Wybuchowa wielokulturowość

Wydarzenia w Wielkiej Brytanii niepokoją tym bardziej, że o ich podłożu, a
także o bezpośrednich przyczynach media w Polsce niewiele informują, tak jakby
nie miały własnych dociekliwych korespondentów. Pamiętamy, jaki wpływ na
anarchię w zachodniej Europie po wojnie, i to przez wiele lat, miała
komunistyczna ideologia sterowana z Moskwy, a realizowana przez lewackie,
czerwone terrorystyczne bojówki.

A jednak w Londynie, Birminghamie, Manchesterze, Bristolu i innych miastach
Anglii, a nawet w wielu mniejszych miejscowościach, doszło do niespotykanej
dotąd liczby podpaleń, grabieży sklepów, restauracji, a niekiedy nawet ataków na
domy prywatne. Można było usłyszeć od niektórych londyńczyków, że takich
zniszczeń nie było od czasu drugiej wojny światowej. Zasięg i gwałtowność tej
rewolty przypominają trochę wydarzenia z Francji sprzed paru lat, kiedy to
młodzi ludzie urodzeni w tym kraju, a których rodzice pochodzili z państw
arabskich, podpalali masowo setki samochodów. I ten trop chyba jest właściwy.
Obecne wydarzenia w Anglii mają tych samych sprawców, młodych ludzi z rodzin
emigranckich, dla których pretekstem do niszczenia, jak we Francji, stało się
śmiertelne postrzelenie przez policję jednego z nich. A to, że w ciągu jednego
dnia mogą równocześnie płonąć budynki w kilku różnych miastach, to już "zasługa"
internetu i telefonii komórkowej, dzięki której "biedna" młodzież może
komunikować się ze sobą. Można też usłyszeć, że bezpośrednią przyczyną masowych
zajść było obcięcie przez premiera Davida Camerona dodatków socjalnych dla
emigrantów. To zapewne prawda. Liberalne rządy w ramach szukania oszczędności
budżetowych pierwsze cięcia robią zwykle na "socjalu", ale dotyka to wszystkich,
także "miejscowych". Trudno zatem uznać to za pierwotny powód tych gwałtownych
zajść. Rodziny emigranckie w Anglii od lat zabezpieczone były stabilną opieką
państwa, tyle że ten "socjal" przestał już uwzględniać rosnące materialne
oczekiwania młodych pokoleń emigrantów. Oni nie chcą już być emigrantami. Czują
się "obywatelami" i do państwa kierują swój protest. A że robią to jak
barbarzyńcy, to znaczy, że nie przyswoili sobie, nawet w stopniu minimalnym,
europejskich reguł demokracji. Polityka emigracyjnej otwartości Wielkiej
Brytanii, motywowana głównie szukaniem braków na własnym rynku pracy, ponosi
klęskę. Przestała być atrakcyjna dla nowych pokoleń emigracji. One swoje
angielskie obywatelstwo pojmują dziś wyłącznie roszczeniowo, a manifestują to
agresją.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel przyznała, że polityka "multikulti", czyli
asymilacji kulturowej emigrantów z miejscem ich pobytu, nie sprawdza się w
Europie. Mówiąc to, miała jednak najmniej powodów, aby to stwierdzić. Niemcy, w
odróżnieniu od Francji i Anglii, "postawiły" na Turcję. Kraj ten dzięki
autorytarnym rządom twórcy państwa tureckiego Kemala Ataturka zdecydowanie
ograniczył wpływy islamu na państwo. Turcy budowali potęgę Niemiec, nie buntując
się. Nie buntują się też, przynajmniej na razie, ich urodzone w Niemczech nowe
pokolenia. Co nie znaczy, że za parę lat wnuki tureckich emigrantów (na których
wpływ mają teraz dziadkowie i babcie poszukujący zagubionych kulturowych i
religijnych korzeni), nie odnajdą wbrew narzuconemu wiele lat temu "kemalizmowi"
źródła inspiracji do życia w islamie. Oby była to pokojowa wersja islamu. Nie
ta, która inspirowała zamachowców szkolących się w Hamburgu do zniszczenia
wieżowców w Nowym Jorku 11 września 2001 roku.
 

Wojciech Reszczyński

drukuj