Kustosz żyrandoli Tuskowi nie wadzi

Bronisław Komorowski miał budować przeciwwagę dla premiera, jego sojusz z
marszałkiem Sejmu Grzegorzem Schetyną miał skutkować osłabieniem szefa Platformy
Obywatelskiej – taki scenariusz rozpisywała po wyborach prezydenckich część
politologów i posłów partii rządzącej. Jednak jeśli nawet Komorowski myślał o
takim scenariuszu, to szybko go zarzucił. Woli spokojnie urzędować w Belwederze,
niż się narażać premierowi.

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich politycy
Platformy, zaliczani do skrzydła konserwatywnego, czy szerzej do członków obozu
marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny, liczyli, że Pałac Prezydencki będzie
przeciwwagą dla premiera Donalda Tuska. Ale nie tylko oni, bo także wielu
dziennikarzy i politologów spodziewało się, że prezydent "wybije się na
niepodległość", że będzie ważną częścią systemu władzy, że będzie hamował złe
pomysły rządu. Po ponad roku prezydentury Komorowskiego widać, że te oczekiwania
nie zostały spełnione, prezydent został sprowadzony do roli "kustosza żyrandoli"
i notariusza rządu, o czym świadczy choćby fakt, że w tym czasie zawetował tylko
jedną ustawę – o utworzeniu Akademii Lotniczej w Dęblinie. We wszystkich
kluczowych kwestiach postępował zgodnie z interesami rządu i premiera, nawet
wtedy, gdy czego innego oczekiwało od swojego prezydenta społeczeństwo. –
Bronisław Komorowski nas rozczarował – mówi poseł PO.

Skręt w lewo
Oficjalnie posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej prześcigają się w
komplementowaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego. Trudno byłoby znaleźć
wypowiedź, w której nie padałyby słowa, że jest on świetnym prezydentem, że jest
ponadpartyjny, bo w podejmowaniu decyzji nie kieruje się tylko interesem PO, że
w przeciwieństwie do swojego poprzednika Lecha Kaczyńskiego dobrze współpracuje
z rządem, że skutecznie pracuje na rzecz poprawy pozycji Polski na arenie
międzynarodowej. Słowem – że jest to najlepszy z dotychczasowych prezydentów,
jakich mieliśmy. To wersja oficjalna, bo już w kuluarach politycy PO są mniej
entuzjastyczni i nie uchylają się od krytykowania głowy państwa. I nie chodzi im
wcale o liczne gafy, których autorem jest Bronisław Komorowski, to można
potraktować jako słabostkę prezydenta. Jego zwolennicy w Platformie mają przede
wszystkim pretensje o "zdradę konserwatywnego skrzydła".
– Prezydent Komorowski okazał się malowanym konserwatystą. Nasza grupa nie ma z
jego strony żadnego wsparcia – twierdzi jeden z posłów PO, należący do tzw.
skrzydła konserwatywnego. – Proszę zauważyć, że prezydent albo milczy w ważnych
sprawach światopoglądowych, albo przyjął lewicową optykę – stwierdza nasz
rozmówca. I podaje przykład choćby wypowiedzi na temat in vitro. Prezydent
Komorowski poparł in vitro, choć wielu posłów z Platformy liczyło na to, że
zachowa w tej sprawie "większy dystans", że będzie zgłaszał wiele wątpliwości,
postulatów, co pozwoliłoby na przeforsowanie projektu ustawy o in vitro
autorstwa posła Jarosława Gowina, gdy tymczasem w PO większość poparła lewicowe
propozycje poseł Małgorzaty Kidawy-Błońskiej (PO) i posła Marka Balickiego. Co
prawda w Platformie także konserwatyści w zdecydowanej większości popierają samą
ideę przyjęcia przez parlament ustawy regulującej kwestie in vitro, ale w
pewnych sprawach ich poglądy rozmijają się z linią partii. I liczyli, że
Komorowski będzie ich wspierał, tymczasem prezydent był bierny, nie włączył się
do tej debaty, tak jak oczekiwali.
Sporym zaskoczeniem dla niektórych polityków rządzącej partii była też bierność
prezydenta wobec ochrony rodziny. Komorowski, który w kampanii podkreślał
znaczenie rodziny dla kraju, który na każdym prawie kroku chwalił się tym, że
jest w tej kwestii wzorem, że sam ma liczną rodzinę, bez żadnego głosu sprzeciwu
podpisał choćby bardzo złą ustawę, która rzekomo w trosce o ochronę dziecka
przed przemocą zwiększa uprawnienia władz wobec rodziny. – Niepokoi mnie także
bierność prezydenta w sprawie nasilającej się antykościelnej kampanii. Prezydent
do tej pory nie zareagował na antyklerykalne tyrady premiera Donalda Tuska czy
wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego. Czyżby Bronisławowi Komorowskiemu
nie przeszkadzała taka Platforma? Obawiam się, że prezydent myśli tak samo jak
nasi liderzy: tolerować będziemy tylko tych biskupów i księży, którzy nas
popierają, a tych, co krytykują rząd i PO, będziemy zwalczać – relacjonuje
senator Platformy. – Żartujemy nawet, że tak jak kiedyś w Austrii powstał
józefinizm, tak teraz w Polsce próbuje się zbudować donaldyzm. To smutne, bo
raczej spodziewałem się, że mimo wszystko, mimo długiej przyjaźni z Januszem
Palikotem, prezydent będzie jednak bronił autonomii Kościoła, będzie się
przeciwstawiał rządowym atakom na ludzi polskiego Kościoła – dodaje senator.

