Ewangelia

Szesnasta niedziela zwykła

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść:
„Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł.
A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc się wziął na niej chwast?”. Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?”. A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast, nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza””.

Mt 13, 24-30

 

**************

Bóg potrzebuje ludzkiego "tak"

"Długo nie mogłam zrozumieć, co się dzieje w moim życiu. Dlaczego
rozsypało się moje małżeństwo? Skąd ciągła świadomość porażki i jakieś
wewnętrzne poczucie, że gonię cień, którego nigdy nie dopędzę? Jakiś czas temu
słuchałam katechezy, w której ksiądz mówił o roli ojca, a szczególnie o
sytuacji, gdy w dzieciństwie, tj. najważniejszym momencie życia, kiedy
kształtują się fundamenty dorosłości, zabraknie dobrych relacji z nim. Wtedy
zrozumiałam. Mój ojciec był alkoholikiem. Nie można było na niego liczyć.
Wiecznie niezadowolony, z pretensjami do całego świata, stawiający przed nami
nierealne do spełnienia wymagania. Byliśmy wychowywani w przekonaniu, że na
miłość trzeba zasłużyć. Że wszystko, cokolwiek się ma, trzeba od życia
wyszarpać. Dopiero po ponad 30 latach zrozumiałam, że taki obraz ojca bezwiednie
przeniosłam na Pana Boga. Modliłam się, ale nie wierzyłam, że On mnie wysłucha.
Był, ale zawsze obok. Daleki, władczy i groźny – jak mój ojciec. Dziś wiem, że
myliłam się. Pewnie nie będzie łatwo zmienić sposobu myślenia, ale ufam, że
Jezus mi dopomoże. Przecież przyszedł po to, aby mnie uratować!".

Powyższe świadectwo zamieszczam nieprzypadkowo w kontekście dzisiejszej Liturgii
Słowa. Bóg kocha za darmo. Obdarowuje sobą nie ze względu na jakiekolwiek
ludzkie przymioty, ale dlatego, że bezwarunkowo, "do końca nas umiłował". Trudno
nam to pojąć, ponieważ żyjemy w kulturze, gdzie dominuje zasada "coś za coś".
Lubimy gotowce, dzieła skończone. Tymczasem Pan Bóg działa inaczej: "Królestwo
niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej
roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe
od innych jarzyn i staje się drzewem…" – mówi Jezus. Powierza człowiekowi
potencjał małego nasionka. Potrzebuje ludzkiego "tak", aby go uwolnić. Reszta
należy już do Niego.
Najtrudniej zrozumieć, iż naszą siłą u Boga jest to, co przez ludzi uważane jest
za słabość. Przed Nim bowiem porażki okazują się zwycięstwami, moc zaś rodzi się
ze słabości. Coś, co miało być przekleństwem, z czasem okazuje się
błogosławieństwem. Nasze ludzkie, niedoskonałe modlitwy, sięgają Nieba, mimo że
wydawały się kruche i bezwartościowe. "Duch Święty przychodzi z pomocą naszej
słabości – mówi św. Paweł. – Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba,
sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić
słowami". Z małego okruchu dobrej woli i ludzkiego otwarcia na działanie Pana
Boga rodzą się wielkie dzieła. Problem polega na tym, że Zły nieustająco próbuje
psuć te relacje. Podkłada fałszywe ziarno – w miejsce prawdziwych wartości
podstawia podróbki i atrapy. Kusi szybkim zbiorem, zarzuca argumentami i wmawia,
że skarby można dostać za pół darmo. Odbiera nadzieję, gdy pojawia się
zwątpienie i przychodzi świadomość własnej niewystarczalności.
Przyjęcie królestwa Bożego wymaga zmiany mentalności, uzdrowienia wewnętrznych
relacji. Dopóki cieniem będą się kładły nasze ludzkie wyobrażenia o nim, dopóty
pryzmat ludzkich słabości będzie rozszczepiał Boże światło i niczego nie
zrozumiemy.

 

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj