Latałem nad płonącą Warszawą

Mjr obserwator Eugeniusz Arciuszkiewicz, dowódca 1586. eskadry do zadań
specjalnych RAF:
W tragicznym dniu Powstania otrzymałem rozkaz Naczelnego Wodza: "Zatrzymać
wszystkie załogi i skierować cały wysiłek na pomoc Warszawie".

Jak wiadomo, polskie lotnictwo podlegało operacyjnie i administracyjnie Air
Ministry i dowództwu RAF. (…) W tym czasie dowództwo RAF (Mediterranean) nie
miało więcej niż ja wiadomości o całej sprawie. Wstrzymano wszystkie loty nad
Polską do czasu wyjaśnienia sytuacji, bo byli pewni, że działanie musi być
uzgodnione jeśli nie z rządem brytyjskim, to chyba z Rosją. Dni się wlokły.
Lataliśmy nad północnymi Włochami i innymi krajami. Dopiero 4 sierpnia zezwolono
na lot nad Polską, ale nie nad Warszawą. W myśl cichej umowy 5 naszych maszyn
wykonało zrzuty nad Warszawą. Niemcy jeszcze nie byli pewni siebie. Obrona była
słaba i sporadyczna. Wszystkie samoloty wróciły. (…)
W połowie Powstania lot wyglądał mniej więcej w ten sposób. Mniej więcej, bo
każdy lot był inny. O godzinie 9 rano dowódcy dywizjonów podawali stan załóg i
samolotów. Jeśli warunki meteorologiczne pozwalały, przekazywano nam cel zrzutu
i czas startu. Punkty zrzutu podawała baza zaopatrzenia Oddziału VI Sztabu
Naczelnego Wodza w Latiano. Oni też dostarczali materiał do zrzutów w
zasobnikach i paczkach. O godzinie 2 odprawa. Czas startu, podział punktów
zrzutu, warunki meteorologiczne, obrona przeciwlotnicza, instrukcje radiowe itd.
Teraz załogi oblatują samoloty i opracowują lot. Start pomiędzy godziną 5 a 6.
Ciężarówki rozwożą załogi do samolotów.
Każdy włazi powoli do kadłuba. Upał jeszcze się trzyma. Pot zalewa oczy.
Przeładowana maszyna niezgrabnie kołuje na start. Kłęby kurzu unoszą się.
Samolot przeciążony ponad przepisową granicę bezpieczeństwa wolno zaczyna
kołować. (…) Dziwnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki,
zdenerwowanie, podniecenie i niepokój ulatniają się. (…) Od wysokości Dęblina
już była widoczna łuna płonącej Warszawy. Przedmieścia Warszawy. Lot według
Wisły. Czarne kłęby dymu, poprzecinane językami ciemnoczerwonych płomieni. Smród
płonących domów, tlejących szmat i zwęglonych trupów. Pięć godzin temu podano
nam punkty zrzutu: plac Zbawiciela, plac Zamkowy, Stare Miasto, Żoliborz, Aleje
Jerozolimskie. Ale kto wie, czy te wszystkie punkty są jeszcze czynne?
Most Poniatowskiego. Skręt na cel. Opuszczone klapy i podwozie. Szybkość 145
mil/godz., tak jak do lądowania. Reflektory poprzez kłęby dymu usiłują
oświetlać. Z dachów i ulic smugi świetlnych pocisków prują w kierunku samolotu.
Piekło na ziemi i w powietrzu. Prześwietlone odblaskami oczy rozpaczliwie
szukają celu. Nareszcie cel. Placyk. Zasobniki i paczki poszły. Przez ułamek
sekundy widać grupkę ludzi. Machają rękami. Skry się sypią na powierzchni
jezdni. To stalowe zasobniki wylądowały. Co ocalało? Niestety, nie można było
wykonywać zrzutów z większej wysokości ze względu na małą powierzchnię celów i
silną obronę przeciwlotniczą.
Samolot drgnął. Silniki zawyły na pełnych obrotach. Następne drgnięcie. Podwozie
i klapy wciągnięte. Na lewo z Okęcia, Mokotowa i z tyłu, prawdopodobnie z
Łazienek – błyski. Artyleria średnia i ciężka w pogoni. Ciemne kłęby dokoła. Po
kilku minutach, które wydają się wiecznością, cisza. Ognie piekielne stopniowo
przekształcają się w łunę ogromnego pożaru. Po chwilowym odprężeniu czujność
wzrasta. Ile wrogich samolotów szuka nas? Widziałem, jak zestrzelili samolot nad
Warszawą. Zdaje mi się, nad placem Zbawiciela. Wielki wybuch. Na pewno nie
cierpieli długo.

Fragment relacji zamieszczonej w książce Janusza Kazimierza Zawodnego
"Uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego. Wywiady", Warszawa 2004

drukuj