„Uchod” od odpowiedzialności aktywowany

Winę załogi orzeczono, zanim dopaliły się zgliszcza na Siewiernym. Bo tak
było dla wszystkich (prawie) najwygodniej. Nikt nie pytał o odpowiedzialność
szefa MON sprawującego cywilną kontrolę nad armią. Nikt nie pytał o
odpowiedzialność dowódców, którym – jak pokazuje casus pułkownika Mirosława
Jemielniaka i generała Leszka Cwojdzińskiego – przybywały konsekwentnie kolejne
gwiazdki na pagonach po największych katastrofach w dziejach polskiego
lotnictwa. Retoryczne pytanie, dlaczego armia milczy, dlaczego milczy Dowództwo
Sił Powietrznych, dlaczego nikt nie przetnie spirali oskarżeń wobec załogi,
padało wielokrotnie na łamach "Naszego Dziennika". Formułowali je też oficerowie
Sił Powietrznych, którzy odeszli już do rezerwy. Odpowiedź jest prosta – bo
trzeba by się było skonfrontować z własną – bezpośrednią i pośrednią –
odpowiedzialnością.

Czy szef Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego Jerzy Miller,
zabierając na posiedzenie sejmowej Komisji Obrony Narodowej w sprawie katastrofy
smoleńskiej generała Cwojdzińskiego, wiedział, że zostały wobec niego
sformułowane na piśmie zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych, skutkujące
śmiercią dwudziestu osób? Cwojdziński, zamiast interpretować posłom zdarzenia na
Siewiernym, sam powinien się wytłumaczyć z Mirosławca. Gdzie był Edmund Klich,
polski akredytowany przy MAK, lubujący się w publicznym eksplikowaniu analogii
między katastrofami w Mirosławcu i Smoleńsku w kontekście błędów pilotów, gdy
nominację na szefa pułku wożącego najważniejsze osoby w państwie Bogdan Klich
wręczał pułkownikowi Jemielniakowi? Biegał po studiach telewizyjnych, pisał opus
magnum o Smoleńsku i brał kredyt na wybory. Może dlatego nie starczyło mu czasu
i sił na inicjację systemu logicznego wnioskowania po lekturze protokołu
sporządzonego w sprawie CASY.
A czy szef MON poinformował kolegów z rządowych ław, że bezpieczeństwo zarówno
ich samych, jak i załóg specpułku powierzył swojemu staremu znajomemu z Krakowa,
o którym generał Andrzej Błasik napisał w meldunku, że popełnił błędy w nadzorze
nad funkcjonowaniem systemu szkolenia w 13. eskadrze lotnictwa transportowego?
Niewątpliwie sprawą nominacji po katastrofie w Smoleńsku powinna zająć się
prokuratura wojskowa oraz Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Może
ustalenia w tej kwestii byłyby bardziej zasadne i społecznie użyteczne niż
grzęźnięcie w ekspertyzy dotyczące stanu psychoemocjonalnego dowódcy lotu PLF101
do Smoleńska.

 

Katarzyna Orłowska-Popławska

drukuj