Tak musiało być
Komorowski pościągał do kancelarii dawnych swoich towarzyszy z Unii Wolności i
to oni są jego głównymi doradcami, ich rad prezydent najczęściej wysłuchuje, a
niestety są to w większości ludzie o lewicowej proweniencji. Także wielu
zewnętrznych doradców prezydenta, proszonych o przygotowywanie np. ekspertyz
prawnych, to również ludzie z tego kręgu towarzyskiego i ideowego. Główną zaś
twarzą medialną prezydenta jest Tomasz Nałęcz, o którym można powiedzieć
wszystko, ale nie to, że ma choćby w części konserwatywne poglądy. Ten dawny
działacz PZPR, a potem kilku innych lewicowych ugrupowań w III RP, które często
zmieniał (to dlatego jest uważany za "wzór politycznej lojalności"), bryluje w
mediach, jest osobą, która nie tylko tłumaczy prezydenckie decyzje, ale wręcz
kreuje politykę Komorowskiego. Bo skoro w telewizji na jakiś temat wypowiada się
główny doradca prezydenta, to dla wielu Polaków brzmi to jak głos samego
prezydenta. Dlatego, jak wyjaśnia nam osoba z kierownictwa PO, także polityka
historyczna prezydenta stała się na wskroś lewicowa. – Miałem wiele zastrzeżeń
do Lecha Kaczyńskiego, ale akurat jego polityka historyczna w wielu kwestiach
była wzorcowa. Nie pozwoliłby on sobie na pewno na takie kompromitacje jak
przemówienie w Jedwabnem czy też niefortunne przemówienie w rocznicę Powstania
Warszawskiego. W obu tych sprawach Komorowski uległ "radom" Nałęcza, no i mamy
pasztet – denerwuje się nasz rozmówca. I jego zdaniem, bez gruntownej przebudowy
kancelarii prezydentura Bronisława Komorowskiego będzie się coraz bardziej
staczać na lewicowe tory, a rzekomy konserwatyzm głowy państwa będzie tylko
dawnym wspomnieniem.
Politycy Platformy są przekonani, że Bronisław Komorowski jest tak naprawdę
politycznym oportunistą, nie tylko w kwestiach ideowych. Uznał, że skoro teraz w
ofensywie jest lewica, skoro taki jest przekaz większości mediów, to prezydent
nie będzie się im przeciwstawiał. Parafrazując prezydenta Francji Jacques´a
Chiraca, Bronisław Komorowski "wykorzystuje okazję, aby siedzieć cicho".

