestem zdania, że istnieje duże ryzyko, iż Kaddafi pokonany w wojnie
"tradycyjnej" może zgrupować ponownie swoje siły i rozpocząć działania
partyzanckie – tak jak jakiś czas temu zrobił to w Iraku Saddam Husajn.

Jak na konflikt w Libii reaguje włoska opinia publiczna?
– Zupełnie się nim nie zajmuje. Każdy myśli o problemach związanych z kryzysem
ekonomicznym, o swoich kredytach, ewentualnie o wakacjach. Realny problem ma
natomiast rząd. Włochy prowadziły z Kaddafim wiele interesów i teraz politycy
sprawujący władzę w naszym kraju zastanawiają się, jak sprawić, żeby pozostały
one w naszych rękach. Dotyczy to szczególnie energetyki. Możliwe, że siły
rebelianckie nadal będą chciały prowadzić w tej dziedzinie wspólne z Włochami
interesy. Co do naszego zaangażowania militarnego rząd zadeklarował, że nie
wyśle na teren Libii swoich wojsk, nawet w charakterze sił pokojowych. To nasz
tradycyjny włoski styl – robimy wszystko, żeby kto inny bił się za nas, a my w
tym czasie dbamy o nasze sprawy.

Czy zmiany polityczne w Libii mogą przyczynić się do pogorszenia sytuacji
mieszkających tam chrześcijan?

– Jeden z mieszkających w Libii księży powiedział, że reżim Kaddafiego nie
stanowił dla chrześcijan szczególnego zagrożenia. Wraz z nadejściem rewolucji
zintensyfikowali jednak swoje działania fundamentaliści islamscy. Chrześcijanie
nie stanęli po stronie Kaddafiego, ale nie poparli także rewolucjonistów.
Kościół katolicki w Libii od początku rewolucji mówił o ofiarach wśród cywilów –
nawet wtedy, kiedy zaprzeczały temu źródła NATO. Jeśli chodzi o sytuację
chrześcijan, może być ona coraz trudniejsza. Mamy do czynienia z podobnym
procesem, jak w innych krajach arabskich. Rewolucja w Egipcie dała bodziec do
prześladowań Koptów. Wcześniej tego rodzaju akty wrogości muzułmanów wobec
chrześcijan zdarzały się sporadycznie. Rewolucje – poczynając od rewolucji
francuskiej, a może nawet sięgając jeszcze dalej – zawsze dają okazję do
działania ekstremistom i tym, którzy postulują zniszczenie wszystkiego w celu
stworzenia "nowego, lepszego świata".
 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj