Galwanizowanie trupów
Na początku czerwca minęło dwadzieścia lat od pierwszej pielgrzymki Jana
Pawła II do Polski po upadku komunizmu. W 1991 roku papieskie nauczanie w Polsce
oparte było na Dekalogu i szybko okazało się, że dla liberalno-lewicowych
środowisk był to wystarczający argument, by orzec, że Ojciec Święty,
przyjeżdżając do Ojczyzny, "rozminął się z odczuciami rodaków" i "nie chciał
dzielić naszej radości z odzyskanej wolności". Papież – jak głosiła "Gazeta
Wyborcza" – "nakrzyczał i wyjechał".
Jednak obserwując rozwój wydarzeń, także w ostatnich tygodniach, należy po raz
kolejny stwierdzić, że nauczanie papieskie sprzed dwudziestu lat nie straciło w
niczym swojej aktualności. Bo, jak mówił wówczas Jan Paweł II, "egzamin z naszej
wolności jest dopiero przed nami". Słowa błogosławionego Papieża są tym bardziej
aktualne, że sytuacja Polski A.D. 2011 w szeregu aspektów (politycznym,
kulturowym, duchowym) łudząco przypomina sytuację z początku lat 90. ubiegłego
wieku.
Jedna jedyna "partia ludzi rozsądnych"
Zacznijmy od podobieństw politycznych. Na naszych oczach dokonuje się bowiem
próba stworzenia ogólnonarodowej, jedynie słusznej partii dobrobytu i rozwoju,
skupiającej wszystkich "ludzi rozsądnych, niezależnie skąd przybywają". Warto
jednak przypomnieć, że po raz pierwszy pomysł stworzenia takiej właśnie partii
narodził się prawie natychmiast po wyborach 4 czerwca 1989 r. w kręgu ówczesnej
solidarnościowej lewicy. Na łamach "Gazety Wyborczej" lansowano wówczas ideę
utworzenia pod patronatem NSZZ "Solidarność" i w oparciu o istniejące w całym
kraju komitety obywatelskie monopartii, która miała skupić wszystkie
"proreformatorskie siły". Pluralizm partii politycznych, zwłaszcza reaktywacja
tych, które odwoływały się do tradycji katolicko-narodowej, przyjmowany był z
dużą nieufnością i określano go nie jako odtwarzanie nad Wisłą normalnych dla
nowoczesnej demokracji instytucji życia publicznego, ale raczej jako swego
rodzaju niebezpieczną aberrację, a w każdym razie jako zbyt wczesne dzielenie
jednolitego obozu solidarnościowego z jego jednolitym kierownictwem (Lechem
Wałęsą, Bronisławem Geremkiem, Tadeuszem Mazowieckim, Adamem Michnikiem).
Początek i eskalacja "wojny na górze" wiosną 1990 r. ostatecznie położyła kres
tym planom. Projekt "partii ludzi rozsądnych" odrodził się w ograniczonej formie
w postaci Unii Demokratycznej (Unii Wolności), by dzisiaj przybrać kolejną
emanację w postaci Platformy Obywatelskiej.
Jeżeli spojrzymy na czołowe postaci w Kancelarii Prezydenta RP (zwłaszcza w
kręgu doradców prezydenta), to odczucie déj vu staje się tym silniejsze. Nie
można również oprzeć się wrażeniu, że przygarnianie w szeregi PO kolejnych
działaczy wywodzących się z postkomunistycznej formacji politycznej (Danuta
Hübner, Bartosz Arłukowicz, Dariusz Rosati) jest jakąś formą realizacji dawnego
planu lewicy budowania tzw. pierwszego rządu solidarnościowego w oparciu o
sojusz Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego z "reformatorskimi siłami wewnątrz
PZPR".
Opozycja, czyli "żelazny wilk"
Wrażenie déj vu jest spotęgowane również tym, że galwanizowaniu politycznych
trupów towarzyszy powrót do dobrze przećwiczonej na początku lat 90. metody
walki "ludzi rozsądnych" z przeciwnikami politycznymi, polegającej na ich
stygmatyzowaniu. U progu III RP dla środowisk liberalnych adwersarz polityczny
nie był zwyczajnym konkurentem politycznym, ale ujawniającym się "wilkiem
żelaznym". Dwadzieścia lat temu w tej roli systematycznie obsadzane było
Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Dziś jest to Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli
porównamy sposób działania liberalnej propagandy uprawianej na początku lat 90.
wobec ZChN z tą stosowaną dzisiaj wobec PiS, znajdziemy wiele analogii. W obu
przypadkach mechanizm opierał się na mieszance pogardy i strachu. Przy czym ta
pierwsza rezerwowana była (i jest) nie tylko wobec działaczy "niesłusznych"
partii, ale również wobec ich wyborców. Niedawno mogliśmy przeczytać, że partia
Jarosława Kaczyńskiego jest repliką partii faszystowskiej, ale dwadzieścia lat
wcześniej w liberalnych mediach można było przeczytać sformułowania o prof.
