Teflonowa Platforma, „twarde” PiS

Z Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, rozmawia Paulina Gajkowska

Wybory już za dwa miesiące. Jakiego języka możemy spodziewać się w czasie
najbliższej kampanii wyborczej?

– W pierwszej kolejności należy przypomnieć, że kampanie wyborcze szykuje się
najczęściej pod wyborców indyferentnych, właśnie tych niezdecydowanych. Cała
walka wyborcza jest walką z czasem i finansami, jakimi się dysponuje. Tak
naprawdę nie ma zbyt dużego pola manewru, aby "przekonywać przekonanych" – na to
jest za mało czasu. Można jedynie próbować uchronić się przed exodusem wyborców
już zorientowanych. W tym celu prowadzone są badania socjologiczne. Wszystkie
partie mają już za sobą wybadanie swoich odbiorców i teraz konsekwentnie właśnie
do nich będą kierować przekaz polityczny. Jeśli natomiast chodzi o sam język i
dyskurs najbliższej kampanii politycznej, to ostatnie lata pokazały, że w Polsce
w dużym stopniu rozwinęła się negatywna kampania wyborcza. Od lat nie mamy już
do czynienia z kampanią merytoryczną, odwołującą się do realnych problemów.
Najczęściej jest ona zbudowana z ostrych argumentów i trochę wymyślonych
tematów. To determinuje język. Przede wszystkim znów będzie chodziło o
polaryzację, również polskiego społeczeństwa. Zasadniczym motywem może być
odwoływanie się do konfliktu między dwiema Polskami. Taki język będzie prowadził
do personalnych ataków. Wydaje się to nieuniknione. Niezależnie od tego, jakim
kanałem będzie prowadzona kampania. Specyficznym nośnikiem jest internet,
głównie z uwagi na to, że dzięki niemu można zaprezentować polityka jako
nowoczesnego, otwartego itp. Środowisko internautów również jest środowiskiem
charakterystycznym – cechuje ich duża frekwencja wyborcza. Na każdym poziomie
nowoczesnej kampanii można wprowadzać polaryzację społeczną.

Portale społecznościowe stają się coraz częściej miejscem debat. Politycy
również aktywizują się w internecie. Czy to znaczy, że nie zobaczymy już
ciekawej debaty przedwyborczej w telewizji?

– To, że debaty przedwyborcze odchodzą w Polsce do lamusa, jest konsekwencją
tego, że przez lata bardzo źle je u nas przygotowywano. Sztuczność i brak
profesjonalizmu biły po prostu z debat, które mogliśmy oglądać w ostatnich
latach. Z drugiej strony rezygnacja z kampanii w telewizji nie jest korzystna
dla żadnej partii. Nie chodzi o przekaz – na rzetelne informacje nie ma w
największych stacjach szans. Chodzi raczej o prosty mechanizm identyfikacji.
Wciąż ogromna większość naszego społeczeństwa ogląda telewizję, nie mając
jednocześnie dostępu do internetu. Politycy, którzy często "pojawiają się" w
telewizji, są w oczywisty sposób rozpoznawalni i niezależnie od tego, czy robią
coś konkretnego, czy nie, mają większe szanse na dostanie się do parlamentu niż
ci, których w telewizji nie ma. Jeśli chodzi o partię rządzącą, to oczywiście w
obliczu obecnego układu medialnego nie potrzebuje ona spotów telewizyjnych –
łatwo z nich zrezygnować, jeśli ma się przychylne media.

Wracając do samego przekazu wyborczego. Dwie największe partie starają się
bardzo skrupulatnie budować swój wizerunek. PO poprzez chociażby transfery chce
powiedzieć: jesteśmy otwarci, natomiast PiS konsolidacją różnych środowisk
postsolidarnościowych czy patriotycznych wysyła przekaz: jesteśmy silni, mamy
twardy elektorat.

– Tak właśnie jest. PiS ewidentnie stawia na konsekwencję polityczną. Faktem
jest, że jeżeli PO uważa się za partię otwartą, to równie dobrze może być
odbierana jako partia nijaka. Z punktu widzenia odbiorcy, który szuka jasnego,
klarownego przekazu, taka polityka otwartości nie jest atrakcyjna. W sumie można
zapytać, o co tak naprawdę tej partii chodzi? Natomiast w przypadku Prawa i
Sprawiedliwości mamy do czynienia z próbą budowania frontu szerokiego, jeśli
chodzi o wielość środowisk, natomiast wąskiego, jeśli chodzi o światopogląd.
Osoby, które nie zgadzały się z tym nurtem, już dawno odeszły z PiS i okazało
się to z korzyścią dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Jak Pan ocenia przedsmak kampanii: spoty informacyjne PiS i "Polskę w
budowie" PO?

– Wyjściowe spoty PiS były dość intrygujące. PiS sięgnęło po bardzo przekonujące
oręża, czyli opinie ludzi, którzy kiedyś uwierzyli Platformie, a teraz mogą
głośno wyrazić swoje rozczarowanie. Partia opozycyjna musi zwracać się do ludzi,
którzy są z jednej strony zawiedzeni rządami Tuska, a z drugiej strony
kontestują pójście na wybory. Z kolei Platforma Obywatelska nie ma innego
wyjścia, jak odwoływać się do nie swoich sukcesów. Mam tu na myśli sukcesy na
poziomie regionalnym, które nie są wbrew temu, co propagandowo powtarzają
politycy PO, zasługą Donalda Tuska, ile raczej świadectwem na aktywność
społeczną na poziomie lokalnym. Całkowitą porażką byłoby, gdyby partia rządząca
chciała budować swoją narrację wyborczą wokół własnego programu sprzed czterech
lat – z tego programu nic nie zostało. Platforma nie spełniła żadnych obietnic.
Nie usłyszymy przecież tyrady na temat tego, że nie udało się zbudować
autostrad. Zostaje jej tylko chwalenie się nie swoimi sukcesami. Platforma przez
cztery lata skupiała się tylko na tym, aby utrzymać władzę, a nie na tym, aby
rządzić.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj