Ważniejsze było, kto się z kim spotyka
Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, p.o. szefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Jacek Dytkowski
Czy szef MON mógł nie wiedzieć o trudnej sytuacji w lotnictwie wojskowym, co
miało być przyczyną katastrofy smoleńskiej?
– Można przyznać ironicznie rację, że "pewnie, bo w zasadzie to co on
wiedział?". Minister Klich mógł też nie mieć wiedzy o osobach, które leciały tym
samolotem i o tym, że na pokładzie byli dowódcy wszystkich rodzajów wojsk. Tak
się zresztą później tłumaczył. Może należałoby zrobić listę spraw, o których nie
wiedział? Otóż niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności. Jeżeli minister obrony
narodowej pilnuje np. takich rzeczy, żeby gen. Tadeusz Buk, ówczesny dowódca
Wojsk Lądowych, nie szedł do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, by spotykać się z
szefem tego organu – ministrem Władysławem Stasiakiem czy ze mną – jego
zastępcą, a nie wie o tym, że flota samolotów jest przestarzała i wszyscy
dowódcy rodzajów wojsk lecą z prezydentem Lechem Kaczyńskim do Katynia, to
demaskuje to rozmiar niekompetencji. Przyjęcie takiej linii obrony – podziwiając
nawet intencje – jest po prostu śmieszne. Nawet trudno z tym dyskutować i
polemizować. Można powiedzieć, że Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury,
też nie jest odpowiedzialny za zaniechania w budowie danej autostrady, bo o tym
nie wiedział.
Żylicz wskazuje na złe przygotowanie lotu, fatalne wyszkolenie, przypadkowy
skład załogi…
– Trudno żeby minister Klich nie wiedział, że jest zła sytuacja w Siłach
Powietrznych, skoro wydarzyła się katastrofa lotnicza pod Mirosławcem w 2008
roku. Zresztą wielokrotnie się wypowiadał, że zostały wyciągnięte wnioski z tej
tragedii. Przynajmniej z tego powodu sytuacja w lotnictwie wojskowym powinna być
przedmiotem jego zainteresowania. Przyjęta przez profesora linia obrony jest
słaba. Rozumiem, że może pełni rolę jakiegoś "adwokata" szefa MON, ale kiepsko
to wygląda.
Minister miał być utrzymywany w stanie niewiedzy, to jakiś rodzaj spisku
wojskowych?
– Powiem w ten sposób: miałem propozycje różnych stanowisk, ale kiedy widziałem,
że jestem niekompetentny, by je sprawować, nie podejmowałem się takich
zobowiązań. Jeżeli minister nie potrafi zapanować nad poważnymi sprawami i nie
wie, co się dookoła dzieje, to powinien zająć się czymś innym. Nikt go nie
zmusza, żeby był ministrem. Przede wszystkim oznacza to bowiem odpowiedzialność
w każdym zakresie: merytorycznym i politycznym. Chciałbym, żeby te wymagania
spełniali najwyżsi przedstawiciele władzy państwowej. Jako wojskowy zawsze
odpowiadałem za stanowisko swoich podwładnych i misję, jaką realizują. Nigdy w
mojej karierze, kiedy zdarzały się jakieś wpadki – bo to normalne, kiedy dowodzi
się większymi siłami – nie wypierałem się odpowiedzialności. To mój zespół i ja
jestem za niego odpowiedzialny. Na tym polega kierowanie czy zarządzanie m.in.
taką strukturą jak MON.
W opinii Żylicza, państwo nie spełniło swoich zadań w tym sensie, że od
kilkunastu lat był bałagan w lotnictwie wojskowym. Natomiast – jego zdaniem –
nie można mówić, iż państwo nie spełniło zadań, bo prezydenta nie ochroniło.
– To taka bezosobowa odpowiedzialność. To, co profesor próbuje przekazać,
oznacza winę zbiorową, czyli w rzeczywistości niczyją. Tymczasem
odpowiedzialność jest jednoosobowa. Kto przejął daną strukturę, wskazuje, jakie
sprawy są błędnie realizowane i natychmiast powinien przystąpić do programów
naprawczych. Natomiast wychodzenie z założenia, że to państwo jest
odpowiedzialne – zresztą bardzo często słyszymy o zaniedbaniach poprzedniej
ekipy itd. – doprowadza w istocie do sytuacji, że nigdy nie będzie ono normalnie
funkcjonowało. Bo każdy rząd sprawuje swoją władzę przez 4 lata i będzie zrzucał
winę na poprzedników. Nigdy nie będzie się czuł odpowiedzialny, a przecież tego
dotyczy przejęcie kierownictwa nad strukturą jakiegokolwiek resortu.
Dziękuję za rozmowę.
