Autorzy fałszywych tez
Pułkownik Stefan Gruszczyk, płk rez. Robert Latkowski, Jan Osiecki i
Tomasz Białoszewski – to tylko niektórzy "eksperci" propagujący wczoraj teorie
na temat winy pilotów: mjr. Arkadiusza Protasiuka i ppłk. Roberta Grzywny, za
katastrofę smoleńską. Dziś wiemy, że wiele z głoszonych przez nich tez jest
oczywistą nieprawdą, tworzącą fałszywy obraz wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku.
Nie zraża to jednak Białoszewskiego, który reklamując swój książkowy biznes,
próbuje reaktywować stare teorie.
– Przekroczyli wszelkie dopuszczalne możliwości tego samolotu i tego lotniska.
To jest wszystko pisane krwią – grzmiał w maju 2010 r. w TVN24 płk Stefan
Gruszczyk, były pilot 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego –
jednostki, do której należał rządowy Tu-154M. Z kolei kpt. Dariusz Sobczyński,
pilot, również w tej samej stacji utrzymywał, że załoga tupolewa złamała
wszystkie przepisy.
Tymczasem takich tez nie potwierdził nawet tendencyjny raport Państwowej Komisji
Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (PKBWLLP) Jerzego Millera,
ministra spraw wewnętrznych i administracji. Gruszczyk często zapraszany do
studia TVN24 twierdził, że obsługa naziemna Siewiernego nie znała wysokości
Tu-154M, ponieważ na lotnisku nie było radiowysokościomierza. Jest to nieprawdą
w świetle ustaleń komisji Millera. Jeden z jej członków – Wiesław Jedynak,
pilot, potwierdził na wczorajszej konferencji, że lotnisko smoleńskie było
wyposażone w taki system. Co więcej, w jego opinii, kontroler strefy lądowania
mógł odnieść się na wskaźniku radiolokatora do pozycji samolotu względem kursu
schodzenia i ścieżki lądowania. Oznacza to, że Rosjanie mogli przekazać te dane
załodze polskiego tupolewa, ale tego nie zrobili. Według Jedynaka, kontrolerzy
lotu utwierdzali polskich pilotów w błędnie określonej ścieżce schodzenia.
Kolejna, nietrafiona teoria to rzekomy zamiar lądowania "za wszelką cenę" przez
załogę samolotu. Tego typu twierdzenia pojawiają się w książce "Ostatni lot",
której współautorem jest Latkowski. Zarówno on, jak i Jan Osiecki oraz Tomasz
Białoszewski, współautor książki "Ostatni lot", zarzekali się na łamach
"Newsweeka", że do katastrofy doszło, bo dowódca Arkadiusz Protasiuk chciał się
popisać udanym manewrem w obecności prezydenta i szefa Sił Powietrznych gen.
Andrzeja Błasika, żeby dostać "upragniony awans na stopień majora". Jak bardzo
były to nieuprawnione pomówienia, pokazuje również wspomniany raport PKBWLLP.
Zgodnie z nim piloci prawidłowo wykonywali swoje obowiązki adekwatnie do
wyszkolenia, jakie zapewniło im wojsko. – To nie byli samobójcy. Podjęli decyzję
"odchodzimy na drugi krąg" – powiedział wczoraj m.in. Miller.
Kolejny "ekspert ds. lotnictwa" to Zbigniew Ćwiąkalski, były minister
sprawiedliwości, który już w czerwcu 2010 r. po zapoznaniu się ze stenogramem
nagrań rozmów pilotów z kokpitu Tu-154M posunął się jeszcze dalej w oskarżeniach
pod adresem pilotów. – Ze stenogramów można jednak wnioskować, że była wywierana
presja psychiczna na pilotów – mówił wówczas Ćwiąkalski. Powielił w ten sposób
rosyjskie tezy o gen. Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych, który miał być
jakoby przyczyną takich rzekomych zachowań. Tymczasem PKBWLLP w swoim raporcie
wykluczyła jakikolwiek wpływ generała na decyzje pilotów.
Jeszcze inna teoria spiskowa zakładała, że piloci przeprowadzali 10 kwietnia
2010 r. manewr lądowania. Robert Latkowski w Radiu Zet twierdził m.in., że
pierwszą i najważniejszą przyczyną katastrofy były błędy w decyzji startu i
lądowania tego samolotu. Tezę tę podtrzymał wczoraj Białoszewski, występując w
TVP Info. Tymczasem z polskiego raportu wynika, że nie było to lądowanie, ale
tylko zejście do wysokości decyzji, po którym zamierzano wycofać się na lotnisko
zapasowe.
Jacek Dytkowski
