Na szarym końcu Unii

Z punktu widzenia Brukseli polska prezydencja będzie zapewne grzeczna,
łatwa, lekka i przyjemna. Polska, o nic nie walcząc, niczego się nie domagając,
jest wręcz wymarzonym, idealnym państwem do kierowania pracami UE. Tyle że sama
Polska i Polacy nie będą mieli z tego żadnych korzyści. Para pójdzie w gwizdek,
a na kolejną prezydencję poczekamy 15-16 lat. Szkoda tego straconego półrocza,
które właśnie się rozpoczęło. Szkoda straconych szans.

Wyobraźmy sobie, co by się działo – nie tylko w Polsce, ale w całej Europie (i
okolicach) – gdyby w przededniu polskiej prezydencji w Unii Europejskiej
premierem był Jarosław Kaczyński, rządziło Prawo i Sprawiedliwość, a organizator
koncertu na inaugurację polskiego kierowania Unią Europejską w drugim półroczu
2011 r., np. Jan Pospieszalski, publicznie oświadczył w wywiadzie dla jednego z
tygodników, że jest… rasistą. Wyobrażają sobie Państwo to tornado
medialno-polityczne, które by się wtedy rozpętało? Zapewne po 5 minutach, na
zasadzie: uderz w stół, a nożyce się odezwą, oskarżono by nas o antysemityzm!
No, ale premierem jest Tusk, rządzi koalicja PO – PSL, w związku z tym Jakubowi
Wojewódzkiemu, organizatorowi koncertu 1 lipca w Warszawie, włos z głowy nie
spadł.

Brak polskiego "lobby"
Pamiętam swoją rozmowę z jednym z najwyższych urzędników sekretariatu Rady UE,
który stwierdził w kontekście ubiegłorocznej prezydencji Hiszpanii (pierwsze
półrocze 2010 r.), że hiszpańscy urzędnicy we wszystkich organach Unii, agendach
i instytucjach unijnych, niezależnie od politycznych podziałów, robili wszystko,
stawali wręcz na głowie, aby 6 miesięcy "panowania" Madrytu w UE maksymalnie
wykorzystać dla swojego kraju. W pewnym sensie potraktowali, po raz kolejny
zresztą, Unię Europejską jak cytrynę do (finansowego) wyciśnięcia. Za tak twardą
i bezceremonialną walkę o własny interes narodowy Hiszpanów w Unii się nie lubi,
ale się ich szanuje. Jednak Królestwo Hiszpanii miało i ma w Brukseli aktywa
ludzkie, swoiste "lobby", które wspiera swój kraj zarówno w okresie prezydencji,
od święta, jak i w codziennej, mozolnej, systematycznej walce o własne interesy.
Dochodzimy do sedna sprawy. Hiszpania, będąc krajem porównywalnym demograficznie
z Polską, ma w samej tylko Komisji Europejskiej około 2,5 tysiąca urzędników
(!), Polska natomiast… ledwie nieco ponad 1,4 tysiąca. To olbrzymia
dysproporcja, to katastrofalna asymetria pokazująca fakt, że ostatnie 4 lata
rządu Donalda Tuska były pod względem tworzenia "polskiego lobby" w stolicy UE
okresem kompletnie straconym. Warto tu dodać, że to szansa podwójnie stracona,
ponieważ do tego roku obowiązywały specjalne preferencje przy zatrudnianiu w
Brukseli urzędników z państw tzw. nowej Unii, czyli krajów, które weszły do
unijnych struktur w latach 2004- -2007. Ale te preferencje już się skończyły.
Gdy minął termin owej "dyskryminacji pozytywnej" dla Polaków i innych nacji przy
zatrudnianiu w agendach UE, okazało się, że nasz kraj pod względem liczby osób
pracujących w euroinstytucjach jest na… 25. miejscu na 27 państw. To prawdziwa
klęska rządu PO – PSL, którego przedstawiciele przez ostatnie lata mieli bez
przerwy na ustach komunały o rzekomo wielkim wzroście roli naszego kraju na
arenie międzynarodowej i podobno świetnych koneksjach partii Donalda Tuska w
Brukseli. Okazało się to kompletną fikcją, potiomkinowskimi wioskami ustawianymi
już nie dla carycy, ale dla Polaków przez ministra Sikorskiego.
Świadczą o tym zresztą kolejne liczby i fakty. Polska ma w EEAS, czyli
Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych (unijna dyplomacja), ledwie dwóch
ambasadorów i jednego zastępcę ambasadora. Tymczasem zgodnie z liczbą ludności
powinniśmy mieć co najmniej 10-11 ambasadorów.
Znamienne jest również porównanie liczby urzędników z danego państwa do liczby
ludności. Polska w tej statystyce zajmuje ostatnie (!) miejsce wśród krajów
nowej Unii, a trzecie od końca wśród wszystkich 27 państw tworzących Wspólnotę
Europejską. Nasz kraj, który zamieszkuje 8 proc. mieszkańców całej UE, posiada
jedynie 4,5 proc. urzędników w strukturach unijnych. Dla porównania Hiszpania,
mając nieco ponad 8 proc. ludności UE, a więc porównywalnie z nami, ma znacznie
wyższy odsetek "swoich" ludzi w unijnych strukturach – 7 procent. O pozycji
Belgii możemy sobie tylko pomarzyć: ten niewielki kraj reprezentujący tylko 2
proc. populacji UE doprowadził do sytuacji, w której co piąty urzędnik w UE to
Belg (a precyzyjniej – 19 proc. korpusu urzędniczego stanowią Flamandowie i
Walonowie).