Wiesławie Chrzanowskim jako o "führerze ZChN", a analitycy z naukowymi tytułami
pisali raporty zestawiające ZChN z hitlerowską NSDAP.
Wszystko już było. Także stygmatyzowanie w wersji pop. Dzisiaj didżeje z
całkowitą aprobatą medialnych elit śpiewają kuplety o "Jarku, co po trupach do
władzy chce". Dwadzieścia lat wcześniej jako hit lansowano piosenkę "ZChN zbliża
się" – żeby było "śmieszniej" ułożoną do znanej pieśni religijnej.
Trzeba jednak przyznać, że przez dwadzieścia lat zdziczenie obyczajów poczyniło
jednak zatrważające postępy. Barbarzyńcy wchodzą dziś do miasta ostentacyjnie i
dla wielu reprezentantów liberalnego salonu są oni "jakimś rozwiązaniem". Wtedy
najbardziej wulgarne bluźnierstwa są usprawiedliwiane jako "młodzieżowe
happeningi" (satanistyczna akcja w sierpniu 2010 r. wobec krzyża na Krakowskim
Przedmieściu), a publiczne szydzenie z ofiar katastrofy smoleńskiej jest "prawem
do własnego zdania". Zamordowanie działacza partii opozycyjnej jest wyjaśniane
panującą w kraju "atmosferą nienawiści", za którą "wszyscy jesteśmy
odpowiedzialni", wszyscy jednakowo.
I znowu "fundamentalizm za każdym rogiem"
Po dwudziestu latach powraca również klimat "sporów światopoglądowych", jak
eufemistycznie nazywa się próbę narzucenia społeczeństwu nowej, świeckiej
tradycji w postaci agresywnego laicyzmu. Na początku lat 90. ubiegłego wieku
wielokrotnie mogliśmy czytać w prasie liberalnej i postkomunistycznej o
"triumfalizmie Kościoła", o "pazerności i mieszaniu się Kościoła do polityki", o
"Kościele dialogu", który przeciwstawiano "Kościołowi zamkniętemu, Kościołowi
Syllabusa". I pod tym względem nic się nie zmieniło. Również dzisiaj można
przeczytać i usłyszeć gromkie zapewnienia, że "przed księdzem klęczeć nie
będziemy", że Kościół "obłowił się" na zwracanym mu (w domyśle niesłusznie)
majątku, że istnieją dwa Kościoły: "toruński i łagiewnicki". Powtarza się nawet
metoda wskazywania "czołowego fundamentalisty" w polskim Kościele, by wzbudzane
przez propagandę strach i pogarda mogły ogniskować się na kimś konkretnym.
Dwadzieścia lat temu w tej roli obsadzono ówczesnego biskupa gorzowskiego Józefa
Michalika (z powodu jego słów o tym, że "katolik powinien głosować na
katolika"). Dzisiaj jest to o. Tadeusz Rydzyk.
Jednak i pod tym względem analogia z latami 90., choć widoczna, nie jest pełna,
ponieważ obecnie zagrożona jest nie tylko rodzina katolicka, ale rodzina jako
taka. Przekonuje o tym najlepiej niedawne zablokowanie przez rządową większość
poprawki zakazującej parom homoseksualnym adopcji dzieci.
Rady błogosławionego
Jak zaznaczyłem wcześniej, dokonujący się na naszych oczach powrót do
przeszłości (nie wyłączając akcji zamiatania pod dywan wielkich afer i
ośmieszania tych, którzy je demaskują), tym bardziej skłania do przypomnienia
słów wypowiadanych przez Jana Pawła II u progu Trzeciej Niepodległości. Słów
wypowiedzianych jak nigdy przedtem i potem, dobitnie. O tym, że "wolność nie
gruntuje się inaczej, jak tylko przez prawdę", że "wolności nie można tylko
posiadać, trzeba ją stale zdobywać", że "postulat, ażeby do życia społecznego i
państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem
ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze
światopoglądową neutralnością". W czasach zmasowanego oczerniania polskiej
historii warto pamiętać także o tych słowach błogosławionego Papieża
wypowiedzianych w Polsce w 1991 r.: "Polacy byli zawsze narodem rycerskim. Nie
szukali wojny, nie prowadzili na ogół wojen zaborczych, ale umieli bohatersko
walczyć w obronie zagrożonej wolności i niepodległości".
Prof. Grzegorz Kucharczyk
Autor jest kierownikiem Pracowni Historii Niemiec i Stosunków
Polsko-Niemieckich Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, autorem m.in.
książek: "Czerwone karty Kościoła", "Pierwszy holocaust XX wieku", "Kielnią i
cyrklem. Laicyzacja Francji w latach 1870-1914".