Schetyna zawiedziony
Po wyborach wydawało się, że Komorowski będzie tworzył zgrany duet z marszałkiem
Sejmu Grzegorzem Schetyną, że ich tandem będzie skuteczną przeciwwagą dla
premiera i "spółdzielni" Cezarego Grabarczyka. I niektóre decyzje czy gesty
traktowano jako właśnie element takiej gry. Przykładem miała być choćby dyskusja
nad datą wyborów. Słyszeliśmy oto, że podobno premier Tusk żądał od prezydenta,
aby wybory wyznaczono na 23 października, podczas gdy Komorowski miał się
skłaniać ku 16 października, by wreszcie wyznaczyć głosowanie na posłów i
senatorów na 9 października. – Nie było żadnej gry, prezydent termin wyborów
wyznaczał w porozumieniu z premierem – mówi osoba z warszawskiej PO, znająca
dobrze kulisy Pałacu Prezydenckiego. – Dziewiąty października to dla nas dobra
data, bo im krótsza będzie kampania, tym lepiej dla rządu. I prezydent nigdy nie
wyznaczyłby takiej daty głosowania, która choćby trochę zmniejszała nasze szanse
wyborcze – dodaje.
Za tym, że jednak Komorowski wadzi się z Tuskiem, miały przemawiać inne sygnały.
Otóż zwolennicy Grzegorza Schetyny rozpowiadali, że marszałek i prezydent mają
zupełnie odrębne cele wyborcze niż premier Tusk. To prawda, że wszystkim im
zależy na zwycięstwie PO, ale gdy dla szefa rządu marzeniem jest uzyskanie przez
Platformę ponad połowy mandatów w Sejmie i Senacie, to już marszałek i prezydent
nie chcą tak okazałego zwycięstwa, bo wtedy Tusk byłby już hegemonem w partii. –
Tylko że prezydent bardzo słabo wspiera Schetynę. Nie bronił go, gdy na
marszałka spadła lawina krytyki za to, że ośmielił się wytknąć premierowi
opieszałość w reakcji na raport MAK. A tego wsparcia wtedy Grzegorz bardzo
potrzebował – twierdzi poseł z obozu Schetyny. Prezydent wypowiedział się na
temat samego raportu dopiero po paru dniach, gdy zorientował się, że nie może
już milczeć, bo Polacy jednoznacznie negatywnie ocenili działania MAK.
Komorowski jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, ale nie podjął próby obrony honoru
wojska, gdy oczerniany był śp. gen. Andrzej Błasik, piloci Tu-154M, gdy wielu
polityków, zwłaszcza z obozu rządzącego, waliło w armię jak w bęben. – Prezydent
musiałby się wtedy postawić Tuskowi, a tego nie chciał, musiałby przecież
zażądać choćby odwołania ministra obrony Bogdana Klicha – wyjaśniają nasi
rozmówcy z PO, choć Komorowskiemu też było wygodnie przyjąć taką postawę, bo
przecież była ona zgodna z partyjną propagandą i jego własną wersją zdarzeń w
przypadku katastrofy smoleńskiej.
Jeden z posłów Platformy, bardzo krytyczny wobec prezydenta, twierdzi wprost, że
Komorowski poddał się Tuskowi, uznał po prostu, że nie warto otwarcie zadzierać
z premierem, prezydent po prostu jest za leniwy, aby przejąć polityczną
inicjatywę. Ale jednocześnie nie zerwał też współpracy z marszałkiem, można
powiedzieć, że prezydent siedzi okrakiem na partyjnej barykadzie. Czeka po
prostu, co będzie dalej, jest kunktatorem i ruszy do boju przeciwko Tuskowi
dopiero wtedy, gdy premierowi powinie się noga i w partii zmienią się nastroje.
Jeśli pozycja szefa rządu się zachwieje, bo np. PO uzyska słaby wynik w
październikowych wyborach, to wtedy prezydent z pewnością wesprze partyjną
opozycję, będzie, parafrazując znowu innego klasyka – ministra Radosława
Sikorskiego – dorzynał watahę Tuska. A w takim dobijaniu politycznych rywali
Komorowski jest rzeczywiście skuteczny, co już nieraz pokazał. – Ale "prezio"
niczego nie zaryzykuje, dopóki sytuacja nie będzie klarowna, dopóki nie zobaczy,
że premier przegrał – twierdzi senator z obozu Grzegorza Schetyny.
 

Krzysztof Losz

drukuj