Patologia z dopłatami
Jak widać, "lobby polskie" w Brukseli niezbędne, aby osiągać cele założone przed
narodową prezydencją, jest więcej niż skromne. Nawet Rumunia uchodząca za żywy
przykład indolencji w obsadzaniu swoimi ludźmi instytucji unijnych prześcignęła
nas w tym obszarze. Mało więc mamy kart w tej urzędniczej talii do europejskiej
gry. Gorzej, że rząd Donalda Tuska niespecjalnie chce tę grę o narodowe interesy
podjąć. Wydaje się, że – używając ponownie "karcianej" metafory – mówi: "pas".
Świadczy o tym fakt, że mimo zdecydowanej presji opozycji, czyli w praktyce
Prawa i Sprawiedliwości, koalicja rządząca nie zdecydowała się uzupełnić
polskich priorytetów o postulat wyrównania dopłat dla polskich rolników w
porównaniu z farmerami zachodnioeuropejskimi. A przecież mogła to formalnie
uczynić dosłownie w ostatniej chwili. Sytuacja, w której Bogu ducha winny polski
rolnik tylko dlatego, że jest Polakiem, otrzymuje w ramach dopłat z Brukseli
prawie dwa razy mniej pieniędzy niż jego niemiecki odpowiednik, dwa razy mniej
niż Włoch oraz dwa i pół razy mniej niż Holender, jest przykładem niebywałej
dyskryminacji. W milczeniu i pokornie akceptowanej przez liberałów z PO i
rzekomo broniące interesów wsi PSL. Utrzymywanie tej politycznej patologii,
czyniącej nie tyle z rolników, ile z Polaków obywateli "drugiej kategorii
finansowej", jest znamiennym przykładem zaniechania przez rząd Donalda Tuska
walki o równe miejsce Polski w Unii Europejskiej.

Klimatyczna gilotyna i kłamstwa premiera
Późno i de facto poniewczasie Polska zawetowała część konsekwencji wynikających
z pakietu klimatycznego, o którym szef rządu i szef Platformy Obywatelskiej
mówił przed trzema laty, że jest… wielkim polskim sukcesem. Teraz okazuje się,
że nie tyle jest sukcesem, co raczej klęską, skoro zwykle spolegliwy rząd Tuska
zdecydował się sięgnąć po instrument weta. Przy okazji jednak wyszła na jaw cała
polityczna schizofrenia tej sytuacji: minister środowiska prof. Andrzej
Kraszewski wetuje w imieniu rządu, a jednocześnie tenże rząd nie zdecydował się
sprawy rewizji pakietu klimatycznego, przecież tak niekorzystnego dla naszego
kraju, uczynić priorytetem polskiej prezydencji. Gwoli informacji: już za
półtora roku, od 1 stycznia 2013 r., polscy podatnicy będą płacić swoisty haracz
z tytułu pakietu klimatycznego. Przypomnę tylko, że zaraz po jego uchwaleniu
premier Tusk wszem i wobec ogłaszał, że Polska będzie ponosiła opłaty z tego
tytułu dopiero po roku 2020… A więc premier znów kłamał.
Polska, zamiast skupić się na jednym czy dwóch kluczowych dla naszego interesu
narodowego postulatach, jak robią to zawsze kraje obejmujące prezydencję w Unii,
postawiła tyle spraw w agendzie prezydencji, że tak naprawdę w gruncie rzeczy
nie wiadomo, co jest polskim priorytetem. Wyliczanka obejmująca, zresztą
zmieniających się, 6 czy 7 głównych tematów przypomina z jednej strony polskie
przysłowie: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, a z drugiej, jeszcze
bardziej pasujące do tej sytuacji powiedzenie francuskie: kto za dużo łapie, ten
źle ściska. Skoro aż tyle spraw uważa się za priorytety, to realnych priorytetów
tak naprawdę nie ma.

Brak strategii regionalnej
Rząd PO – PSL, jakby oderwany od polskiej rzeczywistości, w ogóle nie potrafi
korzystać z sytuacji położenia geopolitycznego Rzeczypospolitej. Akurat to, co
było przez wieki naszym przekleństwem, teraz jest naszą szansą. Na przykład
fakt, że Polska, obok Finlandii, ma najdłuższy odcinek zewnętrznej granicy Unii
Europejskiej i że w zasadzie cała wschodnia granica Polski jest granicą
wschodnią UE, w ogóle nie został zauważony w priorytetach polskiej prezydencji.
Te priorytety mogłyby równie dobrze być przedstawione przez rząd Cypru, Malty,
Danii czy Portugalii. Tak jakby minister Sikorski funkcjonował w jakiejś
abstrakcji, rzeczywistości wirtualnej, która nie przenika się z realnym życiem
politycznym Polski i Polaków. Położenie geopolityczne naszego państwa na styku
Wschodu i Zachodu idealnie nadawało się na sformułowanie strategii regionalnej.
Dotyczyłaby ona nie tylko Polski, ale także kilku krajów z nami sąsiadujących,
będących zarówno w Unii, jak i poza nią, ale głównym beneficjentem gospodarczym
i politycznym takiej strategii byłoby nasze państwo. Jednak uczynienie strategii
regionalnej priorytetem polskiej prezydencji przekraczało horyzonty
intelektualne obecnej ekipy rządzącej. Gdy Węgry sprawowały prezydencję, miały
Strategię Dunajską, Królestwo Szwecji – Strategię Morza Bałtyckiego, a Francja
przeforsowała Unię Morza Śródziemnego. Polska zamiast tego ma figę z makiem. Ten
fakt braku strategii regionalnej budzi zdumienie naszych sąsiadów i partnerów,
ale nie zakłóca dobrego samopoczucia wyżywającego się na piłkarskich boiskach
premiera Tuska.

 

Ryszard Czarnecki
 


Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści
i Reformatorzy).

drukuj